środa, 7 października 2015

Rozdział 7

Oto muzyka, której słuchałam X'D
https://www.youtube.com/watch?v=te-nq9A8Ops
https://www.youtube.com/watch?v=B0Z_KfPeJog
*****
*Will*
Wreszcie obudziłam się z wiecznego snu... Zamrugałam parę razy... Popatrzyłam na swoje ręce... Wstałam i spytałam:
- Czy to wy?
- Marionetka! - krzyknęły postacie chórem prócz bruneta z piwnym oczami i fioletowłosej. Już przyzwyczaiłam się do tego, że mnie tak nazywają.
- Tak, to ja. Widzę, że umowa została rozwiązana. Co teraz zamierzasz zrobić, księżniczko? - spytałam kierując się ku Oxanie.
- Hmmm, po pierwsze, nie jestem księżniczką, mów mi po imieniu. Po drugie, już was uwolniłam więc nie mam już nic do zrobienia. Po trzecie, nie zamierzacie zacząć od nowa żyć? - powiedziała.
- Po pierwsze, jesteś księżniczką, ale o tym nie wiesz, po drugie, według Freddy'ego powinnaś się z nami kryć póki Scott nie zostanie obezwładniony, po trzecie, jak mamy zacząć żyć, skoro nasi rodzice przez tyle lat uważali, że nie żyjemy?! - odpowiedziałam jej.
- Zaraz, że CO?!?! - zdziwiła się.
- Oh, nie ważne. Jedziesz, czy odmawiasz?
- Odm...  - zawahała się. - Jadę! Chcę zobaczyć co z tego wyjdzie! - postanowiła.
- Dobrze, ale jak masz mnie w to pakować to, proszę mnie zapewnić, że nie zginę! - zaśmiał się jej towarzysz.
- Dobrze, kochanie. - objęła go w pasie i popatrzyła mu w oczy.
- To, co? Gdzie chcesz najpierw pójść? Masz do wyboru: odkryć dlaczego nasz ojciec mordował i dlaczego przestał, czego chce od ciebie Scott lub poznać naszą historię... I...? - palnął Foxy.
- Nie mów do niej tak dobitnie, dupku! - szepnęłam przyjacielowi.
- Wolę ostatnie. Jestem tego bardzo ciekawa... - rzuciła.
- Daj rękę. - powiedziała Chicka.
*Oxanne*
Chwilę się wahałam, lecz podałam dłoń dziewczynie... Bonnie wyjął scyzoryk i podszedł do Chicki...
- C-co, w-wy chcecie m-mi zrobić?! - jąkałam się.
- To nie boli. Musisz się nauczyć z tego korzystać, bo to twoja moc... - powiedział z troską Foxy.
Popatrzyłam na moją dłoń, do której Bonnie już przyciskał scyzoryk... Podniosłam wzrok na Ricka, który tylko skinął na mojego brata i wzruszył ramionami. Zamknęłam oczy. Gdy je po sekundzie otworzyłam z mojej ręki leciała strużka krwi na ziemię, a ja nawet nie poczułam kiedy Bonnie przeciął mi skórę. Na widok krwi jedna łza poleciała mi po policzku, poczułam jak za moją drugą rękę ściska mnie mój chłopak.
- Wiesz co masz mówić. - usłyszałam w głowie głos blondynki.
- Ledwo słyszalnie wyszeptałam słowa...
- Historię poznać czas, choć już od dawna widzę was... - w jednej chwili wszystko rozbłysło oślepiającym blaskiem... Wszyscy staliśmy w pamiętnym pokoju małego pirata. Rudowłosy chłopczyk z czapką pirata na głowie i opaską na oku siedział przed komputerem i oglądał film.
- Kochanie, chodź, pójdziemy na miasto! Ciągle tylko siedzisz w domu! - usłyszeliśmy.
- Nie, dzięki!
- Ale idziesz, już! - rozkazała biorąc malca na ręce i jednocześnie wyłączając monitor.
- Beee! Nie chcę wychodzić! - marudził. Kątem oka zauważyłam jak Foxy się czerwieni.
- To było parę lat temu... parę lat temu... - poklepałam go po ramieniu.
- Zakładaj buty! - postawiła chłopca na podłodze przed parą czerwonych adidasów.
- Ale ja nie chcę!!!
- A ilu ja rzeczy nie chcę?! A i tak muszę! - zdjęła mu czapkę i powiesiła na wieszaku. Dzieciak naburmuszony założył buty i posłusznie wyszedł za mamą. Na dworze kobieta była uśmiechnięta.
- Może pójdziemy do tej pizzerii taty? Jak ona...? Freddy Pizza, czy coś, w każdym mąci razie, idziesz?
- Tak. - odburknął.
- Nie bądź gburem! Pobawisz się ze swoim ulubionym animatronikiem!
- Dobrze. - odparł nieco energicznie.
Po przyjściu do lokacji mały od razu przylgnął do sceny, a jego matka poszła na dwór zapalić. Strażnik spał (to nie Rick). Poza sceną chodzili Bonnie, Chicka i Freddy. W pewnym momencie każdy zgubił ich z oczu. Między stolikami zaczął krążyć złoty królik, ale nie zniszczony i w ogóle.
- Witaj, jestem SpringBonnie, a ty, piracie? - przywitał się z małym Foxy'm. Na scenę weszła oryginalna trójka animatronów, a lisiasty gdzieś se poszedł.
- J-jestem, Foxy. Chciałbym kiedyś być jak Foxy. Zawsze lubiłem lisy i oczywiście piratów! - strzelił opaską na oku i się uśmiechnął.
- Chciałbyś zobaczyć twojego ulubieńca z bliska? Chętnie ci go pokażę, bo ten robot to i mój ulubieniec. - Chłopczyk pokiwał głową. Mężczyzna w kostiumie zabrał go przed zaplecze.
- Poczekaj tu chwilkę. Muszę go wyłączyć, aby cię nie ugryzł! - Po majstrował chwilę przy Foxy'm i zawołał dzieciaka... Zamknął za nim drzwi i zdjął maskę kostiumu. Na jego twarzy widniał psychopatyczny uśmiech, a z kącika ust ciekła wąska strużka krwi... Chłopak cofał się coraz bliżej animatrona... Zdziwiło mnie, że morderca nie ma broni... Gdy maluch uderzył plecami o brzuch lisa ten się włączył i rozejrzał, następnie... Usłyszeliśmy chrup i na ziemi leżał skulony chłopczyk bez płatu czołowego, cały we krwi i łzach z mikroskopijnymi źrenicami. Po chwili miał już zamknięte oczy i rozluźniony uścisk. Miał lekko rozchylone usta, z których leciała krew, a oczy były nadal leciutko mokre od płaczu... Morderca śmiał się psychopatycznie przez moment, wyczyścił dokładnie cała salę, po czym wziął chłopca na ręce i włożył jego ciało do worka na śmieci, by wrzucić je do kontenera.
- Słodkich snów. - powiedział, gdy pakował ciało do worka.
- To było, O B R Z Y D L I W E !!! - skrzywiła się Chicka. Znów wróciliśmy do współczesnej pizzerii...
- Tsia... zgadzam się... - przyznałam. Mój brat pomasował się po bliźnie na lewej skroni... Westchnął. Po paru minutach zbędnej dyskusji udaliśmy się do Chicki...
W bardzo różowym pokoju przy pudrowo-różowej toaletce z lustrem siedziała nawet niska blondynka z bardzo długimi włosami. Próbowała się uczesać na różne sposoby. Kitka, rozpuszczone, warkocze, dobierany, sznur, francuski i nawet kok.
- Ah! W nic do chuja nie mogę się uczesać! - denerwowała się dziewczyna.
- A może tak. - powiedział praktycznie z białymi włosami chłopak. Podszedł do niej i zwinnie ułożył jej włosy w dwa kucyki, które miała na sobie obecna Chicka.
- Dzięki Marco! - podziękowała i wtuliła się w brzuch chłopaka.
- Nie ma za co, mała, ale następnym razem przeklinaj ciszej, bo wpakujesz mnie w tarapaty. - powoli odsunął od siebie 8-latkę.
- Jesteś najlepszym bratem na świecie!
- A ty najlepszą siostrą. - dał jej kuksańca w głowę. - Ogarniaj się i idziemy po Damrokę. - dziewczynka zawiązała na gumki różowe kokardki, nałożyła błyszczyk i założyła brązowe kozaki. - A kurtka, bluza czy coś? - przypomniał.
- Niepotrzebne.
- Lepiej weź.
- Niepotrzebne. - uparła się.
- Jak chcesz, później będziesz chodzić chora i mama będzie zła.
- Mama?
- Ciocia Carly [czytaj: karli].
- I co z tego?
- Gówno. Już, dobra, idź bez kurtki, ale jak ci będzie zimno to Damroka daje ci bluzę, nie ja! - zapewnił.
- Ok.
- Masz dziś urodziny, gdzie byś chciała później pójść?
- Jeszcze nie wiem. - odpowiedziała.
   Już byli niedaleko przedszkola "Kropeczka", gdy zadzwonił telefon Marco.
- Halo? A, to ty... Tak... Ok... Już idziemy... Pa! - zakończył rozmowę. - Niedaleko pracy Damroki jest pizzeria "Freddy Fazbear Pizza", kazała nam tam iść. To w drogę. - zwrócił się do siostry po czym wziął ją za rękę i poprowadził w stronę brązowo-żółtego budynku z wielkim, neonowym szyldem.
- Wow...! - zachwyciła się mała.
- Wchodzimy. - zarządził.
- Dobra! - oboje przeszli przez podwójne drzwi i ich oczom ukazała się ogromna sala. 1/3 sali zajmowała scena, a obok niej był "Pirate Cove", kolejną 1/3 (środek sali) zajmowały krzesełka i ławeczki do oglądania sceny, a na końcu pomieszczenia znajdowały się stoliki i krzesła. Obok sceny znajdowały się dwa korytarze, które prowadziły do innych pokoi. To samo było po stronie ze stolikami.
- Gdzie Damroka? - spytała blondynka.
- Kochanie? Gdzie się schowałaś? - brak odpowiedzi. - Damroka? - Z jednego z korytarzy wyłonił się żółty robot z wielkim, różowo-białym tortem i 9 świeczkami. Animatronik położył ciasto na jednym ze stolików. Z innego korytarza wyszła dziewczyna Marco i zapaliła każdą ze świeczek. W tym samym czasie do pokoju weszła reszta zwierząt-robotów. Na czele Freddy za nim Bonnie i na końcu Foxy, każdy wszedł na scenę (włącznie z Chicką), a Foxy udał się do "Pirate Cove'a". Zanim jednak to zrobił podszedł do Chicki (człowieka) i wyszeptał jej do ucha "Jesteś kolejna. Uważaj.". Oczy dziewczynki zrobiły się wielkie jak spodki.
- To ty mówisz?! - rzuciła rozradowana, ale robot tylko odwrócił się i ruszył za kurtynę.
- Przecież one muszą umieć mówić, bo jak śpiewają to i gadać muszą! - zauważył jej brat.
- To prawda... - przyznała mu rację.
Animatrony zaśpiewały "Happy Birthday", a Foxy odegrał teatrzyk z resztą robotów.
- One są super! - cieszyła się dziewczynka.
Po dokończeniu przedstawienia na salę wkroczył duży, złoty, dobrze nam znany królik, SpringBonnie...
- Witajcie! Jestem SpringBonnie! Gdzie jest nasza jubilatka? - robot mówił zbyt zwyczajnym głosem. Pewnie w środku był któryś z pracowników i przyszedł zabawiać małą.
- To ja! To ja! - krzyczała ochoczo.  Mężczyzna podszedł blisko jubilatki i następnie nawet nikt nie zauważył jak, trzymał jej nóż pod gardłem, a całą tą sytuację obserwowali przerażeni Marco i Damroka...
- Twoje ostatnie słowo, gówniaro?
- Pomóż, Marco... - dziewczynka cała we łzach zaczęła się lekko szamotać, ale niedługo, bo z jej szyi na dekolt ciekła już strużka krwi...
Marco zalał się łzami, a martwe ciało jego siostry osunęło się na ziemię. Wszystko na nowo się rozjarzyło i staliśmy w obecnej pizzerii.
- Nie powiedziałaś, że miałaś brata. - zauważył John.
- Dobre słowo, "miałam"...
- Hm? - zdziwiłam się.
- Niedługo po mojej śmierci, mój brat wytrzymał z tydzień. Potem Marco popełnił samobójstwo, a Damroka dwa dni po nim. - powiedziała to z taką obojętnością jakby mówiła o filmie.
- Nie rusza cię to? To w końcu twoja "rodzina"... - powiedział Bonnie.
- Tak, ale co było to się nie odstanie. Zdarzyło się i tyle, za nic dostajesz w plecy kulkę, a za zło i tak ci chuj powiedzą. - uśmiechnęła się jadowicie, a w jej ręce coś błysnęło. W jednej sekundzie obróciła się i przecięła nożem mój brzuch. Patrzyłam jak krew z rany nie zlatuje na podłogę. Lepka maź tylko ledwo zachlapała mi koszulkę, a rana zniknęła i jej nie było. Patrzyłam zdziwiona we własny brzuch.
- A nie mówiłam, ma złotą krew! - ucieszyła się Chicka.
- Albo niebieską. - zauważył Foxy.
- O co tu biega?!? - zapytałam, ale nie uzyskałam odpowiedzi, bo nasze zwierzaczki zaczęły toczyć dyskusję na temat koloru mojej krwi.
- HALO! - wrzasnął Rick. - Ktoś jej wysłucha? - spytał wskazując na mnie palcem.
- Siostrzyczko, już każdy ci to tłumaczył, ale ty i tak nie ogarniasz? - Foxy ironiczne uniósł jedną brew.
- Bardzo śmieszne, wiesz? Jak ja mam to rozumieć skoro przez całe życie byłam człowiekiem, a nie robotem jak ty!
- Ale to i tak nie ważne skoro ten palant... - Bonnie nie dokończył, bo mój chłopak przyjebał mu w twarz.
- Rick! - wrzasnęłam na niego.
- Co? - Uniosłam brwi i spojrzałam na niego z dezaprobatą.
- To bolało, dupku. - no i zaczęli na siebie kurwić i już mieli się bić, gdy Chicka odsunęła Bonnie'go.
*Chicka*
Odciągnęłam królika na bok i zaczęłam wrzeszczeć:
- Chcesz, kurwa wrócić do kariery robota?!?! - on tylko zaskoczony moim atakiem złości pokręcił głową. - No i dobrze. Jeszcze raz, kurwa i kończysz u mojego brata!!! - przyłożyłam mu nóż do nadgarstka i chemicznie się zaśmiałam. Przełknął głośno ślinę i bardzo delikatnie mnie od siebie odsunął. Słyszałam jak za nami podobną scenkę robi Rick'owi Ox.
*Rick*
- Co ty sobie wyobrażasz?!?! Kurwa jeszcze raz i wracam po twojego cienia, a Shadowy będzie tylko patrzeć!!!
- Nie odważysz się.
- Może. - powiedziała i przyłożyła sobie mój scyzoryk do gardła. Uśmiechnęła się. - Dobra, teraz mnie przekonałaś. Kto został na liście? - chciałem jak najprędzej zmienić temat.
- ...Bonnie.
- Ja, bo kto inny? - popatrzył na mnie, a ja miałem ochotę mu wpierdolić.
W jednym momencie znaleźliśmy się w tej samej pizzerii sprzed lat. Tuż przy scenie stał mały, czarnowłosy chłopiec, a obok niego młoda kobieta.
- Mały, poczekaj zaraz przyjdę. - uśmiechnęła się promiennie.
- Dobrze, nianiu. - powiedział.
Chłopczyk przyglądał się robotom, które śpiewały i grały.
- Yay! Dajecie czadu! - Bonnie popatrzył się smutno na chłopca, a chłopiec na robota. W tym momencie reszta animatronów zeszła ze sceny, został tylko gitarzysta. Odłożył gitarę, a maluch wszedł na scenę. Robot i dziecko patrzyli na siebie. Czarnowłosy zawył z bólu, a jego oczy przybrały formę małych kropeczek. Na środku brzucha miał wbity nóż. Animatronik zdjął głowę, okazało się, że siedział w nim jakiś gościu z fioletowymi włosami. Mały upadł na kolana, potem na brzuch. Z jego ust leciała strużką lepka maź. Reszta dzieci poryczała się, pochowała lub pouciekała ze swoimi opiekunami.
- To było do przewidzenia. - rzuciłem.
- Tsia - dodała Ox.
- To już za mną, nie ma co się rozczulać. - powiedział Bonnie i się uśmiechnął.
- Teraz tylko Freddy... Znaczy John! - szybko się poprawiła.
- Ahm. - przytaknąłem. Jak zwykle przeniosło nas do starej lokacji.
Byliśmy w biurze Fazbear'a. Syn kłócił się z ojcem.
- Jesteś kłopotliwy i nieodpowiedzialny!
- Odezwał się! Dla ciebie kasa jest ważniejsza ode mnie! - wydarł się 11-latek i wybiegł na główną salę. Podeszła do niego pani, która opiekowała się dziećmi.
- Czy coś się stało, kochanie? - spytała uprzejmie zapłakanego chłopca.
- Nie jesteś moją matką, żeby tak do mnie kurwa mówić!!! - wrzasnął i z całej siły wbił jej pięść w brzuch, a kobieta zawyła z bólu i zaczęła pluć krwią. Upadła na kolana. John zrobił wściekłą minę, wyminął opiekunkę następnie zwrócił się do reszty dzieci:
- KTOŚ JESZCZE?!?! - maluchy przerażone patrzyły się na niego, niektóre płakały. - To dobrze. - na jego twarzy zawitał jadowity uśmiech.
- Nie ładnie tak! - zganił chłopca gościu w fioletowym mundurze.
- A ty, co? Nowy ochroniarz starego? - chłopak zaczął się głośno śmiać. - Błagam! - w jednej chwili siedział na mężczyźnie i przykładał mu scyzoryk do gardła.
- Jesteś taki jak ja. - łza spłynęła po policzku nieznajomego. - Tak mi przykro. - przeciął John'owi gardło. Sturlał dziecko z siebie, wytarł nóż o spodnie, schował go do kieszeni. Po czym wyszedł jakby nigdy nic. W drzwiach jeszcze szepnął odwracając głowę ku swej ofierze:
- Tak mi przykro.
Po powrocie lekko odsunąłem się od przyjaciela.
*Oxanne*
- Teraz wyjaśnicie mi czego chce Scott i CZYM właściwie jestem! - zamknęłam oczy. Przesłałam telepatycznie wyrazy współczucia John'emu. On się tylko do mnie uśmiechnął.
- Jesteś kimś kto za pomącą swojej krwi może kontrolować kogo chce i co chce. Tak zwaną, "Księżniczką Krwi". Stopnie krwi:
czerwona - zwykła, ludzka,
srebrna/metalowa - mechaniczna,
zielona - kogoś kto miał lub ma mieć niebieską krew,
niebieska - królewska, szlachecka,
złota - najwyższa w danym regionie lub w ogóle,
fioletowa - magiczna, kogoś kto czaruje,
biała - krew ducha lub innej istoty prawie niematerialnej.
czarna - krew grzesznika
Ty masz albo niebieską albo złotą, ale twoja rodzina od strony ojca... ma czarną. Twoja matka ma czerwoną, Rick też. My mamy czerwoną i srebrną. - wyjaśniła ochoczo Chicka.
- Coś tam zrozumiałam... - wybełkotałam.
- Scott ma fioletową i czarną. Fazbear, czerwoną. - dodał Foxy.
- Hm... Co mam o tym myśleć?
- O tym zdecyduj sama. - wzruszył ramionami John.
- Skoro tak... Ale mówcie mi po imieniu tak, czy siak.
- Dobrze.  - uśmiechnęła się Chicka.
- Scott wie o twojej mocy i dlatego chce cię wykorzystać. Jednak szef próbuje do tego nie dopuścić. - wyjaśnij Bonnie. Przeleciało mi przez głowę to, że w biurze Fazbear'a Scott mówił coś o jakiejś księżniczce...
W jednej chwili całej szóstce (John, Jack, Chicka, Bonnie, Foxy, Will) oczy zaiskrzyły się na czerwono, a w ręce każdego pojawił się nóż. Obserwowali otoczenie w okół siebie, jakby czuli, że ktoś ich obserwuje.
- Grzesznik. - powiedział cicho syn szefa.
Po sekundzie Chicka przykładała nóż do gardła mego ojca, który nie wiadomo skąd się wziął.  Ja też poczułam się jakoś dziwnie, zachciało mi się pić... Powoli podchodziłam do ojca, ale już, gdy byłam wystarczająco blisko... powstrzymałam się.
- Chicka, puść go!
- Ale on ma czarną krew!
- Puszczaj!
- Tak jest. - wysyczała i odsunęła się od Vincenta.
*Rick*
- Córeczko, jak się cieszę, że nic ci nie jest! Nie widziałem cię od poprzedniego wieczora!
- Odejdź! - syknęła i go odepchnęła. Zmarszczyła brwi w złości i oblizała się po kłach. Jej czerwone oczy wprawiały mnie w zakłopotanie. Jeszcze raz oblizała się po zębach i przybrała zdziwioną minę. Do jej tęczówek znów napłynął fiolet.
- C-co się st-sta-stało?! - kierowała pytanie ku brunetowi (John).
- To twoja prawdziwa forma, Oxanne. - odpowiedział obojętnym tonem.
- Co? Jestem wampirem, czy coś?
- Nie, ale możesz pić czerwoną i czarną krew lub ich mieszanki z innymi formami krwi. - Chicka była jak zwykle promiennie uśmiechnięta. Oczy dziewczyny jak i reszty wróciły do normy, a bronie znikły.
Moja dziewczyna zamknęła oczy, gdy je otworzyła znów były czerwone. Spojrzała na swojego ojca po czym się oblizała.
- Wyjdź zanim zrobię ci krzywdę. - rzuciła. Wyciągnęła rękę w stronę mężczyzny. Zwinęła ją w pięść i skierowała ku drzwiom - tata Ox przeleciał przez drzwi po tej same drodze co jej ręka. Oxana krótko się zaśmiała i zwróciła do Bonnie'go:
- To wiem już od dawna.

*****
Sorry, że takie gówniane, ale ten rozdział piszę już od ponad miesiąca. Wiem, że nie byłam aktywna, ale szkoła mnie przywala i do tego jestem chora - humor w dół. Przez dłuższy czas nie będzie rozdziałów, może jeden na miesiąc lub dwa... Naprawdę sorki za to :'-(
~K. Elisabeth

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P