sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 8

*****
Nie zamierzam nic pisać na rozpoczęcie, bo jest późno i mam głupi humor.
*****
*Rick*
- Co to do cholery ma być?!?
- Nic, myślałam, że wiesz. - wzruszyła ramionami Ox.
- NIC?!? To ma być "nic?!?
- Tak.  - tylko przewróciłem oczami na tę odpowiedź.
- Nieważne. Teraz tylko  mi powiedz czy zamierzasz ciągle uciekać przed Scott'em?
- Nie. Nie do końca. Szczerze, to nie wiem. Na razie tak, ale... Z resztą! Co będzie to będzie! Czy to takie ważne? - teraz wszyscy zaczęli się śmiać.
- Na ten moment, powinnaś odpocząć od śmiertelników. - zauważył John.
- Może. - odparła.
- Tsia. Jest 23:45. Może pójdziemy już do biura? - zaproponowałem.
- Hej, a wy? Gdzie idziecie? - skierowała pytanie do naszych blaszanych przyjaciół.
- Nie wiemy. Nie ma chyba domów dla trupów. - Bonnie jak zwykle w komediowym nastroju.
- No tak. Ale chyba w miejskim hotelu was nie znają, no nie? - rzuciła po krótkim zastanowieniu.
- Masz rację. Ale skąd weźmiemy na to kasę? - zmartwiła się blondynka.
- O to, to spokojna głowa. Mam bogatą ciotkę, która pracuje w biznesie już od paru lat. Jest ze mnie taka szczęśliwa, że da mi nawet milion dolców! - zapewniła z przekonaniem fioletowo-włosa.
- Jest jeszcze jedna kwestia... - zacząłem. - Jeśli główne animatrony są ludźmi, to kto będzie zabawiał dzieciaki?
- On ma rację. - przytaknął John.
- Namówi się toy'e. No i przez pierwszą kwadrę lepiej żebyście jeszcze zamienili się w roboty i zniknijcie podczas dnia, aby to dzienny ochroniarz był obarczony winą.
- Dobrze, Oxanne. - powiedzieli wszyscy chórem. - Do dawnej formy wrócić czas, zaklęcie, oszczędź nas. - wypowiedzieli słowa i przed nami na powrót stały gigantyczne śpiewające zwierzaki.
- Nadal możemy mówić, ale prawdziwe znaczenie naszych słów będziecie znać tylko wy. - dodał Foxy.
- Ahm. - pokiwała głową. - Czy nadal roboty będą przychodzić do naszego biura?
- Raczej tak. Toy'e to inny rodzaj androidów o wyższej inteligencji niż nasze prototypy. Ale w tych animatronach raczej nie ma dusz, ani ludzi... Chociaż skoro was nawiedzały to może...? Ale ja, tego z pewnością nie sprawdzam. - wytłumaczył Jack.
- To jeżeli są sztucznymi formami życia, można by jakoś z nimi utargować występy. - zadumała się Chicka.
- Dokładnie. - przyznała jej rację moja dziewczyna.
Ox pociągnęła mnie za rękę w stronę sceny, gdzie obecnie znajdowały się animatrony 2.0.
- Zamierzasz teraz się z nimi dogadywać? - spytałem.
- Tak, czemu, by nie? - tylko cicho westchnąłem i potulnie jak pies się za nią powlokłem.
Po dotarciu do owej sceny toy Bonnie otworzył oczy.
- Witajcie! Czego od nas chcesz? - wyraził się patrząc prosto w oczy córki Vincenta.
- Prosiłabym tylko o małą przysługę...
- Jaką? - przerwał jej gwałtownie.
- Znasz animatrony 1.1 i 1.0?
- Znam 1.0 - zniszczone, "withered" [czytaj: łajtered], tak zwane.
- Roboty 1.1 to ich naprawiona wersja, nie ma 1.0, ponieważ je naprawili i obecnie w lokacji znajdują się tylko 1.1. Wy to 2.0. Gdzie podziewają się, i czy w ogóle powstały wersje 1.2, 1.3, 1.4, 1.5, 1.6, 1.7, 1.8, 1.9 - nie wiadomo. - poprawiła wiedzę królika Ox.
- Tsia. Wiem, że te udręczone dusze czekały na ratunek od lat... I teraz ich sen się ziścił. Nie mam nic do dodania. - odpowiedział Toy Bonnie.
- Bonnie! PR 3 (Party Room 3)! - wrzasnął T.Freddy.
- Tak jest!
- Ja do MH (Main Hall), hę? - odezwał się kurczak.
- Nie, jeszcze nie.
- Dobra. To ja idę pogadać z Mangle. Hej, Oxana, hej, Rick! - przywitała nas przyjaźnie, a Freddy'emu pokazała język.
- Nie wiedziałem, że one mają języki. - szepnąłem do niej.
- Ja też nie.
Poszliśmy za Chicką do Kid's Cove'a.
- Witaj, Mangle! - powitał przyjaciółkę żółty kurczak.
- Witaj.
- Coś ty taka smutna?
- Nie wiem. Martwię się, bo nigdzie nie mogę znaleźć Springy'iego...
- Ach, ty! Daj mu trochę luzu! Weź go tak ze sobą wszędzie nie taszcz, bo chłopak weźmie się załamie! Jako twój przyjaciel ma obowiązek ci pomagać, ale nie jak ochroniarz!
- Zrozumiałam. Już tak po mnie nie jedź!
- Ok, ale weź go trochę traktuj! Ostatnio się okropnie kłócicie. Dlaczego?
- Sama nie wiem.
- No właśnie! - Chicka dostała olśnienia. - Więc z nim szczerze porozmawiaj!
- Ale masz pomysły! Słowo daję, kiedyś ci łep ukręcę! - starła zapał Chicki lisiczka.
- A ty, Oxana, co myślisz?
- Ja... Ummm... Yyyy... Sądzę, że powinniście pogodzić się mimo swoich różnych zdań - w końcu jesteście przyjaciółmi. Ale powinnaś też więcej czasu spędzać z Chicką, bo nie możesz się tak wiecznie trzymać Springtrapa.
- To chciałam powiedzieć! Tylko, że ja za dużo gadam! - parsknął żółty robot.
- CHICKA!!! - krzyczał T.Freddy.
- Idę! - odkrzyknęła. - Ostatnio jest strasznie znerwicowany. - dodała cichszym tonem.
- Nie zechciałabyś zająć miejsca lisiastego w teatrzykach i oddzielnych występach podczas jego nieobecności? - walnęła prosto z mostu Ox.
- Może być.
- To świetnie. - po chwili rozkazała. - Idziemy Rick.
- Ok. - zawahałem się. - A kto zastąpi marionetkę?
- Jakiś człowiek. Przecież ona jest tylko kasjerką.
- Racja.
*Toy Chicka*
- Jestem, Freddy.
- Idziesz do MH, ale niedługo tam zabawisz i po niedługim czasie idziesz do wejścia. Tam czekasz na odpowiedni moment, aby go dobić i wchodzisz do wentylacji wewnętrznie. I podczas braku jego czujności wchodzisz, straszysz. Zrozumiałaś?
- Tak. - udałam się wdg (według) wskazówek Freddy'ego do Main Hall, a potem do wejścia. Ale tak się zamyśliłam wchodząc do wentylacji, że weszłam całościowo, więc mnie zobaczył. I zanudził maską zakładaną w panice i ostrym światłem z latarki.
*Jakiś czas później*
- Co to ma być?! Przez ciebie przegramy! - warknął Freddy.
- Zostaw ją! Sam praktycznie nigdy nic nie robisz! - syknął do niego Bonnie i objął mnie ramieniem.
Zwinęłam dłoń w pięść i przywaliłam nią z całej siły w twarz miśka. - Nigdy mnie tak więcej nie traktuj! Co ci się dzieje ostatnio?!?
- Zamknij się, suko! Czy ktoś cię o coś pytał?! - powiedział to z taką nienawiścią jakbyśmy nigdy nie byli przyjaciółmi.
- Skoro tak chcesz, to masz! - wrzasnęłam i wybiegłam z sali. Za mną jeszcze słyszałam oburzonego Bonnie'go, który kłócił się z Freddy'm.
"Kurwa... Pojebało cię, czy co? To twoja przyjaciółka, idioto! Brak ci szóstej klepki!"
"A ty, co? Laluś, broni kobietkę! Jakie słodkie! Zaraz chyba zwymiotuję! Jesteście żałośni! - potem śmiech."
Nic więcej nie usłyszałam. Przestałam płakać. Ogarnęłam się trochę. Poszłam z powrotem do Mangle.
- A tobie co? - rzuciła od progu.
- Nic, nic. - udawałam  pospiesznie.
- Myślisz, że jak mam dwie głowy to ślepa jestem? - zażartowała lisiczka.
- Nie, nie, tylko... Bonnie pokłócił się z Freddy'm... - wymamrotałam.
- To ma przesrane. To nie twój problem, nie? To dlaczego się martwisz?
- Bo... Bo on... On mnie bronił... Szef na mnie krzyczał, a on się za mną wstawił... - ledwo słyszalnie odpowiedziałam.
- To teraz przesrane macie i ty i on. Mam rację?
- Chyba... - bąknęłam.
- No co? Wyglądasz jakbyś mówiła o czymś tak pewnym jak koniec świata.
- Wcale nie!
- Wcale tak! Też umiem się tak bawić. - odparła Mangle.
- Przestań już! - odparłam zniechęcona dalszą rozmową o tym temacie. - Co zamierzasz zagrać na zastępstwie za Foxy'ego? - spytałam po chwili.
- Jeszcze nie wiem. Może coś doradzisz?
- Hmmm... - zastanawiałam się nad odpowiedzią. Do głowy nie przychodził mi żaden pomysł... - A może zagrasz "Garden of Shadows"? Marionetka kiedyś napisała tą piosenkę... Przypadkiem ją usłyszałam... i... i ona mi ją pokazała... - wymamrotałam. - W każdym razie, jeżeli cię jej nauczę, będziesz mogła zagrać ją na pianinie i zaśpiewać, lub ja to zrobię. - Wypaliłam na jednym wdechu.
- Mi pasuje... Jeśli dasz mi nuty i trochę poćwiczę to mogłabym zagrać, ale o śpiewaniu nie ma mowy... Ludzie nie rozumieją mego głosu... - zasmuciła się lekko, ale zaraz stała się pogodna. - Więc to ty zaśpiewasz! Masz najbardziej melodyjny głos ze wszystkich animatronów. Oczywiście nie pobijesz Chicki 1.1, ale z toy'ów jesteś najlepsza! - dodała, a ja z tego pomieszanego potoku słów zrozumiałam tylko, że ona gra, mam dać jej nuty i ja śpiewam. Nic więcej. Muszę nauczyć się lepiej słuchać ludzi... Ale konkrety zrozumiałam, no nie?
*Oxanne*
Siedzimy z Rickiem w biurze. Dzisiaj jest wyjątkowo spokojnie. Nasi przyjaciele czasami przychodzą i pogawędzą, ale poza tym nawiedzają nas tylko niczego nieświadome phantomy [czytaj: fantomy] i Springtrap. To śmieszne jak myślą, że ich nie rozumiemy i mamroczą lub wrzeszczą "Nienawidzę tej roboty" lub "Aaaaaa... Bój się mnie... To nigdy nie będzie brzmiało normalnie..." albo "Zobacz! Ogromna kupa blachy się na ciebie wydziera! Wow, spojrzałeś! - i wtedy zapadają lekkie salwy śmiechu, które dla ludzi są oznakami obniżenia głosu u robotów. "Tak właściwie to czemu nikt nie powiedział Springtrapowi i jego zjawo-eskorcie o tej całej sytuacji?" - chciałam zadać to pytanie Rickowi, ale po jego minie wywnioskowałam, że z zamyślenia ruszam tylko ustami. Odchrząknęłam i spytałam:
- Czemu nikt nie powiedział Springtrapowi i jego eskorcie o tej całej sytuacji? - byłam uradowana, że tym razem słowa naprawdę wylały mi się z ust. W duchu odetchnęłam z ulgą.
- Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Może dlatego, że nie są za szczególnie w to zamieszani... - odparł.
- Chyba się z tobą zgadzam. - powiedziałam.
- Taaa... A tak a propos to co animatroniki będą śpiewały w zastępstwie?
- Słyszałam, że Mangle już coś wybrała, a reszta jest tak rozbita przez Freddy'ego, że nawet im to przez myśl nie przemknęło.
- Spodziewałem się takiego scenariuszu. A wiesz co zamierza zrobić Mangle? - pokręciłam głową lecz po chwili dodałam:
- Wiem tylko, że występuje z Chicką.
- Aha
- Niedługo kończy się zmiana. Wpół do 6.00. - zauważyłam.
- Ok. Co zamierzasz zrobić ze Scottem? - to pytanie wyrwało mnie z konsternacji, w którą zapadłam pieczołowicie odganiając Springtrapa.
- C-co?? Skąd to nagłe pytanie?
- Nie wiem. Jak oni mówili, że kim jesteś? Per księżniczka? Coś mało prawdopodobne, ale nie zaprzeczam. Co ten Scott właściwie chce i dlaczego Fazbear cię bronił? Co się stało Toy Freddy'emu? - ta część mnie zdziwiła, zapamiętał te głupią, kąśliwą uwagę Chicki? - I  dlaczego ktoś miałby w ogóle zamykać dzieci w strojach zwierząt w mało znanej restauracji robotycznej? - ostatnie pytanie brzmiało dziwnie, ale było sensowne. Chcąc udzielić zdawkowej odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
Nagle alarm w zegarku Ricka dał nam znać o kończącej się zmianie.
- Odprowadzić cię?
- Ummm... Tak. - zgodziłam się. Nie zawadzało mi to. Dawno nie widziałam rodziców... Przynajmniej tak mi się wydawało. A tak naprawdę nie miałam ich na oczach dopiero od jakichś dwóch dni (pomijają uprzednie "spotkanie" z ojcem w pizzerii). Wszystko sprawia wrażenie bolesnego, żółwiego tempa... Denerwujące.
- Zgadzam się. - usłyszałam. W tej chwili uświadomiłam sobie, że mówiłam swoje myśli na głos. Zaczerwieniłam się i wymamrotałam:
- Przepraszam, zapomniałam się...
- Nic się nie stało. Mam podobne odczucia. - uśmiechnął się. Zrobiłam to samo.
Po dotarciu pod mój dom dał mi delikatnego całusa w usta i pożegnał. Chwilę mu machałam, ale, gdy mój obiekt skupienia wzroku uciekł mi z pola widzenia, machałam na przeciwną, pustą stronę chodnika. Jestem pewna, że stałam tam tak machając ręką bite parę minut, ale, gdy zorientowałam się, że ludzie się gapią i, że wyglądam zapewne dziwnie przestałam ruszać ręką i odrętwiała weszłam na posesję. Czułam się jak kłoda i paliłam się ze wstydu. Przywitałam mijającego mnie sąsiada i powoli wlokłam się schodami na ganek. Nie wiedziałam czy rodzice chcą mnie widzieć. Znając życie, pewnie tata powiedział mamie o wizycie w pizzerii... Zastanawiam się nad tą sytuacją, gdy szłam na ojca z nożem w ręku, a on powiedział "Czyli już się zaczęło...". Czy on wie?
Pogrążona w powyższych rozmyślaniach usiadłam na gankowym krześle. Na razie nie wchodziłam do domu. Kontynuując:
Ojciec zapewne wie, ale jak dużo? Może wie tylko o cieniu? Czy kojarzy fakty i wie o moim tytule Księżniczki Krwi? Czy domyślił się o tym, kim byli moi towarzysze w pizzerii? Dlaczego byłe roboty wyczuwają czarno-krwistych? Mimowolnie się uśmiechnęłam. W ciągu zaledwie paru miesięcy dowiedziałam się, że jestem księżniczką i potrafię czytać ludziom w myślach, i w emocjach. A na dodatek, że w rzeczach martwych można umieszczać dusze i je potem ucieleśniać pomimo braku oryginalnego ciała. Kurwa! Moje życie wygląda jak zjebany i gówniany serial. Takie jakie ogląda Molly... Nagle zrobiło mi się żal przyjaciół. Pewnie martwią się o mnie, a Matt już pogodził się z myślą, że go zdradzam. Ale tak czy siak nie jestem warta ich zmartwień. Taka popieprzona i nieumiejętna księżniczka nie jest warta ich zmartwień i nerwów! Dopiero po usłyszeniu pocieszającego głosu Molly zorientowałam się, że ostatnie zdanie wymówiłam głośno.
- Nie prawda! Jesteś warta i tego, i całego świata! Wiemy z Matt'em o wszystkim... Dowiedzieliśmy się od jakiegoś Scotta... - gdy usłyszałam to imię wyraźnie się spięłam. Molly jakby to wyczuła i dodała. - Ale posłuchaj, tu jest teraz, a na razie, tu i teraz ja chcę cię mieć przy sobie, więc się nie zamartwiaj! Bo zginiesz z tęsknoty za wesołością! - zażartowała, a uśmiech zagościł na jej twarzy. Na mojej też przez chwilę zamajaczył, ale nie na długo, bo myśl, że kiedyś uśmiechałam się do Scotta wprawiła mnie w osłupienie i mdły posmak w ustach. Moja koleżanka widząc moją minę powiedziała:
- Może chcesz pójść do mnie? Chyba nie masz ochoty na rozmowę z rodzicami. - znacząco patrzyła to na mnie, to na drzwi.
- Ta. Dzięki. - odparłam.
Po tym pojechałyśmy do mojej przyjaciółki. Jej rodziców nie było w domu - oboje na wyjazdach służbowych. Szczerze, to trochę się ucieszyłam.
- Jak dużo wiesz? - zapytałam siadając razem z nią na łóżku.
- Wszystko. Matt nie wie tego, że Rick też czaruje.
- Aha. - wydukałam głęboko zastanawiając się nad dalszym kierunkiem rozmowy.
- Wiesz... Ja nic nie mam do tego, że jesteś inna... I, że przyjaźnisz się z robotami... - wypaplała niezręcznie.
- Wiem. Ty zaakceptowałabyś nawet gdybym chodziła z dresiarzem i pijakiem! - uśmiechnęłam się pocieszająco, a ona mnie przytuliła.
- Ja i Matt zawsze przy tobie będziemy! I... I twoja rodzina też... - poruszyła niechciany temat. Odsunęłam ją od siebie i ze strachem spytałam:
- Powiedzieliście matce i ojcu?!? - targałam nią za ramiona. Teraz ona stała się przestraszona moim nagłym wybuchem. Po prostu odziwiała kiwnęła głową. Byłam coraz bardziej przekonana jej odpowiedzią. W nagłym przypływie adrenaliny złapałam nóż i wybiegłam z domu. Za sobą słyszałam kroki i głos Molly... Jednak biegnę dalej. Nie czuję bólu nóg, czy zmęczenia. Czułam tylko przerażenie i nic więcej. A co jeśli ojciec będzie chciał nas zabić? (mnie i Ricka oczywiście) Lub dostanie szału i znowu się potnie? Matka się pewnie załamie... Nagle do nozdrzy doszedł mnie znajomy zapach... Siedziałam na ławce, a już świtało. Nie wiedziałam co to za zapach. Rozejrzałam się dookoła, a wzrok mi się jakby wyostrzył. Między ludzi ujrzałam Matt'a. Schowałam nóż. Miał bandaż na nadgarstku (Matt, nie nóż). Nie skrzywiłam się. Skupiałam całą uwagę na ranie pod opatrunkiem. Wchłaniałam ten zapach. Zorientowałam się, co czuję. To była woń jego krwi. Znajoma, jednak niegdyś niezauważalna i niezapamiętywalna. Spojrzał w moją stronę. Podszedł.
- Myślałem, że gadasz z Molly... - zagadnął niezręcznie. - Pewnie zastanawia cię co mi się stało... - spojrzał na biały materiał owinięty w okół ręki. Dopiero teraz zrozumiałam, że cały czas przypatruję się skaleczeniu pod opatrunkiem. Potrząsnęłam głową wybudzając się z transu.
- A co się stało? - zapytałam ostrożnie, jednocześnie przesuwając się, aby i on mógł usiąść.
- Podczas wyjmowania zmywarki i rozmawiania przez telefon z Molly tak się przestraszyłem jej słowami, że rozbiłem talerz. Gdy zbierałem resztki wsłuchiwałem się w jej słowa i oparłem się niechcący nadgarstkiem o jeden z kawałków naczynia. - odpowiedział grobowym głosem.
Odetchnęłam z ulgą. Myślałam, że się przezemnie pociął czy co.
- To nic. Zagoi się. - zmusiłam się do zesztywniałego uśmiechu.
- Tak. Raczej tak. A co tam u ciebie? Dawno cię nie widziałem...
- Matt, wiem, że ty też wiesz. Nie udawaj obojętności. - nagle przerwałam, bo poczułam gorzkawy, duszący zapach dymu, a w mojej dłoni zamajaczyła broń. Po narzędziu, które trzymałam, wywnioskowałam, że poczułam woń grzesznika. Matt odsunął się lekko, a ja wypatrywałam nie wiem kogo w tłumie. Nagle podeszłam do jakiego czarnowłosego i przyłożyłam mu pistolet do łba.
- Myślałem że jesteś w uśpieniu! - zdziwił się.
*Matt*
- Myślałem że jesteś w uśpieniu! - zdziwił się mężczyzna, któremu moja przyjaciółka najwyraźniej groziła. Chciałem ją powstrzymać, ale stałem jak kłoda. Nagle usłyszałem jej siarczysty szept kierowany do nieznajomego:
- A widzisz, jednak nie śpię. - wysyczała po czym odpaliła mu kulkę prosto w środek głowy. - Na drugi raz ukrywaj zaklęciami smród swojej krwi! - splunęła w nogi trupa, a ludzie się na nią gapili. Ktoś dzwonił na policję. Wtem spojrzała na mnie krwisto czerwonymi oczami lecz po chwili już kojąco fioletowymi.
- Nie bój się. Póki ty, nikogo nie zabijesz dla zabawy, nic ci nie będzie. - zamilkła. - To tyczy się was wszystkich! - dodała po chwili.
*Oxanne*
Nie wiedziałam co mówiłam, słowa same bezwładnie ze mnie wypływały. Po wypowiedzeniu ostatniego zdania do tłumu usłyszałam syreny policji około 10km stąd. Szepnęłam nieme "przepraszam" do Matt'a, który kiwnął głową i zaczęłam biec. Pistolet zniknął mi z dłoni zaraz po przedziurawieniu tamtemu gościowi głowy.
Po wejściu do domu nie zwracając uwagi dosłownie na nic wbiegłam do swojego pokoju. Mike i Kayl pewnie byli w przedszkolu podczas, gdy ich siostra mordowała na środku ulicy...
- Oxanne, zejdź na dół! - wrzasnęła matka z dołu schodów. Westchnęłam, rzuciłam nóż na podłogę i zeszłam do rodzicielki.
- Tak? - rzuciłam oschle.
- Tak? Tak? Po prostu po tym jak kogoś zamordowałaś rozmawiasz tak normalnie?!? - wydarła się. Tylko przewróciłam oczami i zadałam pytanie, którego pożałowałam:
- Ile wiesz? - zadrżałam na dźwięk mojego melodyjnie spokojnego głosu.
- Wszystko! Wszystko! Jak długo chciałaś to wszystko ukrywać?! A twój ojciec z tobą na spółkę! Wiem już kto był odpowiedzialny za psychopatyczne skłonności twojego ojca! Cholerny cień! A ty też go masz, gówniaro! - po raz pierwszy usłyszałam te słowa z ust matki... Zabolało... Zbierało mi się na łzy... Ta bezduszna kreatura to nie moja matka! - Dlaczego mnie okłymaliście? - kontynuuowała załamującym się głosem. - Czemu? Czy nie byłam dla was wystarczającym wsparciem?
 - Tata pewnie nie chciał cię zamartwiać, a ja nie chciałam zamartwiać was obojga... - wymamrotałam, ale matka dalej prowadziła monolog:
 - Może wy mnie po prostu już nie kochacie? Nie jestem dla was odpowiednia? Słyszałam, że raz już mnie zdradził... Może powinnam odejść?
 - Mamo przestań! Nie mów tak! - przytuliłam się do niej ze łzami w oczach, ale ona pozostała na to obojętna...
 - Widzisz? Boli, prawda? - powiedziała ze śmiechem.
 - Ocknij się, mamo!
 - Już się ocknęłam, kochanie. Nigdy bym tak z tobą nie rozmawiała, ale powiedz, moje słowa bolały tak samo jak okłamywanie.
- Ty udawałaś?!? - myślałam, że jej wjebię.
- Tak, tak. Ale nie w tym sęk. Masz mnie więcej z ojcem nie okłamywać, obiecujesz?
- Obiecuję! A ty mnie tak boleśnie nigdy nie wkręcaj!
 - Ok. Umowa stoi. - odparła, a ja miałam taki mętlik w głowie, że tylko przytaknęłam sobie i udałam się do ojca na kanapę w salonie. Mama zamknęła się w kuchni.
 - Niezły teatrzyk, co? Przez pierwszy rok studiów jej kierunkiem było aktorstwo potem dopiero poszła na medycynę.
 - Aha. - na inną odpowiedź nie było mnie stać. A więc wszystko z matką ukartowali? Bolesne.
 - Słyszałem, że twój cień jest unieszkodliwiony. Już myślałem, że to któryś z chłopaków przejmie tytuł.
 - Tytuł? - spytałam i oprzytomniałam. Więc o tej księżniczce też wiedział od początku!
- Tak. Tytuł Księżniczki Krwi. Myślę, że dzięki swoim blaszanym przyjaciołom już znasz tę nazwę.
 - Więc o nich też wiesz?! Kurwa. Kiedy ty się o tym dowiedziałeś? - odchrząknął znacząco. - Przepraszam, uniosłam się. - spuściłam wzrok. Matka nienawidziła, gdy przeklinałam, ale ojciec nic do tego nie miał. Zazwyczaj.
 - O prawie wszystkim wiedziałem od początku. Tylko o animatronikach dowiedziałem się teraz. - mruknął.
 - O co chodzi z tym tytułem?
 - Praktyczną wersję pewnie już znasz. - zaczął. - Ale w mojej rodzinie jest pasmo potomków, którzy mają specjalną moc, do której używają swojej lub czyjejś krwi oraz czasami dodatkowych składników. Noszą oni miano książąt i księżniczek. Ten krąg nigdy się nie zamknie. Nawet jeśli ostatni potomek naszego rodu zginie bez potomstwa, nawet adoptowanego, to Wyrocznia wybierze nową osobę, która ze swoim potomstwem będzie kontynuować zwyczaj. W tym samym czasie w jakim Wyrocznia wybierze wybraną lub wybranego pojawia się stróż lub strażniczka, którzy mają strzec wybrańca i w jego 16 urodziny powiedzieć mu prawdę. Po nauczeniu wybrańca korzystania z jego mocy stróż może spokojnie odejść, a Wyrocznia pokieruje nim dalej lub przejść na ciemną stronę i zapragnąć mocy swego pana. Czasem zdarza się nawet, że dziedziczni mają stróży, ale data poznania prawdy zmienia się. To dzieje sie zazwyczaj od 17 do 19 roku życia. U ciebie było to 18 lat. Twoim stróżem Był Scott Cawthon, brat Freddy'ego Fazbear'a. Ten stróż jednak na złość bratu przeszedł na ciemną stronę mocy. Wiesz dlaczego? - pomimo zadanego pytania nie dał mi odpowiedzieć. - Bo Fazbear był moim stróżem. - oczy wyszły mi z orbit. Mój szef był starym znajomym mojego ojca... Ale to posrane... - Osatnio dziedziczni mają częściej stróży. Moja matka, ja i ty. Wszyscy mieliśmy stróży. Dalsze pokolenia stróży posiadali w kratkę. Raz tak, raz nie. - dokończył.
 - Teraz cokolwiek rozumiem. - odparłam.
*****
Na razie kończę. Macie pozdrowienia od mojej bliźniaczki, Yui. Wiem, że rozdział popaprany, ale przynajmniej coś się wyjaśniło. Spoiler: chciałam zamiast tego zabitego mężczyzny zrobić Vincenta, ale dość tej konfrontacji... XD
Paaaaa, K. Bethany

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P