Na tym blogu opiszę historię Vincenta, a potem jego córki PS trzeba znać choć minimalnie fnafa, bo nie będziecie znać postaci... Ale tak to żadna zabawa. Z resztą, miłej zabawy!
czwartek, 30 lipca 2015
Zapowiedź
Ostrzegam, że teraz będzie duża przerwa w pisaniu, bo po przyjeździe do domu mam ślub cioci, a potem ok. 10 dni wolne, gdzie zapraszam koleżanki do domu... następnie kolonia i do szkoły... weekend - nauka albo odpoczynek - i jak tu pisać bloga :-(
poniedziałek, 27 lipca 2015
3 dzień
Mamy trzeci dzień w górach. Tym razem pojechaliśmy wyciągiem (wcześniej szliśmy pieszo na szczyt) na górę Bacówki i mama (ja też na początku) bała się. Kamerowałam i robiłam zdjęcia prawie wszystkiemu (w tym roku to ja byłam operatorem i miałam kamerę). Ja jak zwykle pizda i płakałam, że wlazłam całą nogą po kostkę w błoto, bolą mnie nogi i wszędzie są robaki. Dziwicie mi się? Dziewczyna, diva, wychowana w erze komputerów, w największym i najbardziej zatłoczonym mieście polski, co roku niejeżdżąca nigdzie i siedząca w domu, nienawidząca wsi, lasów ma się tak nie zachowywać?!?! Obiado-kolacja raczej marna. Nazbierałam kamieni, które podrzucam w górę i łapię. Coś jak żonglowanie tylko nie wszystkimi jednocześnie. Mama kazała mi też zabrać kamyk, który świeci się w niektórych miejscach jak srebro.
sobota, 25 lipca 2015
Już w lokalu
Już dojechaliśmy i jedynym minusem jest brak czajnika w pokoju. Mama mówi, że widoki piękne i, że jakbym była mała to kazałabym im zbierać kamyki, a tak to nie chce się bawić... Rodzice wyczaili jakiś plac zabawa i będą kazali mi tam iść... Ale tak to spoko. Jest jeszcze afera, bo tata musiał wpisać kod na internet, a ja nie ;-) . To do zobaczenia moja warszawo w sobotę!
Hejka
Jadę już samochodem do tego hotelu Wierchomla w górach. Po raz pierwszy mam na sobie spodnie od kilku tygodni - ubierałam same spódniczki i sukienki. Wzięłam laptopa i może nawet coś napiszę.
Pozdrowienia od całej rodzinki :-)
Rozdział 5
*Rick*
Po daniu Ox naszyjnika poszliśmy do restauracji zjeść coś zanim pójdziemy do pracy i rozmawialiśmy na tysiące tematów. Czy in-vitro jest dobre, czy po adopcji dzieci nie są pokrzywdzone, czy sport jest aż tak popularny, jacy aktorzy i filmy są najlepsze, co działa dobrze na przeziębienie, no i w końcu: jak znalazł się w tej pracy?
- Wiesz, no, chciałam uciec myślami od potwora i przy okazji oszczędzić. Szczerze, nie wiem na co, tak na czarną godzinę. A ty? - powiedziała dziewczyna i popatrzyła na mnie.
- Ja? No, cóż... Matkę co jakiś czas łapią, ale nie na długo, bo nie wykonuje za poważnych kradzieży. Więc podczas jej nie pobytu musiałem sobie radzić sam, a z pieniędzy, które uzbierałem kupiłem swoje mieszkanie, oczywiście daleko od jej i wyprowadziłem się. Teraz sam na siebie zarabiam - tutaj, rzecz jasna. - uśmiechnąłem się.
- Aaaa. Ja mieszkam z rodzicami...
- I co w związku z tym? - przerwałem jej.
- Nic. Myślałam, że będziesz się ze mnie śmiał.
- Śmiał? Nigdy. - powiedziałem i dałem jej kuksańca. - Ale, gdybym miał normalnych rodziców lub chociaż matkę to też bym z nimi mieszkał.
- Serio? Jak do tej pory myślałam, że jesteś z tych co nie przyznają się do błędów i są niezależni. - Zaśmiała się i uderzyła w klatkę piersiową. Ja też się zaśmiałem, ale nie skomentowałem.
- Co, mowę ci odebrało? Czyżbym miała rację? Oby nie. - puściła mi oczko.
- Ha, ha, ha. Nie, nie masz racji - to było z konieczności i kropka.
- Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje. - zapewniła.
- A jednak, nie. Bo gdyby nie ty nie wykaraskałbym się z tego potrzasku, w który wpędził mnie Fazbear, ani nie byłbym taki jaki jestem, bo przedtem byłem jak kamień - nic nie mówić, nie okazywać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów... I za to ci dziękuję. - przyznałem.
- Za co? - spytała.
- Za to, że mnie zmieniłaś.
- Ok, to nie ma za co. - dotknęła naszyjnika i uśmiechnęła się.
- Spoko, to co, zapłacę i idziemy?
- Tak, ale dołożę ci. - spojrzała błagalnym wzrokiem.
- Nie. - pokręciłem głową.
- Ok. - dziwnie się wyszczerzyła. Gdy chciałem zapłacić udała, że ja potrzebuję do toalety i jakiś kolo mnie odciągnął, a ona raczej za nas zapłaciła. Po powrocie do niej przyznałem, że jest sprytna.
- Przebrałaś się? - zapytałem, gdy stałem w szatni czekając na nią.
- Tak, - odpowiedziała wychodząc z kabiny z ubraniami w ręku, a na sobie fioletowym mundurze.
- A my nie mamy nosić niebieskich?
- Nie, głuptaku. Dziewczyny noszą fioletowe, a chłopcy niebieskie. Co, pierwszy raz widzisz jak się przebieram? - zaśmiała się.
- Dopiero teraz ci się przyjrzałem. - udawałem skupienie, a fioletowo włosa się zaśmiała.
Zauważyłem, że ma średnie loki, bardziej mocne fale. Gładkie, fioletowe tęczówki i jasną cerę. Ma figurę klepsydry i trochę zacięty charakter...
- Halo?!? Czy ty człowieku masz uszy?!? - wrzeszczała Oxana wymachując przed moją twarzą ręką.
- Tak. - mówiłem pocierając nosem o jej rękę.
- Myślałam, że cię zamurowało.
- A ja, że normalne dziewczyny nie mają fioletowych włosów. I widzisz, oboje się myliliśmy.
- Bardzo śmieszne. Mój ojciec ma podobne i po nim odziedziczyłam kolor.
- Spoko. Chodź do biura.
- Ok.
Po zamknięciu za sobą drzwi okazało się, że jest już po północy - spóźniliśmy się na naszą zmianę. Szybko sprawdziliśmy czy wszystkie animatroniki są na miejscu i okazało się, że tak.
- Uff, na szczęście wszystkie są. - odetchnęła Ox.
- Yhm. Szef nie będzie zadowolony. - powiedziałem.
- No, nie będzie. - powiedział z diabelskim uśmiechem Scott.
- Kto to powiedział? - spytała drżącym głosem dziewczyna chowając się za mnie.
- Nie wiem. Wyłaź. - zmarszczyłem brwi.
- Skoro chcesz...
Z cienia w kącie wyszedł mężczyzna uderzająco podobny do Fazbear'a... Ale inaczej ubrany i miał zielone, a nie brązowe oczy.
- Sądzę, że mnie nie kojarzycie, na pewno nie ty, panienko... A co do ciebie chłopcze mam mieszane uczucia. W każdym razie, jestem Scott. - wyszczerzył się i podał mi dłoń. Niepewnie ją uścisnąłem i poczułem jak Oxana chowa się za mną jeszcze bardziej i ściska moje ramiona.
- Jestem Rick. - przedstawiłem się. - A to Oxanne. - wypaliłem, a dziewczyna powoli stanęła obok mnie ściskając moją dłoń.
- Para?
- Przyjaciele! - powiedzieliśmy jednocześnie, ale Ox nie rozluźniła uścisku.
- Nie wyglądacie.
- To znaczy? - spytała nieśmiało.
- Wreszcie odezwała się niemowa! To znaczy, ta kolacja, pierwsze spotkanie, przyjeżdżanie pod szkołę, ściskanie się... - hmm, mi to naprawdę wygląda na parę, nie sądzicie? - zapytał ironicznie się uśmiechając.
- Nie. - odparłem i poczułem na sobie wzrok przyjaciółki.
- A dla mnie tak. Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje, czyż nie, Oxanne?
- Dlaczego on cytuje moje słowa? Śledził nas? - usłyszałem szept.
- Chyba, ale jak? - wyszeptałem jej do ucha.
- Nie wiem. - powiedziała drżącym głosem patrząc osłupiała na ścianę.
- Nie, nie śledziłem was, ale nagrywałem. - rzekł pokazując na lampy w suficie. - Każda lampka i elektroniczne źródło światła w tym budynku zawiera kamerę, która wszystko rejestruje. Na dodatek mój przyjaciel jest stwórcą waszych cieni - więc dzięki nim mogę was zawsze widzieć poza lokacją. A twój, cień, złociutka jest wyjątkowy. Pokazuje emocje i uczucia każdego na kogo spojrzy, a jeżeli na nikogo nie patrzy to twoje. Twój cień jest taki jak ty - jedyny i niepowtarzalny. Córka PG? Chciałbym. - uśmiechnął się diabolicznie, a ja przybliżyłem się do niej.
- A kto, kto to jest... ten "PG", o którym pan mówi? - spytała.
- Nie wiesz? Kochana, to twój ojciec. Purple Guy - chodziłem z nim i twoją matką na studia. Tam poznaliśmy Phone Guy'a, który swoje prawdziwe imię wyjawił tylko Vincentowi. I to on wymyślił mu tą ksywkę, ale, kiedy skończyliśmy pierwszy rok studiów Lily na wakacjach dostała w niewyjaśnionych okolicznościach amnezji. Nie pamiętała Vinniego ani nikogo, nie dała wytłumaczyć kim kto jest. Kazała wyjść... Rzuciłem szkołę podobnie jak twój ojciec i Phone. Vincent uczył się w domu, bo ma ojca wykładowcę. W ostatni rok studiów poznał na nowo Lily... i tak to się już samo potoczyło. Phone Guy'a znamy do dziś, ale Lily nie miała okazji odświeżyć wiadomości o nim więc na dzień dzisiejszy go nie zna, nie kojarzy, ale natomiast Vincent... Zna go aż za dobrze. Gdyby nie szantaż Phone'a twój tata już dawno by wiedział, że was obserwuję i, że twój cień dziedziczny to bujda. Ten cień nie jest zły. Jak już pewnie zauważyłaś, broni cię. Ale to ma swoją cenę - on uwielbia krew. Jest jak przyjaciel, czasami rani, czasami broni, czasami nawet szantażuje, ale zawsze jest. On jest wyjątkowy i ty widocznie też, bo on nie wybiera byle kogo na właściciela. Masz we krwi jego moc, możesz czytać myśli, odczytywać humor lub emocje najtwardszego pokerzysty... On też mnie uraczył swą wdzięcznością. Po mnie wybrał ciebie. Mogę nauczyć cię kontrolować jego moc, magię myśli lub nawet magię krwi, którą posiada twój towarzysz...
- Że co?!?! - wykrzyczała mi w twarz nie puszczając mojej ręki.
- Podczas pierwszego spotkania właśnie nią uleczyłem rany. Potrzebowałem do tego krwi wymawiającego, więc zraniłem się scyzorykiem.
- To mnie nie uspokaja, ale wierzę ci - później mi wytłumaczysz. - żachnęła.
- Chcesz? Masz wielką moc, nie zmarnuj jej.
- Chcę. Mogę zostać godzinę po zmianie lub w weekendy.
- Każda sobota. Stoi? - wyciągnął do niej rękę.
- Stoi. Czego się boisz?
- To było łatwe, bo nie używam anty-zaklęć, i tego, że obrócisz się przeciwko mnie i nieźle ucierpię. Obiecujesz dobrą stronę mocy?
- Tak.
- Do zobaczenia. - rzucił i zniknął w ciemnym kącie pokoju. Ox tam podeszła ale nikogo ewidentnie nie było.
- Zamknij drzwi. - od razu wyciągnąłem rękę i drzwi zjechały w dół, a sekundę później walił w nie Foxy.
- A moje myśli potrafisz przeczytać? - spytałem. Dopiero teraz oficjalnie w mojej głowie osiedliła się myśl, że ona jest mega ładna i fajna.
*Oxana*
Nie dość, że to wszystko był dla mnie szok to jeszcze on mnie pyta czy potrafię przeczytać jego myśli. Chyba bym potrafiła, ale... nie wiem. Boże! Czemu on musi być taki przystojny, i dlaczego dopiero teraz to zauważyłam?
- Dobra. Daj rękę. - powiedziałam. Kiedy dotknęłam jego ręki w mojej głowie oprzytomniał nagle głos poczwary:
"To może działać w obie strony jeżeli się nie skupisz"
Popatrzyłam Rick'owi w oczy i w mojej głowie majaczyło tylko:
"Gdybyś nie był taki przystojny nie dezorientowałabym się!"
Przypomniałam sobie słowa potwora i zanim zdążyłam oprzytomnieć on mnie pocałował, a ja zdziwiona dopiero po chwili oddałam pocałunek. Podczas tej sytuacji usłyszałam bębnienie w głowie pod postacią głosu Ricka:
"Kocham cię, mała."
Całowaliśmy się dłuższą chwilę, a, gdy oprzytomnieliśmy oboje spojrzeliśmy po sobie i odczytałam jego uczucia:
lekki wstyd i zmieszanie.
"Kurwa, zapomniałem o tych kamerach tego chuja."
Przytuliłam go i wyszeptałam:
- Są nieważne. - uśmiechnęłam się pod nosem.
Przez resztę zmiany siedziałam na kolanach Ricka, który z kolei spoczywał na skórzanym krześle patrząc w kamery. Roboty dzisiaj praktycznie w ogóle nie były aktywne, a jak tylko pojawiały się przy szybie i nas chwilę obserwowały to tak czy tak zwiewały bez zamykania drzwi.
- Albo aż tak się dziwią albo są nadal oszołomione twoim cieniem. - zażartował.
- Chyba raczej drugie. - odparłam spoglądając na neonowo fioletowy zegarek ze złotymi dodatkami. - Jest 06:04, czyli 4 min po końcu zmiany. - zaznaczyłam.
- Czyli odwożę cię do domu? - spytał.
- Niekoniecznie... Nigdy u ciebie nie byłam... Jutro jest sobota...
- Jeżeli bardzo chcesz, mogę cię do siebie zabrać... Możesz powiedzieć, że pojechałaś do jakiejś koleżanki. Ok?
- Ok. - odeszłam od niego i zadzwoniłam do matki.
- Tak... Wrócę sobota wieczór... Do Molly... Wszystko uzgodnione... Ja też... Pa... - wykonałam telefon do matki, a następnie do Molly i powiedziałam, żeby mnie kryła. Zgodziła się.
- To, co? Idziemy?
- Tak. - odpowiedział łapiąc mnie za rękę i delikatnie ciągnąc w stronę wyjścia.
Idąc przez hol żadne nie odezwało się ani słowem tylko przemierzaliśmy po cichu pizzerię trzymając się za ręce. W szatni każde poszło w inną stronę. Po pięciu minutach Zamykali drzwi lokalu i ruszyli w stronę samochodu.
Po otworzeniu drzwi Rick wpuścił mnie pierwszą, a sam wszedł po mnie. Ujrzałam piękny dom
Po daniu Ox naszyjnika poszliśmy do restauracji zjeść coś zanim pójdziemy do pracy i rozmawialiśmy na tysiące tematów. Czy in-vitro jest dobre, czy po adopcji dzieci nie są pokrzywdzone, czy sport jest aż tak popularny, jacy aktorzy i filmy są najlepsze, co działa dobrze na przeziębienie, no i w końcu: jak znalazł się w tej pracy?
- Wiesz, no, chciałam uciec myślami od potwora i przy okazji oszczędzić. Szczerze, nie wiem na co, tak na czarną godzinę. A ty? - powiedziała dziewczyna i popatrzyła na mnie.
- Ja? No, cóż... Matkę co jakiś czas łapią, ale nie na długo, bo nie wykonuje za poważnych kradzieży. Więc podczas jej nie pobytu musiałem sobie radzić sam, a z pieniędzy, które uzbierałem kupiłem swoje mieszkanie, oczywiście daleko od jej i wyprowadziłem się. Teraz sam na siebie zarabiam - tutaj, rzecz jasna. - uśmiechnąłem się.
- Aaaa. Ja mieszkam z rodzicami...
- I co w związku z tym? - przerwałem jej.
- Nic. Myślałam, że będziesz się ze mnie śmiał.
- Śmiał? Nigdy. - powiedziałem i dałem jej kuksańca. - Ale, gdybym miał normalnych rodziców lub chociaż matkę to też bym z nimi mieszkał.
- Serio? Jak do tej pory myślałam, że jesteś z tych co nie przyznają się do błędów i są niezależni. - Zaśmiała się i uderzyła w klatkę piersiową. Ja też się zaśmiałem, ale nie skomentowałem.
- Co, mowę ci odebrało? Czyżbym miała rację? Oby nie. - puściła mi oczko.
- Ha, ha, ha. Nie, nie masz racji - to było z konieczności i kropka.
- Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje. - zapewniła.
- A jednak, nie. Bo gdyby nie ty nie wykaraskałbym się z tego potrzasku, w który wpędził mnie Fazbear, ani nie byłbym taki jaki jestem, bo przedtem byłem jak kamień - nic nie mówić, nie okazywać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów... I za to ci dziękuję. - przyznałem.
- Za co? - spytała.
- Za to, że mnie zmieniłaś.
- Ok, to nie ma za co. - dotknęła naszyjnika i uśmiechnęła się.
- Spoko, to co, zapłacę i idziemy?
- Tak, ale dołożę ci. - spojrzała błagalnym wzrokiem.
- Nie. - pokręciłem głową.
- Ok. - dziwnie się wyszczerzyła. Gdy chciałem zapłacić udała, że ja potrzebuję do toalety i jakiś kolo mnie odciągnął, a ona raczej za nas zapłaciła. Po powrocie do niej przyznałem, że jest sprytna.
- Przebrałaś się? - zapytałem, gdy stałem w szatni czekając na nią.
- Tak, - odpowiedziała wychodząc z kabiny z ubraniami w ręku, a na sobie fioletowym mundurze.
- A my nie mamy nosić niebieskich?
- Nie, głuptaku. Dziewczyny noszą fioletowe, a chłopcy niebieskie. Co, pierwszy raz widzisz jak się przebieram? - zaśmiała się.
- Dopiero teraz ci się przyjrzałem. - udawałem skupienie, a fioletowo włosa się zaśmiała.
Zauważyłem, że ma średnie loki, bardziej mocne fale. Gładkie, fioletowe tęczówki i jasną cerę. Ma figurę klepsydry i trochę zacięty charakter...
- Halo?!? Czy ty człowieku masz uszy?!? - wrzeszczała Oxana wymachując przed moją twarzą ręką.
- Tak. - mówiłem pocierając nosem o jej rękę.
- Myślałam, że cię zamurowało.
- A ja, że normalne dziewczyny nie mają fioletowych włosów. I widzisz, oboje się myliliśmy.
- Bardzo śmieszne. Mój ojciec ma podobne i po nim odziedziczyłam kolor.
- Spoko. Chodź do biura.
- Ok.
Po zamknięciu za sobą drzwi okazało się, że jest już po północy - spóźniliśmy się na naszą zmianę. Szybko sprawdziliśmy czy wszystkie animatroniki są na miejscu i okazało się, że tak.
- Uff, na szczęście wszystkie są. - odetchnęła Ox.
- Yhm. Szef nie będzie zadowolony. - powiedziałem.
- No, nie będzie. - powiedział z diabelskim uśmiechem Scott.
- Kto to powiedział? - spytała drżącym głosem dziewczyna chowając się za mnie.
- Nie wiem. Wyłaź. - zmarszczyłem brwi.
- Skoro chcesz...
Z cienia w kącie wyszedł mężczyzna uderzająco podobny do Fazbear'a... Ale inaczej ubrany i miał zielone, a nie brązowe oczy.
- Sądzę, że mnie nie kojarzycie, na pewno nie ty, panienko... A co do ciebie chłopcze mam mieszane uczucia. W każdym razie, jestem Scott. - wyszczerzył się i podał mi dłoń. Niepewnie ją uścisnąłem i poczułem jak Oxana chowa się za mną jeszcze bardziej i ściska moje ramiona.
- Jestem Rick. - przedstawiłem się. - A to Oxanne. - wypaliłem, a dziewczyna powoli stanęła obok mnie ściskając moją dłoń.
- Para?
- Przyjaciele! - powiedzieliśmy jednocześnie, ale Ox nie rozluźniła uścisku.
- Nie wyglądacie.
- To znaczy? - spytała nieśmiało.
- Wreszcie odezwała się niemowa! To znaczy, ta kolacja, pierwsze spotkanie, przyjeżdżanie pod szkołę, ściskanie się... - hmm, mi to naprawdę wygląda na parę, nie sądzicie? - zapytał ironicznie się uśmiechając.
- Nie. - odparłem i poczułem na sobie wzrok przyjaciółki.
- A dla mnie tak. Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje, czyż nie, Oxanne?
- Dlaczego on cytuje moje słowa? Śledził nas? - usłyszałem szept.
- Chyba, ale jak? - wyszeptałem jej do ucha.
- Nie wiem. - powiedziała drżącym głosem patrząc osłupiała na ścianę.
- Nie, nie śledziłem was, ale nagrywałem. - rzekł pokazując na lampy w suficie. - Każda lampka i elektroniczne źródło światła w tym budynku zawiera kamerę, która wszystko rejestruje. Na dodatek mój przyjaciel jest stwórcą waszych cieni - więc dzięki nim mogę was zawsze widzieć poza lokacją. A twój, cień, złociutka jest wyjątkowy. Pokazuje emocje i uczucia każdego na kogo spojrzy, a jeżeli na nikogo nie patrzy to twoje. Twój cień jest taki jak ty - jedyny i niepowtarzalny. Córka PG? Chciałbym. - uśmiechnął się diabolicznie, a ja przybliżyłem się do niej.
- A kto, kto to jest... ten "PG", o którym pan mówi? - spytała.
- Nie wiesz? Kochana, to twój ojciec. Purple Guy - chodziłem z nim i twoją matką na studia. Tam poznaliśmy Phone Guy'a, który swoje prawdziwe imię wyjawił tylko Vincentowi. I to on wymyślił mu tą ksywkę, ale, kiedy skończyliśmy pierwszy rok studiów Lily na wakacjach dostała w niewyjaśnionych okolicznościach amnezji. Nie pamiętała Vinniego ani nikogo, nie dała wytłumaczyć kim kto jest. Kazała wyjść... Rzuciłem szkołę podobnie jak twój ojciec i Phone. Vincent uczył się w domu, bo ma ojca wykładowcę. W ostatni rok studiów poznał na nowo Lily... i tak to się już samo potoczyło. Phone Guy'a znamy do dziś, ale Lily nie miała okazji odświeżyć wiadomości o nim więc na dzień dzisiejszy go nie zna, nie kojarzy, ale natomiast Vincent... Zna go aż za dobrze. Gdyby nie szantaż Phone'a twój tata już dawno by wiedział, że was obserwuję i, że twój cień dziedziczny to bujda. Ten cień nie jest zły. Jak już pewnie zauważyłaś, broni cię. Ale to ma swoją cenę - on uwielbia krew. Jest jak przyjaciel, czasami rani, czasami broni, czasami nawet szantażuje, ale zawsze jest. On jest wyjątkowy i ty widocznie też, bo on nie wybiera byle kogo na właściciela. Masz we krwi jego moc, możesz czytać myśli, odczytywać humor lub emocje najtwardszego pokerzysty... On też mnie uraczył swą wdzięcznością. Po mnie wybrał ciebie. Mogę nauczyć cię kontrolować jego moc, magię myśli lub nawet magię krwi, którą posiada twój towarzysz...
- Że co?!?! - wykrzyczała mi w twarz nie puszczając mojej ręki.
- Podczas pierwszego spotkania właśnie nią uleczyłem rany. Potrzebowałem do tego krwi wymawiającego, więc zraniłem się scyzorykiem.
- To mnie nie uspokaja, ale wierzę ci - później mi wytłumaczysz. - żachnęła.
- Chcesz? Masz wielką moc, nie zmarnuj jej.
- Chcę. Mogę zostać godzinę po zmianie lub w weekendy.
- Każda sobota. Stoi? - wyciągnął do niej rękę.
- Stoi. Czego się boisz?
- To było łatwe, bo nie używam anty-zaklęć, i tego, że obrócisz się przeciwko mnie i nieźle ucierpię. Obiecujesz dobrą stronę mocy?
- Tak.
- Do zobaczenia. - rzucił i zniknął w ciemnym kącie pokoju. Ox tam podeszła ale nikogo ewidentnie nie było.
- Zamknij drzwi. - od razu wyciągnąłem rękę i drzwi zjechały w dół, a sekundę później walił w nie Foxy.
- A moje myśli potrafisz przeczytać? - spytałem. Dopiero teraz oficjalnie w mojej głowie osiedliła się myśl, że ona jest mega ładna i fajna.
*Oxana*
Nie dość, że to wszystko był dla mnie szok to jeszcze on mnie pyta czy potrafię przeczytać jego myśli. Chyba bym potrafiła, ale... nie wiem. Boże! Czemu on musi być taki przystojny, i dlaczego dopiero teraz to zauważyłam?
- Dobra. Daj rękę. - powiedziałam. Kiedy dotknęłam jego ręki w mojej głowie oprzytomniał nagle głos poczwary:
"To może działać w obie strony jeżeli się nie skupisz"
Popatrzyłam Rick'owi w oczy i w mojej głowie majaczyło tylko:
"Gdybyś nie był taki przystojny nie dezorientowałabym się!"
Przypomniałam sobie słowa potwora i zanim zdążyłam oprzytomnieć on mnie pocałował, a ja zdziwiona dopiero po chwili oddałam pocałunek. Podczas tej sytuacji usłyszałam bębnienie w głowie pod postacią głosu Ricka:
"Kocham cię, mała."
Całowaliśmy się dłuższą chwilę, a, gdy oprzytomnieliśmy oboje spojrzeliśmy po sobie i odczytałam jego uczucia:
lekki wstyd i zmieszanie.
"Kurwa, zapomniałem o tych kamerach tego chuja."
Przytuliłam go i wyszeptałam:
- Są nieważne. - uśmiechnęłam się pod nosem.
Przez resztę zmiany siedziałam na kolanach Ricka, który z kolei spoczywał na skórzanym krześle patrząc w kamery. Roboty dzisiaj praktycznie w ogóle nie były aktywne, a jak tylko pojawiały się przy szybie i nas chwilę obserwowały to tak czy tak zwiewały bez zamykania drzwi.
- Albo aż tak się dziwią albo są nadal oszołomione twoim cieniem. - zażartował.
- Chyba raczej drugie. - odparłam spoglądając na neonowo fioletowy zegarek ze złotymi dodatkami. - Jest 06:04, czyli 4 min po końcu zmiany. - zaznaczyłam.
- Czyli odwożę cię do domu? - spytał.
- Niekoniecznie... Nigdy u ciebie nie byłam... Jutro jest sobota...
- Jeżeli bardzo chcesz, mogę cię do siebie zabrać... Możesz powiedzieć, że pojechałaś do jakiejś koleżanki. Ok?
- Ok. - odeszłam od niego i zadzwoniłam do matki.
- Tak... Wrócę sobota wieczór... Do Molly... Wszystko uzgodnione... Ja też... Pa... - wykonałam telefon do matki, a następnie do Molly i powiedziałam, żeby mnie kryła. Zgodziła się.
- To, co? Idziemy?
- Tak. - odpowiedział łapiąc mnie za rękę i delikatnie ciągnąc w stronę wyjścia.
Idąc przez hol żadne nie odezwało się ani słowem tylko przemierzaliśmy po cichu pizzerię trzymając się za ręce. W szatni każde poszło w inną stronę. Po pięciu minutach Zamykali drzwi lokalu i ruszyli w stronę samochodu.
Po otworzeniu drzwi Rick wpuścił mnie pierwszą, a sam wszedł po mnie. Ujrzałam piękny dom
Obok salonu była kuchnia
Na korytarzu rozchodziły się trzy wejścia: do łazienki, sypialni Ricka i pokoju gościnnego
- Chcesz iść już spać czy jeszcze coś porobić?
- Nie wiem, a co możemy porobić? - spytałam.
- Np. gdzieś wyjść, porozmawiać, obejrzeć coś w telewizji... Albo coś jeszcze innego jeżeli wymyślisz.
- Moglibyśmy pójść na miasto.
- Mi tam pasuje - wzruszył ramionami.
- Czyli idziemy. - spojrzałam na drzwi i dodałam. - Może zahaczymy o jakąś kafejkę?
Po dwóch godzinach na mieście zdążyliśmy wejść do kawiarni 24h, posiedzieć tam trochę, wejść do paru sklepów i zafarbować mi na nowo włosy u fryzjera.
- Nadal sądzę, że bardziej pasowały ci te fioletowe. - przyznał.
- A ja wolę ich wygląd sprzed "automatycznego zafarbowania".
- Czy one przypadkiem nie mogą same z powrotem zmienić koloru?
- Nie mam pojęcia, a co?
- Nic. - rzekł gapiąc się na mieniące się fioletem czarne loki dziewczyny.
- To chodź, może lepiej już wracajmy, ok?
- Spoko.
Po powrocie do domu Ricka oboje przebraliśmy się w piżamy i położyliśmy do łóżka. Z powodu wyczerpującego dnia dość szybko usnęliśmy...
*****
Przez całą sobotę przesiedzieliśmy w domu, różne zajęcia wypełniły nam czas. W tym jak poszliśmy do pracy Ricka, który ma dzienną zmianę w naszym lokalu. Nigdy nie widziałam tylu dzieci i to pchających się na te paskudne bestie. Bałam się tych głupich robotów więc cały czas trzymałam za rękę Ricka (czułam, że jestem za blisko tych animatroników). W pewnym momencie zaczęłam myśleć jak zerwę z Matt'em, bo przecież kochałam Ricka, a nie Matt'a - on był tylko przypływem emocji po tych zabójstwach...
- Nad czym tak rozmyślasz?
- Nad niczym. - popatrzyłam w stronę dziecka próbującego wdrapać się na scenę do Foxy'ego. - Hej, proszę nie wchodzić na scenę, ani nie dotykać postaci występujących na scenie. - zwróciłam uwagę dziecku, które pod wpływem mojej wypowiedzi nachmurzyło się i z niechęcią odeszło od maskotki.
- Powinnaś mi czasem pomagać. - usłyszałam szept chłopaka.
- Chyba tak. - odszepnęłam.
Podczas, gdy nie patrzyłam dziewczynka znów weszła na scenę, a ja usłyszałam przekręcanie się mechanicznych części i ryk potwora w mojej głowie:
"Zabić! Dać krew, zabić!" - schyliłam się jakby ktoś smagnął mnie batem. W tej samej chwili usłyszeliśmy chrupnięcie, po ziemi polała się krew. Spojrzeliśmy w górę... Mała leżała na ziemi z otwartymi szeroko oczami i odgryzionym płatem czołowym... Na pysku robota była krew, monstrum na mnie patrzyło. W jednym momencie zgasło mi światło, a jedyne co pamiętam to dotyk ramion Ricka na moich plecach i zakrwawiony pysk lisa...
czwartek, 23 lipca 2015
Info
Tam gdzie (po jutrze) wyjeżdżam jest wi-fi!!! Będę MOGŁA pisać, ale nie wiem czy będę to robić, bo:
a) Moja mama będzie zrzędzić, że tylko jak zwykle w laptopie siedzę,
b) Będziemy dużo wychodzić, a mój tata jak zwykle pozaciąga mnie na jakieś zabawy dla dzieci (co uwzględnia wiek 4-8, a mój tata chyba nie zna matematyki, bo uważa to za mój wiek, kiedy ja mam 11 lat!).
c) Wolałabym przez ten tydzień odpocząć, ale jak mi do głowy wpadnie pomysł to zapierdalam i zapisuję - obiecuję :-) .
a) Moja mama będzie zrzędzić, że tylko jak zwykle w laptopie siedzę,
b) Będziemy dużo wychodzić, a mój tata jak zwykle pozaciąga mnie na jakieś zabawy dla dzieci (co uwzględnia wiek 4-8, a mój tata chyba nie zna matematyki, bo uważa to za mój wiek, kiedy ja mam 11 lat!).
c) Wolałabym przez ten tydzień odpocząć, ale jak mi do głowy wpadnie pomysł to zapierdalam i zapisuję - obiecuję :-) .
Rozdział 4
*Oxana*
Znalazłam w gazecie ogłoszenie o pracy nocnego stróża w pizzerii "Freddy Fazbear Pizza". Akurat, rano-popołudnie - szkoła, wieczory - śpię, noc - praca, weekendy - odsypiam i czas na resztę. Genialne! Jest 23:27, niedziela. Jutro o 23:00 mam być na miejscu...
Po szkole zostałam godzinę z przyjaciółmi i około 17:00 wróciłam do domu, w godzinę odrobiłam lekcje i 18:32 - 21:50 spałam. Po przebudzeniu się od razu wzięłam prysznic i rozbudziłam się kawą. Ubrałam jasne jeansy, biały t-shirt z napisem "SWEETIE TWEETIE" i nadrukiem żółtego kanarka ze znanej kreskówki. Na to granatowa bluza z kapturem i w fioletowe kółka. Spakowałam do plecaka latarkę, baterie, gaz pieprzowy (na wszelki wypadek), wodę i kanapkę z szynką, serem i pomidorem.
- No, to jestem gotowa! - powiedziałam do swojego odbicia. Ujrzałam w lustrze monstrum, które zbliżało się do mojego ucha...
"Jeszcze nóż. Na pewno się przyda." - obleśnie wyszeptało.
Poszłam po to co kazała poczwara i włożyłam do plecaka, a gdy się ocknęłam nie wiedziałam, że rzeczywiście mam w plecaku nóż, pamiętałam tylko obrzydliwy szept potem czarne i drzwi wejściowe do restauracji. Spojrzałam na zegarek - 22:48. "Zdążę się przebrać i rozpakować" - pomyślałam. Weszłam do szatni i, gdy byłam przebrana i sprawdzałam czy latarka działa, włożyłam rękę z powrotem do plecaka w poszukiwaniu baterii. Poczułam piekielny ból na wnętrzu dłoni... Wyjęłam ją z plecaka całą zakrwawioną. Głośno krzyknęłam i chyba zemdlałam.
Na de mną siedział pół nagi chłopak (spodnie, bez bluzki dla niekumatych), dziewczyna o prawie białych włosach i dorosły mężczyzna, brunet w biało-brązowym garniturze. Usiadłam oparta o dłonie - i to był mój błąd. Zasyczałam z bólu i spojrzałam na obandażowaną lewą dłoń... Przeraziłam się. Przypomniało mi się jak bestia rozcięła mój nadgarstek... Pisnęłam i zamknęłam oczy najmocniej jak umiałam, aby nie widzieć opatrunku. Już wolę krew od bandaży - do końca życia.
- Spokojnie, nie bój się nas. Jestem Rick. - podał mi rękę, a ja ją bez namysłu pewnie uścisnęłam.
- Nie obawiam się was... Po prostu mam BARDZO złe doświadczenia związane z pokaleczonymi rękami. Nie ważne. Jestem Oxanne - w skrócie, Ox lub Oxana. Mówcie jak chcecie. Zgaduję, że pan jest moim szefem, tak? - wyciągnęłam rękę w stronę gościa w garniturze.
- Tak, jest, panno Whime. Musi być pani ciężko, ja znam pani problem, bo to ja go stworzyłem, ale wytłumaczę to innym razem. - powiedział grobowym głosem i wyszedł. Dopiero teraz zauważyłam, że nie jestem w szatni, ale w pomieszczeniu podobnym do biura.
- Jak ja się tu znalazłam? - ostrożnie spytałam.
- Przewieźliśmy cię na taczce, wiesz? - chłopak się zaśmiał. - przeniosłem cię na rękach. Jesteś jak piórko, czy ty w ogóle coś jesz? - rzucił.
- Jestem Larina. mówią mi Lari albo Lira. - dziewczyna wyciągnęła dłoń, którą uścisnęłam.
- Lira jest asystentką szefa, ja pracuję na dziennej zmianie, ale kiedyś i na nocnej więc nie ma problemu, abym ci w razie czego pomógł. A ty masz za zadanie pilnować w nocy włączonych animatronów, podczas wyłączania się psują. Dzisiaj oboje będziemy pełnić nocną wartę, bo to mój ostatni dzień na tej zmianie, żeby dostać pensję. - uśmiechnął się - Przy okazji wszystko ci wytłumaczę.
- Dobrze. - zdołałam wykrztusić.
"Na nocnej warcie będzie szansa, zabij, daj krew, dobra dziewczynka" - powiedziała kreatura.
Krzyknęłam i syknęłam:
- Zamknij się. - z groźną miną spojrzałam na cień, który rozkoszował się krwią z rany na dłoni.
Znów zawyłam, bo potwór sprawiał mi ból, rozdzierając ranę. Chwyciłam swoją rękę, a z niej polała się świeża krew. Mój oprawca szyderczo się zaśmiał i powiedział na odchodne:
"Jestem głodny, a ty bezbronna" - i zniknął.
Zwinęłam się w kłębek na ziemi i zaciskałam zęby z bólu. Ktoś gładził mnie po ramieniu.
- Daj, pokaż. Opatrzę ranę jeszcze raz. Nie zrobię ci krzywdy. Proszę... - usłyszałam głos Ricka.
- To rana z magii. Nie uleczysz jej! - mówiłam zapłakana z bólu. W okół mnie rozlewała się wielka kałuża krwi i moczyła kolana moich kolegów.
- Spróbuję, proszę. Wiem, co to magia mam to samo co ty. Znam na niego sposób. Wstrętna kreatura! I to jeszcze bezbronną dziewczynę atakować! Przeklęte monstrum! - powiedział, odszukał moją rękę i wsunął ją na swoje kolana. Patrzyłam na niego zaciekawiona. Zranił się we wnętrze dłoni scyzorykiem, który wyjął z kieszeni. Splótł nasze dłonie i coś wyszeptał. Z pomiędzy naszych rąk wystrzeliły czarne smugi światła. Zacisnęłam powieki i zęby oraz (nie świadomie) ścisnęłam jego rękę. To tak bolało, jednak po dłuższej chwili przestało, a po naszych ranach nie było ani śladu.
- Przyzwyczaisz się do bólu. Dziedziczne, czy ta bestia cię zaatakowała? - spytał podając mi rękę, aby pomóc mi wstać. Chwyciłam jego dłoń, a on mnie podciągnął bez najmniejszego wysiłku.
- Dziedziczne. Po ojcu mordercy... - powiedziałam patrząc na nich niepewnie. Jednak wykonali zupełnie inną reakcję niż się spodziewałam.
- Spokojnie. Ona jest adoptowana przez zakochanych gangsterów, a moja matka to seryjny złodziej, tatę zabiła, gdy chciał jej przeszkodzić w napadzie. - zaśmiali się. - Tutaj takie rzeczy są normalne. Takie jak magia, nierozwikłane zagadki i w szczególności - morderstwa. Nie bój się, wszystko zdążę ci wytłumaczyć! - zapewnił i się uśmiechnął, a ja to odwzajemniłam.
- Mam pytanko, czy te animatrony przypadkiem nie mają swobodnych ruchów?
- Tak, a co?
- Nic. - powiedziałam gapiąc się na Królika za szybą.
- No to ja już pójdę. - powiedziała Lari.
- Widzisz go?
- Tak, jest gorszy od mojego, ale mniej gadatliwy i konkretniejszy. Dopasowuje się do charakteru stwórcy. Mój zaatakował mnie w szkole. Strasznie zdenerwowałem się na kolegę z klasy zaczął mi szeptać, że krew ani życie nie są mu potrzebne czy coś... i tak on zginął, a mnie wylali z budy. Od tamtej pory nie chodzę do szkoły tylko do pracy. A ty po kim? Po wyglądzie cienia sugeruje, że nie stworzył go nikt z twojej krwi. Czyli twoja rodzina jest oczyszczona z zarzutów. Czy twoja rodzina ma bliższych znajomych?
- Tak, wujek Eric to adoptowany syn brata mego ojca. On specjalizował się w magii póki w czymś się nie pomylił i po tym błędzie już nigdy nie używał magii. Znienawidził ją. Pewnie niechcący rzucił na dziadka czar... , który ja musiałam wsiąknąć przez gówniany filtr o nazwie ojciec. - zaśmialiśmy się jednocześnie.
- Po prostu tak jest i tyle, nic z tym nie zrobisz...
Królik wszedł do pokoju zbliżył się do mnie, a Ricka odepchnął tak mocno, że przyjebał w ścianę łamiąc biurko... Nagle cień zaczął syczeć i warczeć na robota, a ten tylko spojrzał i wybiegł z pokoju.
- O, o, on cię bronił. - mówił ochrypłym głosem trzymając się za brzuch. - Kreaturę musiała stworzyć osoba, która cię kocha lub szanuje i nie chce cię zabić cieniem, chce cię obronić. - tłumaczył z jedną ręką na brzuchu, a drugą pokazując na czarnego ducha, który zaczął znów krzyczeć:
"Należy mi się zapłata, a jak ci mówiłem weź nóż, to po co, niby do cholery?!?" - te słowa rozdzierały mi głowę. Upadłam na kolana i masowałam skronie. Gwałtownie otworzyłam oczy i wstałam z dziwnie diabelskim uśmiechem. Rick cisnął mi przed twarz lusterko... Te pomarańczowe oczy... Lusterko upadło...
Znalazłam w gazecie ogłoszenie o pracy nocnego stróża w pizzerii "Freddy Fazbear Pizza". Akurat, rano-popołudnie - szkoła, wieczory - śpię, noc - praca, weekendy - odsypiam i czas na resztę. Genialne! Jest 23:27, niedziela. Jutro o 23:00 mam być na miejscu...
Po szkole zostałam godzinę z przyjaciółmi i około 17:00 wróciłam do domu, w godzinę odrobiłam lekcje i 18:32 - 21:50 spałam. Po przebudzeniu się od razu wzięłam prysznic i rozbudziłam się kawą. Ubrałam jasne jeansy, biały t-shirt z napisem "SWEETIE TWEETIE" i nadrukiem żółtego kanarka ze znanej kreskówki. Na to granatowa bluza z kapturem i w fioletowe kółka. Spakowałam do plecaka latarkę, baterie, gaz pieprzowy (na wszelki wypadek), wodę i kanapkę z szynką, serem i pomidorem.
- No, to jestem gotowa! - powiedziałam do swojego odbicia. Ujrzałam w lustrze monstrum, które zbliżało się do mojego ucha...
"Jeszcze nóż. Na pewno się przyda." - obleśnie wyszeptało.
Poszłam po to co kazała poczwara i włożyłam do plecaka, a gdy się ocknęłam nie wiedziałam, że rzeczywiście mam w plecaku nóż, pamiętałam tylko obrzydliwy szept potem czarne i drzwi wejściowe do restauracji. Spojrzałam na zegarek - 22:48. "Zdążę się przebrać i rozpakować" - pomyślałam. Weszłam do szatni i, gdy byłam przebrana i sprawdzałam czy latarka działa, włożyłam rękę z powrotem do plecaka w poszukiwaniu baterii. Poczułam piekielny ból na wnętrzu dłoni... Wyjęłam ją z plecaka całą zakrwawioną. Głośno krzyknęłam i chyba zemdlałam.
Na de mną siedział pół nagi chłopak (spodnie, bez bluzki dla niekumatych), dziewczyna o prawie białych włosach i dorosły mężczyzna, brunet w biało-brązowym garniturze. Usiadłam oparta o dłonie - i to był mój błąd. Zasyczałam z bólu i spojrzałam na obandażowaną lewą dłoń... Przeraziłam się. Przypomniało mi się jak bestia rozcięła mój nadgarstek... Pisnęłam i zamknęłam oczy najmocniej jak umiałam, aby nie widzieć opatrunku. Już wolę krew od bandaży - do końca życia.
- Spokojnie, nie bój się nas. Jestem Rick. - podał mi rękę, a ja ją bez namysłu pewnie uścisnęłam.
- Nie obawiam się was... Po prostu mam BARDZO złe doświadczenia związane z pokaleczonymi rękami. Nie ważne. Jestem Oxanne - w skrócie, Ox lub Oxana. Mówcie jak chcecie. Zgaduję, że pan jest moim szefem, tak? - wyciągnęłam rękę w stronę gościa w garniturze.
- Tak, jest, panno Whime. Musi być pani ciężko, ja znam pani problem, bo to ja go stworzyłem, ale wytłumaczę to innym razem. - powiedział grobowym głosem i wyszedł. Dopiero teraz zauważyłam, że nie jestem w szatni, ale w pomieszczeniu podobnym do biura.
- Jak ja się tu znalazłam? - ostrożnie spytałam.
- Przewieźliśmy cię na taczce, wiesz? - chłopak się zaśmiał. - przeniosłem cię na rękach. Jesteś jak piórko, czy ty w ogóle coś jesz? - rzucił.
- Jestem Larina. mówią mi Lari albo Lira. - dziewczyna wyciągnęła dłoń, którą uścisnęłam.
- Lira jest asystentką szefa, ja pracuję na dziennej zmianie, ale kiedyś i na nocnej więc nie ma problemu, abym ci w razie czego pomógł. A ty masz za zadanie pilnować w nocy włączonych animatronów, podczas wyłączania się psują. Dzisiaj oboje będziemy pełnić nocną wartę, bo to mój ostatni dzień na tej zmianie, żeby dostać pensję. - uśmiechnął się - Przy okazji wszystko ci wytłumaczę.
- Dobrze. - zdołałam wykrztusić.
"Na nocnej warcie będzie szansa, zabij, daj krew, dobra dziewczynka" - powiedziała kreatura.
Krzyknęłam i syknęłam:
- Zamknij się. - z groźną miną spojrzałam na cień, który rozkoszował się krwią z rany na dłoni.
Znów zawyłam, bo potwór sprawiał mi ból, rozdzierając ranę. Chwyciłam swoją rękę, a z niej polała się świeża krew. Mój oprawca szyderczo się zaśmiał i powiedział na odchodne:
"Jestem głodny, a ty bezbronna" - i zniknął.
Zwinęłam się w kłębek na ziemi i zaciskałam zęby z bólu. Ktoś gładził mnie po ramieniu.
- Daj, pokaż. Opatrzę ranę jeszcze raz. Nie zrobię ci krzywdy. Proszę... - usłyszałam głos Ricka.
- To rana z magii. Nie uleczysz jej! - mówiłam zapłakana z bólu. W okół mnie rozlewała się wielka kałuża krwi i moczyła kolana moich kolegów.
- Spróbuję, proszę. Wiem, co to magia mam to samo co ty. Znam na niego sposób. Wstrętna kreatura! I to jeszcze bezbronną dziewczynę atakować! Przeklęte monstrum! - powiedział, odszukał moją rękę i wsunął ją na swoje kolana. Patrzyłam na niego zaciekawiona. Zranił się we wnętrze dłoni scyzorykiem, który wyjął z kieszeni. Splótł nasze dłonie i coś wyszeptał. Z pomiędzy naszych rąk wystrzeliły czarne smugi światła. Zacisnęłam powieki i zęby oraz (nie świadomie) ścisnęłam jego rękę. To tak bolało, jednak po dłuższej chwili przestało, a po naszych ranach nie było ani śladu.
- Przyzwyczaisz się do bólu. Dziedziczne, czy ta bestia cię zaatakowała? - spytał podając mi rękę, aby pomóc mi wstać. Chwyciłam jego dłoń, a on mnie podciągnął bez najmniejszego wysiłku.
- Dziedziczne. Po ojcu mordercy... - powiedziałam patrząc na nich niepewnie. Jednak wykonali zupełnie inną reakcję niż się spodziewałam.
- Spokojnie. Ona jest adoptowana przez zakochanych gangsterów, a moja matka to seryjny złodziej, tatę zabiła, gdy chciał jej przeszkodzić w napadzie. - zaśmiali się. - Tutaj takie rzeczy są normalne. Takie jak magia, nierozwikłane zagadki i w szczególności - morderstwa. Nie bój się, wszystko zdążę ci wytłumaczyć! - zapewnił i się uśmiechnął, a ja to odwzajemniłam.
- Mam pytanko, czy te animatrony przypadkiem nie mają swobodnych ruchów?
- Tak, a co?
- Nic. - powiedziałam gapiąc się na Królika za szybą.
- No to ja już pójdę. - powiedziała Lari.
- Widzisz go?
- Tak, jest gorszy od mojego, ale mniej gadatliwy i konkretniejszy. Dopasowuje się do charakteru stwórcy. Mój zaatakował mnie w szkole. Strasznie zdenerwowałem się na kolegę z klasy zaczął mi szeptać, że krew ani życie nie są mu potrzebne czy coś... i tak on zginął, a mnie wylali z budy. Od tamtej pory nie chodzę do szkoły tylko do pracy. A ty po kim? Po wyglądzie cienia sugeruje, że nie stworzył go nikt z twojej krwi. Czyli twoja rodzina jest oczyszczona z zarzutów. Czy twoja rodzina ma bliższych znajomych?
- Tak, wujek Eric to adoptowany syn brata mego ojca. On specjalizował się w magii póki w czymś się nie pomylił i po tym błędzie już nigdy nie używał magii. Znienawidził ją. Pewnie niechcący rzucił na dziadka czar... , który ja musiałam wsiąknąć przez gówniany filtr o nazwie ojciec. - zaśmialiśmy się jednocześnie.
- Po prostu tak jest i tyle, nic z tym nie zrobisz...
Królik wszedł do pokoju zbliżył się do mnie, a Ricka odepchnął tak mocno, że przyjebał w ścianę łamiąc biurko... Nagle cień zaczął syczeć i warczeć na robota, a ten tylko spojrzał i wybiegł z pokoju.
- O, o, on cię bronił. - mówił ochrypłym głosem trzymając się za brzuch. - Kreaturę musiała stworzyć osoba, która cię kocha lub szanuje i nie chce cię zabić cieniem, chce cię obronić. - tłumaczył z jedną ręką na brzuchu, a drugą pokazując na czarnego ducha, który zaczął znów krzyczeć:
"Należy mi się zapłata, a jak ci mówiłem weź nóż, to po co, niby do cholery?!?" - te słowa rozdzierały mi głowę. Upadłam na kolana i masowałam skronie. Gwałtownie otworzyłam oczy i wstałam z dziwnie diabelskim uśmiechem. Rick cisnął mi przed twarz lusterko... Te pomarańczowe oczy... Lusterko upadło...
- Pora zapłacić... - wyszeptałam, gdy przyszpiliłam go do ściany. Wyjęłam zza pasa spodni (nie wiem skąd) nóż i przytknęłam mu go do gardła. Moja lewa ręka torowała mu drogę, druga trzymała broń. Prawa noga była oparta o ścianę, a lewa stała prosto (ta pozycja wydawałaby się seksowna, gdyby nie nóż i okoliczności). Przyciskałam ostrze coraz bardziej...
- Oxana, nie!!! - krzyknęła przerażona Lira.
Uśmiechnęłam się diabelsko i przejechałam nożem po szyi, ale tak, by nie poderżnąć mu gardła. Nie zamierzałam go na razie zabijać, chciałam się nim jeszcze pobawić...
"Nie, stop! Nie pozwól, aby ta kreatura przejęła nad tobą kontrolę, Ox! Ocknij się!" - usłyszałam swoje myśli zagłuszające wyk cienia. Potrząsnęłam głową i natychmiast odskoczyłam z nożem jak najdalej od chłopaka... Patrzyłam na niego przerażona. On tylko potarł szyję i powiedział:
- Od dziś cię przeszukuję jak przychodzisz do pracy. - uśmiechnął się. - I zgaduję, że stalowego charakterku to ty nie masz, laleczko?
Potrząsnęłam głową w odpowiedzi.
- Musisz nauczyć się kontrolować i zagłuszać jego pokusy i obrazy. Bo inaczej zrobisz komuś krzywdę.
- Dobrze. Przepraszam! - rzuciłam przez łzy i jak najmocniej go przytuliłam.
- Już, już. Nie musisz, aż tak przepraszać. Tak będziesz ryczeć dopiero jak kogoś zabijesz. - mówił głaszcząc mnie po głowie.
- Ale ja o mało tego nie zrobiłam tobie! - jęczałam przez fale łez, które z siebie wylewałam.
- Tak, ale "o mało" jak ty to ujęłaś, więc w pełni tego nie zrobiłaś. No już, odklej się ode mnie, bo mnie udusisz! - zażartował i uśmiechnął się do mnie.
- Ale, ale... - chlipałam. - Nie jesteś wściekły, ja bym była.
- Nie jestem, bo wiele razy stawałem w identycznych sytuacjach i wiem, że złość wzmacnia monstrum. I łatwiej będzie mu zniszczyć cię psychicznie, będziesz łatwiej popadać w melancholię wykonywania jego poleceń i będziesz rzadziej się stawiać.
- Dobrze. - wykrztusiłam, pokiwałam głową, a on otarł mi łzy.
- Wierzysz mi? Bo jeżeli nie to to wszystko nie ma sensu i możesz przez to coś umrzeć psychicznie. Więc twój wybór.
- Wierzę. - przyznałam i znów się do niego przytuliłam. Tak bardzo potrzebowałam jego wsparcia. Na przyjaciół nie mogłam liczyć. I chyba już nie mogę...
- Koniec zmiany, chodź do szatni. - wyszeptał mi prosto do ucha. Przez całą drogę przez pizzerię i na dół potulnie szłam za Rickiem i się nie odzywałam. Chłopcy i dziewczyny mieli oddzielne szatnie. Po przebraniu się czekałam na niego w holu trzymając nóż (nie to nie to, nie jestem taka beznadziejna). Gdy przyszedł najpierw się przeraził, a następnie zaśmiał. Wziął ode mnie broń, a następnie wyszliśmy z pizzerii. Kiedy mijaliśmy kosz na parkingu objął mnie ramieniem jednocześnie rzucając nóż w kierunku śmietnika. Powiedział, że mnie odwiezie, bo ma po drodze. Okazało się, że on mieszka trzy ulice dalej. Do domu wróciłam rozanielona. Wreszcie mam kogoś z kim mogę porozmawiać o tym potworze. Ale czy ja mu na 100% wierzę? Przecież znamy się parę godzin i do tego tylko z nim pracuję. Lecz z drugiej strony nikt nie wybaczyłby komuś, że prawie go zabił... Jeszcze to przemyślę, ale już nie mogę się doczekać jutrzejszego spotkania z nim... A i:
- Żadnej broni nie biorę!!! Słyszysz, poczwaro?!?! - wydarłam się.
"Dobrze, to sam ci ją przyniosę, skarbie" - usłyszałam.
- Nieee!!! I jakie "skarbie"?!? Won kreaturo!!! - krzyczałam.
"Witaj!" - prześwidrowało mi głowę. A po chwili zobaczyłam wstrętną, czarną twarz, w której oczodołach świeciły się po jednej czerwonej kropeczce. Usta mieściły kolor na przełomie różu i szarości. Cała postać oprócz tego (i tego, że ma całą skórę czarną jak każde takie monstrum) wyglądała jak ja!!! Ale jedno nas różniło:
Ona staje w obronie, a ja panikuję więc ma inny ode mnie charakter i jednak większość rys.
*2 tygodnie później* *Oxana*
- Co tam? - spytał mnie Rick popijając kawę.
- Nic, tobie też czasami zdarza się czuć uczucie jakiego nie powinno się czuć? - Np. Złość na przyjaciółkę, a nic nie zrobiła? - szybko się zreflektowałam i wymyśliłam to na poczekaniu.
- Aha... Nie. A co, pokłóciłaś się z kimś?
- Nie licząc potwora, to tylko z samą sobą.
- Na pewno, a to nie potwór tobą steruje morderczyni? - pytająco uniósł brew i po chwili oboje się śmialiśmy.
- Ale tak, na serio, co cię gryzie? - dodał.
- Bo ja... chyba zakochałam się w kim kimś mi nie wolno. - przyznałam się zagryzając dolną wargę.
- Jak to "nie wolno", jeszcze nie słyszałem o zakazach dotyczących miłości Oxanne Whime. - powiedział ironicznie.
- Ale nie o to chodzi. - powiedziałam i klepnęłam go w plecy. - Bo ja mam chłopaka i zakochałam się w innym...
- Wiem, że to wyda ci się głupie, ale to kiedyś przejdzie, a najlepiej jest jak się nie ma nikogo - nie ma ludzi - nie ma problemów. Bo ja miałem podobną sytuację. Moją dziewczyną była najładniejsza laska z klasy, a mi się spodobała miła niunia z osiedla... z tamtą zerwałem i okazało się, że ta z osiedla mnie nie kocha i zostałem z niczym, bo wyszedłbym na głupka gdybym poprosił tamtą znów o chodzenie. Niech zgadnę miałaś identyczny plan wydarzeń w głowie, nie? - spytał i się uśmiechnął.
- Tak... Jestem głupia!!! - wrzasnęłam. On złapał mnie za podbródek i podniósł twarz do góry, abym patrzyła mu w oczy.
- Nie jesteś głupia ani żałosna tak jak teraz pewnie myślisz. Jesteś pomysłowa i zaradna, dlatego nie osądzaj się tak surowo, bo to mu pomaga i cię osłabia. Przysięga przyjaciela, że nie kłamię. - zapewnił.
Gdy mnie puścił pokiwałam głową i przez całą drogę do naszego biura przepatrzyłam na moich butach.
- Dzisiaj ty kamery, ja drzwi. Pamiętaj co ci mówiłem, on cię oplącze, nie rób tak, dla mnie? - pokazał rządek białych zębów i popatrzył z nadzieją.
- Ok, ale dla ciebie. - zgodziłam się.
Po zmianie siedzieliśmy jeszcze w holu paląc papierosy. Dopiero teraz głębiej przyjrzałam się chłopakowi. Ciemny brunet, barczysty, dobrze zbudowany, złociste, piwne oczy i jasna cera. Jego uśmiech i słowa zawsze mnie motywowały, po prostu, ogólnie był dla mnie nadzieją i otuchą i był po prostu idealny, bo wiele sytuacji z mojego życia przeżył sam, też ma tego prześladowce... Szczerze to jesteśmy trochę jak dwie krople wody... Z rozmyślań wyrwał mnie jego ciepły głos:
- Na co tak patrzysz? Widzisz jakiś we mnie cel? - uniósł brew - Mam się zacząć bać?
- Nie, tylko tak, jakoś teraz dopiero oceniłam twój wygląd...
- To ile dostaje gwiazdek 1-5?
- 5
- Ty też. Chodź, może już cię odwiozę?
- Mi pasuje. - wzruszyłam ramionami. Reszta drogi do mnie minęła nam na rozmowach typu "twój największy życiowy błąd" lub "ciekawostki" albo "wszystko i nic".
Po przyjściu do domu wzięłam prysznic, przebrałam się i miałam wolne 20 min.
- Cześć, co tam? - odebrał po dwóch sygnałach Rick.
- Nudzi mi się, a mam wolne 20 minut więc chciałbyś mi je wypełnić rozmową z tobą?
- Hhahah, nie udawaj. No jasne!
- Mam dziś sprawdzian z polaka - najłatwiejszego przedmiotu. - pochwaliłam się. - A co tam u mamy? - ostrożnie spytałam.
- Nic.
- To nie, nie naciskam. Mam mega głupie pytanie...
- Dawaj.
- Czy wy z Lari, no wiesz...? Chodzicie ze sobą?
"Czuję, że pożałuję tego pytania"...
W słuchawce rozległ się głośny śmiech - No jasne, że nie! Jestem z nią tak blisko jak i z tobą!
- Ok, bo... Myślałam, że wy... no, wiesz... nieważne. Jutro w pracy pogadamy?
- Oczywiście! - rzucił radosny i do moich uszu dobił się pisk kończącego się połączenia. Schowałam telefon do torby, założyłam buty i wyszłam do szkoły.
Po szkole szłam z przyjaciółmi pod rękę przez parking szkolny, bo odprowadzali mnie na przystanek, gdy zobaczyłam samochód Ricka! Puściłam przyjaciół, a z auta wybiegł mi na spotkanie brunet. Podbiegłam i przytuliłam się do niego. Gdy go puściłam spytałam:
- Co ty tutaj robisz?! - byłam radosna jak nie wiem.
- Przyjechałem po ciebie, bo muszę ci coś u nas pokazać!
- A co, Fazbear coś namącił?
- Nie! Zgaduj dalej!
- Hmm. Nie wiem, chodź! - zapiszczałam i pociągnęłam go w stronę samochodu.
- Ej, złociutka, wywalisz mnie!
- Nie, marudź, jedziemy! - zażądałam stojąc oparta o drzwi pasażera.
- Nie zapominaj o potworkach! One mogą wykorzystać twoje myśli! - pogroził jej palcem.
- Przestań myśleć tylko o magii, błagam cię. Już dawno się nie pocięłam więc mnie nie pouczaj, kochany! A ty też, dawno mojego noża przy gardle nie miałeś?!?
- Nie twojego tylko poczwary.
- Poczwary czy nie jakoś zawsze to moja ręka go trzyma! - powiedziała i oboje się zaśmiali.
- No, dobra jedziemy, ale - myśli. Pilnuj się, bo mi obiecałaś. - uściskali sobie dłonie, a Ox ześlizgnęła się i upadła w jego ramiona... Przybliżyła swoją twarz do jego...
- A ty obiecaj, że skończysz, ze zdjęciami masz je dzisiaj spalić - myśli za zdjęcia?
- Ok, Oxana, wygrałaś...
- Obiecanki - cacanki. Jedziemy, co chcesz mi pokazać?
- Zobaczysz. - powiedział, uśmiechnął się i postawi do pionu, by po chwili usiąść za kierownicą. Oxana wślizgnęła się na miejsce pasażera i widać było, że przez chwilę o coś go zaciekle wypytywała, a potem uściskała i samochód odjechał. Świadkami całej tej dziwnej sytuacji było paru uczniów i oszołomieni przyjaciele Ox.
- Co to za typek?!?! - zdenerwował się zazdrosny Matt.
- To na pewno jakiś kolega albo przyjaciel. Zauważ, że ze mną lub z tobą zanim byliście razem też tak robiła...
- Tak... Dzięki za pociechę - uśmiechnął się do przyjaciółki.
- Dlaczego muszę mieć chustkę na oczach? Kochany, co kombinujesz? - niecierpliwiła się dziewczyna.
- Liczba od 1-5
- Hmm, 4.
- Poczekaj chwilę...
Rick rozwiązał chustę i stałam przed wielki lustrem, a on zakładał mi na szyję wisiorek z połówką serca z literką "B" i połową litery "F", drugą połówkę miał on - prawe pół serduszka z półtora "F".
- To takie słodkie! Naprawdę nie musiałeś...
- Dzisiaj mija miesiąc od kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy.
- Tak się cieszę! - powiedziałam i rzuciłam mu się na szyję. On odwzajemnił uścisk.
*****
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w pizzerii jest ktoś, kto wszystko nagrywa...
- Oxana, nie!!! - krzyknęła przerażona Lira.
Uśmiechnęłam się diabelsko i przejechałam nożem po szyi, ale tak, by nie poderżnąć mu gardła. Nie zamierzałam go na razie zabijać, chciałam się nim jeszcze pobawić...
"Nie, stop! Nie pozwól, aby ta kreatura przejęła nad tobą kontrolę, Ox! Ocknij się!" - usłyszałam swoje myśli zagłuszające wyk cienia. Potrząsnęłam głową i natychmiast odskoczyłam z nożem jak najdalej od chłopaka... Patrzyłam na niego przerażona. On tylko potarł szyję i powiedział:
- Od dziś cię przeszukuję jak przychodzisz do pracy. - uśmiechnął się. - I zgaduję, że stalowego charakterku to ty nie masz, laleczko?
Potrząsnęłam głową w odpowiedzi.
- Musisz nauczyć się kontrolować i zagłuszać jego pokusy i obrazy. Bo inaczej zrobisz komuś krzywdę.
- Dobrze. Przepraszam! - rzuciłam przez łzy i jak najmocniej go przytuliłam.
- Już, już. Nie musisz, aż tak przepraszać. Tak będziesz ryczeć dopiero jak kogoś zabijesz. - mówił głaszcząc mnie po głowie.
- Ale ja o mało tego nie zrobiłam tobie! - jęczałam przez fale łez, które z siebie wylewałam.
- Tak, ale "o mało" jak ty to ujęłaś, więc w pełni tego nie zrobiłaś. No już, odklej się ode mnie, bo mnie udusisz! - zażartował i uśmiechnął się do mnie.
- Ale, ale... - chlipałam. - Nie jesteś wściekły, ja bym była.
- Nie jestem, bo wiele razy stawałem w identycznych sytuacjach i wiem, że złość wzmacnia monstrum. I łatwiej będzie mu zniszczyć cię psychicznie, będziesz łatwiej popadać w melancholię wykonywania jego poleceń i będziesz rzadziej się stawiać.
- Dobrze. - wykrztusiłam, pokiwałam głową, a on otarł mi łzy.
- Wierzysz mi? Bo jeżeli nie to to wszystko nie ma sensu i możesz przez to coś umrzeć psychicznie. Więc twój wybór.
- Wierzę. - przyznałam i znów się do niego przytuliłam. Tak bardzo potrzebowałam jego wsparcia. Na przyjaciół nie mogłam liczyć. I chyba już nie mogę...
- Koniec zmiany, chodź do szatni. - wyszeptał mi prosto do ucha. Przez całą drogę przez pizzerię i na dół potulnie szłam za Rickiem i się nie odzywałam. Chłopcy i dziewczyny mieli oddzielne szatnie. Po przebraniu się czekałam na niego w holu trzymając nóż (nie to nie to, nie jestem taka beznadziejna). Gdy przyszedł najpierw się przeraził, a następnie zaśmiał. Wziął ode mnie broń, a następnie wyszliśmy z pizzerii. Kiedy mijaliśmy kosz na parkingu objął mnie ramieniem jednocześnie rzucając nóż w kierunku śmietnika. Powiedział, że mnie odwiezie, bo ma po drodze. Okazało się, że on mieszka trzy ulice dalej. Do domu wróciłam rozanielona. Wreszcie mam kogoś z kim mogę porozmawiać o tym potworze. Ale czy ja mu na 100% wierzę? Przecież znamy się parę godzin i do tego tylko z nim pracuję. Lecz z drugiej strony nikt nie wybaczyłby komuś, że prawie go zabił... Jeszcze to przemyślę, ale już nie mogę się doczekać jutrzejszego spotkania z nim... A i:
- Żadnej broni nie biorę!!! Słyszysz, poczwaro?!?! - wydarłam się.
"Dobrze, to sam ci ją przyniosę, skarbie" - usłyszałam.
- Nieee!!! I jakie "skarbie"?!? Won kreaturo!!! - krzyczałam.
"Witaj!" - prześwidrowało mi głowę. A po chwili zobaczyłam wstrętną, czarną twarz, w której oczodołach świeciły się po jednej czerwonej kropeczce. Usta mieściły kolor na przełomie różu i szarości. Cała postać oprócz tego (i tego, że ma całą skórę czarną jak każde takie monstrum) wyglądała jak ja!!! Ale jedno nas różniło:
Ona staje w obronie, a ja panikuję więc ma inny ode mnie charakter i jednak większość rys.
*2 tygodnie później* *Oxana*
- Co tam? - spytał mnie Rick popijając kawę.
- Nic, tobie też czasami zdarza się czuć uczucie jakiego nie powinno się czuć? - Np. Złość na przyjaciółkę, a nic nie zrobiła? - szybko się zreflektowałam i wymyśliłam to na poczekaniu.
- Aha... Nie. A co, pokłóciłaś się z kimś?
- Nie licząc potwora, to tylko z samą sobą.
- Na pewno, a to nie potwór tobą steruje morderczyni? - pytająco uniósł brew i po chwili oboje się śmialiśmy.
- Ale tak, na serio, co cię gryzie? - dodał.
- Bo ja... chyba zakochałam się w kim kimś mi nie wolno. - przyznałam się zagryzając dolną wargę.
- Jak to "nie wolno", jeszcze nie słyszałem o zakazach dotyczących miłości Oxanne Whime. - powiedział ironicznie.
- Ale nie o to chodzi. - powiedziałam i klepnęłam go w plecy. - Bo ja mam chłopaka i zakochałam się w innym...
- Wiem, że to wyda ci się głupie, ale to kiedyś przejdzie, a najlepiej jest jak się nie ma nikogo - nie ma ludzi - nie ma problemów. Bo ja miałem podobną sytuację. Moją dziewczyną była najładniejsza laska z klasy, a mi się spodobała miła niunia z osiedla... z tamtą zerwałem i okazało się, że ta z osiedla mnie nie kocha i zostałem z niczym, bo wyszedłbym na głupka gdybym poprosił tamtą znów o chodzenie. Niech zgadnę miałaś identyczny plan wydarzeń w głowie, nie? - spytał i się uśmiechnął.
- Tak... Jestem głupia!!! - wrzasnęłam. On złapał mnie za podbródek i podniósł twarz do góry, abym patrzyła mu w oczy.
- Nie jesteś głupia ani żałosna tak jak teraz pewnie myślisz. Jesteś pomysłowa i zaradna, dlatego nie osądzaj się tak surowo, bo to mu pomaga i cię osłabia. Przysięga przyjaciela, że nie kłamię. - zapewnił.
Gdy mnie puścił pokiwałam głową i przez całą drogę do naszego biura przepatrzyłam na moich butach.
- Dzisiaj ty kamery, ja drzwi. Pamiętaj co ci mówiłem, on cię oplącze, nie rób tak, dla mnie? - pokazał rządek białych zębów i popatrzył z nadzieją.
- Ok, ale dla ciebie. - zgodziłam się.
Po zmianie siedzieliśmy jeszcze w holu paląc papierosy. Dopiero teraz głębiej przyjrzałam się chłopakowi. Ciemny brunet, barczysty, dobrze zbudowany, złociste, piwne oczy i jasna cera. Jego uśmiech i słowa zawsze mnie motywowały, po prostu, ogólnie był dla mnie nadzieją i otuchą i był po prostu idealny, bo wiele sytuacji z mojego życia przeżył sam, też ma tego prześladowce... Szczerze to jesteśmy trochę jak dwie krople wody... Z rozmyślań wyrwał mnie jego ciepły głos:
- Na co tak patrzysz? Widzisz jakiś we mnie cel? - uniósł brew - Mam się zacząć bać?
- Nie, tylko tak, jakoś teraz dopiero oceniłam twój wygląd...
- To ile dostaje gwiazdek 1-5?
- 5
- Ty też. Chodź, może już cię odwiozę?
- Mi pasuje. - wzruszyłam ramionami. Reszta drogi do mnie minęła nam na rozmowach typu "twój największy życiowy błąd" lub "ciekawostki" albo "wszystko i nic".
Po przyjściu do domu wzięłam prysznic, przebrałam się i miałam wolne 20 min.
- Cześć, co tam? - odebrał po dwóch sygnałach Rick.
- Nudzi mi się, a mam wolne 20 minut więc chciałbyś mi je wypełnić rozmową z tobą?
- Hhahah, nie udawaj. No jasne!
- Mam dziś sprawdzian z polaka - najłatwiejszego przedmiotu. - pochwaliłam się. - A co tam u mamy? - ostrożnie spytałam.
- Nic.
- To nie, nie naciskam. Mam mega głupie pytanie...
- Dawaj.
- Czy wy z Lari, no wiesz...? Chodzicie ze sobą?
"Czuję, że pożałuję tego pytania"...
W słuchawce rozległ się głośny śmiech - No jasne, że nie! Jestem z nią tak blisko jak i z tobą!
- Ok, bo... Myślałam, że wy... no, wiesz... nieważne. Jutro w pracy pogadamy?
- Oczywiście! - rzucił radosny i do moich uszu dobił się pisk kończącego się połączenia. Schowałam telefon do torby, założyłam buty i wyszłam do szkoły.
Po szkole szłam z przyjaciółmi pod rękę przez parking szkolny, bo odprowadzali mnie na przystanek, gdy zobaczyłam samochód Ricka! Puściłam przyjaciół, a z auta wybiegł mi na spotkanie brunet. Podbiegłam i przytuliłam się do niego. Gdy go puściłam spytałam:
- Co ty tutaj robisz?! - byłam radosna jak nie wiem.
- Przyjechałem po ciebie, bo muszę ci coś u nas pokazać!
- A co, Fazbear coś namącił?
- Nie! Zgaduj dalej!
- Hmm. Nie wiem, chodź! - zapiszczałam i pociągnęłam go w stronę samochodu.
- Ej, złociutka, wywalisz mnie!
- Nie, marudź, jedziemy! - zażądałam stojąc oparta o drzwi pasażera.
- Nie zapominaj o potworkach! One mogą wykorzystać twoje myśli! - pogroził jej palcem.
- Przestań myśleć tylko o magii, błagam cię. Już dawno się nie pocięłam więc mnie nie pouczaj, kochany! A ty też, dawno mojego noża przy gardle nie miałeś?!?
- Nie twojego tylko poczwary.
- Poczwary czy nie jakoś zawsze to moja ręka go trzyma! - powiedziała i oboje się zaśmiali.
- No, dobra jedziemy, ale - myśli. Pilnuj się, bo mi obiecałaś. - uściskali sobie dłonie, a Ox ześlizgnęła się i upadła w jego ramiona... Przybliżyła swoją twarz do jego...
- A ty obiecaj, że skończysz, ze zdjęciami masz je dzisiaj spalić - myśli za zdjęcia?
- Ok, Oxana, wygrałaś...
- Obiecanki - cacanki. Jedziemy, co chcesz mi pokazać?
- Zobaczysz. - powiedział, uśmiechnął się i postawi do pionu, by po chwili usiąść za kierownicą. Oxana wślizgnęła się na miejsce pasażera i widać było, że przez chwilę o coś go zaciekle wypytywała, a potem uściskała i samochód odjechał. Świadkami całej tej dziwnej sytuacji było paru uczniów i oszołomieni przyjaciele Ox.
- Co to za typek?!?! - zdenerwował się zazdrosny Matt.
- To na pewno jakiś kolega albo przyjaciel. Zauważ, że ze mną lub z tobą zanim byliście razem też tak robiła...
- Tak... Dzięki za pociechę - uśmiechnął się do przyjaciółki.
- Dlaczego muszę mieć chustkę na oczach? Kochany, co kombinujesz? - niecierpliwiła się dziewczyna.
- Liczba od 1-5
- Hmm, 4.
- Poczekaj chwilę...
Rick rozwiązał chustę i stałam przed wielki lustrem, a on zakładał mi na szyję wisiorek z połówką serca z literką "B" i połową litery "F", drugą połówkę miał on - prawe pół serduszka z półtora "F".
- To takie słodkie! Naprawdę nie musiałeś...
- Dzisiaj mija miesiąc od kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy.
- Tak się cieszę! - powiedziałam i rzuciłam mu się na szyję. On odwzajemnił uścisk.
*****
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w pizzerii jest ktoś, kto wszystko nagrywa...
*****
I kolejny... Niedługo wyjeżdżam więc wstawiłam dwa.
Pozdrowienia, Betha
środa, 22 lipca 2015
Rodział 3
*Oxana*
Myślałam tylko o pocałunku z Matt'em... To odrywało moje myśli od morderczej rutyny ojca. Byłam jednocześnie załamana poczynaniami taty i wniebowzięta sytuacją z Matt'em. Byłam po prostu rozdarta. Czy się cieszyć czy panikować - ja to mam talent do zaburzania rzeczywistości.
- "Dziś po raz pierwszy od prawie roku sprzeciwię się ojcu. Tak! Zrobię to! A niech matka trzęsie się jak galareta, ale ja mam charakter!" - myślałam na matmie i uśmiechałam się złowieszczo.
- Hej, co robi ten uśmiech na twojej twarzy? - spytał unosząc prawą brew do góry Matt.
- Chce zrobić coś bardzo odważnego i niemalże zabójczego...
- Cooo?!?! - krzyknęli jednocześnie Matt i stojąca mi za plecami Molly.
- Chce porozmawiać z ojcem. - rzekłam z grobową miną.
- Ale, ale, ale... on cię zabije, pobije i udusi!!! - panikowała Molly.
- On mi nic nie zrobi, obiecuję. - powiedziałam z lewą ręką na sercu. Oboje przyjaciele przytulili się do mnie i powiedzieli, że powiesiliby się, gdyby coś mi się stało. Reszta lekcji dłużyła się niemiłosiernie. Po zajęciach Matt odprowadził mnie pod blok.
- Jeżeli włos ci z głowy spadnie to mu tak zajebie, że się nie pozbiera. - wyszeptał mi do ucha.
- Tak, ale to i tak mój... yyy, ojciec? - jąkałam się, ale wydusiłam to z siebie z udawanym uśmiechem.
- Dobrze, to, do jutra. - powiedział, westchnął i dał mi szybkiego buziaka w usta. Następnie odszedł. Weszłam na górę stawiając pokracznie moje koturny-trampki na kolejnych stopniach. Plecak zostawiłam w przedpokoju i ruszyłam pod gabinet Vincenta...
- Kochanie, nie. On właśnie wrócił. - powiedziała z troską moja mama.
- Nic mi nie będzie, mamusiu. - zapewniłam matkę.
Zapukałam w drzwi, następnie wślizgnęłam się do środka i przyglądałam się sterylnie czystemu pokojowi, jedynym odłamem uporządkowania był mój tata siedzący na czarnym, skórzanym fotelu z zakrwawionym nożem w ręku. Z jego nadgarstka ciekła krew... Głośno przełknęłam ślinę. Odwrócił się i uśmiechnął złowieszczo. Podchodził do mnie z nożem. Nie bałam się, on nie skrzywdzi własnej córki, nigdy tego nie zrobi. Gdy był krok ode mnie po pokoju rozległ się dźwięk stali uderzającej o posadzkę - nóż upadł. Ojciec wtuli się we mnie, a krew z jego nadgarstka (jak się później okazało samo okaleczonego) spływała mi po szyi, plecach. Mimo obrzydliwego zapachu krwi i zdziwienia oddalam uścisk. Staliśmy tak chwilę, a potem usłyszałam głuche "przepraszam".
- Wiem, że to nie ty, ale ta bestia w tobie! - powiedziałam przez łzy.
- Ja, ja, ja... nie wiem co się ze mną działo... - poczułam, że on też płacze.
- Nie martw się. Pogódź się z mamą i wróćmy do normalnego życia...
"Nigdy tak nie będzie" - powiedział głos w mojej głowie. Mój cień się do mnie szczerzył i wyciągał pazury do mego ojca... Potrząsnęłam głową i ponownie skupiłam uwagę na ojcu.
- Łatwo ci mówić kochanie, to nie ty masz na sumieniu dziewięć morderstw! - powiedział i mimo poważnego tonu zaśmiał się.
- Tak, tato. Dobrze, że jesteś. - odparłam gapiąc się na czerwono-oki cień...
*3 dni później* *Vincent*
Od dawna nie panowałem sam nad sobą i nie wiem dlaczego. Na szczęście mam taką wspaniałą córkę! Może to była moja reakcja psychiczna na tę opowieść tamtej... Night? Coś takiego mogłoby się zgadzać, ale, nie wiedziałem, że oddziaływania w mózgu mogą być tak silne. Szczerze? Kompletnie nic logiczne mi się nie zgadza z poprzednimi wersjami. Ale to już nie wróci... Mam nadzieję tylko, że na moją córkę nie spadła klątwa cienia mego ojca...
- Kochanie tak się cieszę! - usłyszałem i odzyskałem orientację w terenie, byłem w ramionach Lily... Boże jak ja dawno nie czułem tego uczucia...
- Ja zajmę się tym. - powiedziała Ox wymachując srebrnym kluczem w stronę mojego gabinetu.
- I... Koniec! - powiedziała i ułamek sekundy później klucz zazgrzytał w zamku, a pięć minut potem szamotał się wśród kolorowych worków w śmieciarce. Posprzątaliśmy razem mieszkanie. Po godzinie moja rana o sobie przypomniała i Ox mi ją opatrywała...
*Oxana*
Mój cień wypełzł poza kontury i owijał łapami mojego tatę łapczywie patrząc na jego ranę...
"Krew. Chcę krwi. Daj mi krwi. Zabij, ale daj. Daj." - odbijał się echem głos poczwary w mojej głowie. Zdążyłam się zorientować, że inni jej nie widzą.
"Ze mną jesteś bezpieczna. Za zapłatą. KREW!" - krzyczało monstrum przyprawiając mnie o ból głowy. Starałam się nie okazywać moich doznań. Gdy po sprzątaniu rodzice rozmawiali ja poszłam na górę w celu uczenia się. A przynajmniej tak sobie wmawiałam, bo na górze wydarzyło się coś zupełnie innego... Usiadłam przy biurku przeczytałam ledwo dwa słowa z podręcznika od chemii, a usłyszałam:
"KREW, KREW, KREW. Dobrze wiesz czego chcę. Oferta aktualna bezpieczeństwo za krew. Odbieraj innym krew. Dla mnie. Jestem najważniejszy, ochronię cię"
Złapałam się za głowę i ledwo słyszalnie jęknęłam.
- Dobra, kurwa. Jak ci tak zależy, ale masz się zamknąć poczwaro!!! - warknęłam sięgając po otwieracz do kopert z szuflady. Zraniłam się w kciuk, upuszczałam krew do słoiczka na próbówki do zadań z chemii. Kreatura w mig zjawiła się nad krwią.
"Czyja? Twoja? Jeżeli twoja to uważasz mnie za idiotę. Jestem żądny krwi, ale nie właścicielki, ani chlebodawczyni, bo twoją krew mogę zabrać kiedy chce." - to mówiąc cień przejechał po moim nadgarstku, a z niego trysnęła krew...
- Jak ty to?!? Aaaaa, to boli! - wszystko zaczęło się ściemniać. - Przestań! - dodałam na ostatnim tchu i zemdlałam.
"Dobranoc, maleńka istotko..." - powiedział cień i zaśmiał się złowieszczo. Zaszył ranę na kciuku, ale nadgarstek zostawił pocięty.
*Lily*
- Boże, co jej się stało?!?! - krzyknęłam przerażona i wtuliłam się w ramię Vincenta.
- O co tu cho... Jak to się... - zmarszczył brwi - Oni. - wyraźnie się zdenerwował. - Dzwoń po karetkę. Powiedz, że nie znasz przyczyny zranienia i, że taka była, gdy ją zobaczyłaś. Ox ma powiedzieć, że to przez przypadek dalej niech sama wymyśli jakąś historyjkę. Ja niedługo wrócę. - powiedział i wyszedł z domu. Patrzyłam tylko jak nasz samochód odjeżdża w lewo i znika między rudo-czerwonymi budynkami. Po chwili zadzwoniłam po karetkę.
- Dzień dobry, tutaj pogotowie ratunkowe, w czym mogę służyć? - usłyszałam kobiecy głos.
- Lily Whime. Bartnicza 1/4 A. Moja córka zemdlała. Ma podcięty nadgarstek. Chyba nie straciła dużo krwi. Nie wiem w jaki sposób dokonała obrażeń. - zeznałam do słuchawki.
- Karetka jest na Bródnie więc powinna jak najszybciej do pani dotrzeć. Dziękujemy za zgłoszenie. Do widzenia. - koniec połączenia.
Jadę właśnie z Oxanne karetką. Ciekawe gdzie pojechał mój skarbek, i po co?
*Vincent*
Jestem właśnie pod pizzerią Freddy Fazbear Pizza.
- Phone Guy, wyłaź. To ja, Vinni - nie poznajesz? Ten od zabójstw w ciągu tego roku... - mówiłem niepewnie.
- Stary, dawno cię nie widziałem! A mój wynalazek nie powinien teraz być na twoim potomstwie...? - z Pirate Cove'a wyłonił się chłopak o kruczo czarnych, potarganych włosach i zielonych zerówkach.
- W tej sprawie ja do ciebie. Moja córka chyba ma to cholerstwo. Pamiętasz jak go wyłączyć?
- Wyłączyć? - PG zaczął się śmiać. - Chyba chciałeś powiedzieć odczarować. Nie da się, mała będzie go mieć do końca życia. Niestety, ale nie mogę ci pomóc.
- Jak to?!? Mój ojciec się go pozbył.
- On go przegnał na klątwę skroploną krwią i tam go uwięził. Trzymał go na klątwie z pokolenia na pokolenie. Dlatego zrobiłeś tą serię morderstw, i mogę się założyć, że kiedy oficjalnie pogodziłeś się z rodziną twoja córka go przejęła.
- Ale ja nie słyszałem jego głosu.
- Bo ty jako pierwszy z pokolenia klątwy nie słyszałeś go ani nie widziałeś, ale miał nad tobą kompletną władzę. W przypadku reszty mogą się oprzeć jego głosowi i teatrzykom. Za to w obu przypadkach ten rodzaj ducha pragnie krwi i śmierci. - tłumaczył mi przyjaciel.
- Czyli, aby pozbyć się klątwy musi urodzić dziecko? - spytałem nieprzekonany.
- Nie, ale musi przeżyć jedną prowokację potwora lub więcej. Po gazetach i ręce widzę, że ty ich przeżyłeś 10, nie?
- Czyli cięcie się to też prowokacja?
- Tak, a co?
- Bo ona to już zrobiła...
- Sprawdzałeś ranę?
- Ale jak?
- Czy świeci się lekko na czarno. Pamiętaj, że on może ranić, nie ma prawa zabijać, ale rani.
- Nie zauważyłem, a może? Jadę do szpitala. Na razie, Eric! - pożegnałem się.
- Pa, Vinc! - doszło mi do uszu zza pleców.
W szpitalu okazało się, że ranę zadał potwór. Czyli albo jej powiem albo całe życie z cieniem. Chyba drugie, bo ona może tego nie wytrzymać psychicznie... Jak na razie postanawiam jej nic nie mówić. Tak będzie (CHYBA) dla niej najlepiej...
Poczułem wibracje, ale krótkie - SMS.
"I co, pokój czy bitwa??? Czekam, Eric" - odczytałem w myślach po pięciu minutach od dostania wiadomości.
"Bitwa, ranę spowodował potwór. Nie ma innego sposobu?" - odpisałem.
"Nie, zabija albo rani - siebie lub innych" - Przyszło po krótkim czasie.
"Egh, jakoś sobie poradzimy. Dzięki, stary"
"Fioletowo włosy, nie dziękuj, bo zrobisz się za miękki :-). Powodzenia" - przeczytałem, a następnie spojrzałem na swoją córkę rozmawiającą z matką. Podszedłem i włączyłem się do rozmowy typu "o wszystkim i o niczym". Po dwóch dniach Ox wyszła, ze szpitala.
- No, to kto idzie udobruchać sąsiadów? - spytała Lily z Mike'iem na rękach, a Kayl'em przyklejonym do nogi (oboje mieli już prawie dwa lata).
- Nie ja! - krzyknęliśmy z córką jednocześnie.
- Tak właściwie to o co poszło? - spytała Ox rozdając karty (graliśmy w pokera dla rozluźnienia).
- A) zero gry w pokera, Vinnie. B) Ja już pójdę, ale wy pilnujecie chłopców.
- To ja założę buty! - powiedziała Oxana wkładając na nogę fioletowego trampka w czarne gwiazdki.
- O, nie! Pierwsze słowo do dziennika,...
- ... drugie do śmietnika - dokończyłem za żonę.
- Ha! A co powiecie na to:? Dziennik się spalił, a śmietnik ocalił! - krzyknęła i trzasnęła frontowymi drzwiami.
- Niezłe ziółko, ta córeczka. - powiedziałem i dałem buziaka Lily.
- Taak, taaak. - wyseplenił Kayl puszczając się spodni matki natomiast przyklejając do mojej nogi. Uwielbiał się przytulać. Nie ważne do czego. A jak witał się z kimś to nie mówił "Dzień dobry" tylko przytulał się i mamrotał "Cześć" albo "Witaj" i na tym się jego skróty powitalne kończyły. Natomiast Mike jest bardzo kulturalny, umie wszystkie prawie, że, słowa grzecznościowe (co nie znaczy, że wymawiał je poprawnie), ale jest strachliwy i ciągle trzyma się któregoś z domowników lub swojej ukochanej niani - Jessici. Właściwie to on nikogo nie faworyzuje, ale do brata już się tak nie lepi. (Nie, że mają złe stosunki, ale po prostu podchodzi do niego jak do kolegi, którego może bić) Mike nie zniósł by kogoś nowego, ale jego brat - przeciwnie, wieży każdemu i jest ufny, naiwny. Jeden brunet o ciemnych, morskich oczach i pod opalonej cerze, a drugi - kruczo czarny włos z oczami jak krew i jasną cerą - czasami zastanawiam się czy mój syn to nie wampir. Naprawdę niektórzy boją się Kayl'a. O, np. nasi sąsiedzi. Chłopcy bawili się w ich ogródku (nie wiedzieliśmy o tym) i pani Stetson zobaczyła Kayl'a ze sztucznymi zębami wampira i worami pod oczami, bo całą noc przesiedział z Ox. Krzyknęła przerażona i tak oto rozpętała się burza. Dlatego musimy ich udobruchać i się pogodzić.
*Oxana*
.....
- Co za okropna baba! - zwierzała się przyjaciółce przez telefon.
- No właśnie. Jak można przestraszyć się dwulatka przebranego za wampira?!? - kpiła Molly.
- Nie wiem, ale na przykładzie mojej sąsiadki można. Poczekaj tata coś chce. - przyłożyłam telefon do piersi - Tak, tato?!
- Chcesz zagrać - mama w sklepie! - odkrzyknął z salonu na dole.
- Ok, ale za 10 min. Spoks?!
- Ta!
- Halo? - spytałam w słuchawkę.
- Jestem, jestem. W co "grać"?
- W pokera, a myślałaś, że w co gram z ojcem mordercą? - spytałam ironicznie i się zaśmiałam.
- Co?!? Na kasę?!?
- Jak mamy ochotę, ale kwota w turze nie może przekraczać ośmiu dych. Albo bez pieniędzy, na żetony z liczbami oznajmiającym ilość kasy, ale my to uznajemy za pkt. Kto zdobędzie więcej punktów ten wygrywa np. przegrany stawia mu kawę albo ciastko w piekarni i inne banalne kary.
- Ahaaa, bo myślałam, że wdajesz się w hazard z własnym ojcem... - przyznała koleżanka.
"Zabij. Ze mną będziesz bezpieczna, zabijaj ze mną... razem..." - usłyszałam znajomy głos świdrujący mi głowę. Na ramionach poczułam chłód otulających mnie rąk potwora. Poczułam się dziwnie... Straciłam nad sobą panowanie... Przed oczami miałam obraz z cieni, że mój tata całuje inną... mama płaczę, a mnie wyrzuca z domu i patrzy z pogardą na mnie i na mamę mieszkające na ulicy... Nie! Tata tak nigdy nie zrobi! Zamknęłam oczy i potrząsnęłam głową, ale do moich oczu napłynęły łzy... Zeszłam do kuchni, wzięłam nóż do ręki i ruszyłam w stronę salonu, gdy spojrzałam w lusterko spojrzałam na swoje oczy rodem Kayl'a i morderczy uśmiech jak tamten u taty... patrząc sobie w lustrze w oczy zobaczyłam jak zabarwia je na nowo jaskrawy fiolet i fala tego cudownego koloru rozpływa się po tęczówkach... Jednak gdy spojrzałam na nóż stałam się taka jak wyszłam z pokoju... Stałam tuż za tatą miałam mu właśnie wbić ostre narzędzie kuchenne w plecy, ale złapał mnie zza obandażowany nadgarstek i powiedział:
- Petrificus Lockhad! [czytaj: petrifikus lokhad]- Skamieniałam, mogłam oddychać, mówić, patrzeć, ale stałam w jednej pozie jak skała. - Czyli już się zaczęło... - zauważył jakby smutnym głosem...
Zamknęłam oczy, a, gdy je otworzyłam siedziałam na moim łóżku w swoim pokoju, a z komórki, którą trzymałam dobiegał głos Molly:
- HALO?!?!? NIE MA CIĘ JUŻ CHYBA PÓŁ GODZINY!!!!!!!!!
- Jestem, sorry, ale nagle miałam drugie połączenie od lekarza... - byłam genialna w wymyślaniu i opowiadaniu historii - każdych.
- To dobrze, ale więcej mi tak bez uprzedzenia nie rób złociutka, bo się rozłączę! - zagroziła rozgniewana, ale jakby wiedziała, że jestem zmieszana po chwili się zaśmiała, a ja po niej.
- Słuchaj, mam ci coś do powiedzenia, ale nie mów Matt'owi, proszę!!
- Ok, to, co? W kawiarence niedaleko mojej chaty?
- Ok.
- Ok.
Powiedziałam ojcu, że wychodzę i gdzie, ale on tylko westchnął i poszłam na umówione miejsce. Czekałam jakieś dwie minuty na Molly.
- To ja dojeżdżam i powinnam się spóźnić, a tu ty, która masz ulicę stąd dom muszę na ciebie czekać! Dziwne, nie?
- No, tak... To co to za tajemnica?
- Ja, ja... mam chyba jakąś klątwę. - rzuciłam łzawym głosem.
- Klątwę?!?
- W głowie słyszę czyjś głos, który namawia mnie do zabijania i ranienia innych... - rozpłakałam się.
Dalsza część rozmowy minęła na tłumaczeniu dzisiejszego wydarzenia i innych objawów wywoływanych bestią...
Postanowiłam zająć się czymś, aby odgonić myśli od potwora...
Myślałam tylko o pocałunku z Matt'em... To odrywało moje myśli od morderczej rutyny ojca. Byłam jednocześnie załamana poczynaniami taty i wniebowzięta sytuacją z Matt'em. Byłam po prostu rozdarta. Czy się cieszyć czy panikować - ja to mam talent do zaburzania rzeczywistości.
- "Dziś po raz pierwszy od prawie roku sprzeciwię się ojcu. Tak! Zrobię to! A niech matka trzęsie się jak galareta, ale ja mam charakter!" - myślałam na matmie i uśmiechałam się złowieszczo.
- Hej, co robi ten uśmiech na twojej twarzy? - spytał unosząc prawą brew do góry Matt.
- Chce zrobić coś bardzo odważnego i niemalże zabójczego...
- Cooo?!?! - krzyknęli jednocześnie Matt i stojąca mi za plecami Molly.
- Chce porozmawiać z ojcem. - rzekłam z grobową miną.
- Ale, ale, ale... on cię zabije, pobije i udusi!!! - panikowała Molly.
- On mi nic nie zrobi, obiecuję. - powiedziałam z lewą ręką na sercu. Oboje przyjaciele przytulili się do mnie i powiedzieli, że powiesiliby się, gdyby coś mi się stało. Reszta lekcji dłużyła się niemiłosiernie. Po zajęciach Matt odprowadził mnie pod blok.
- Jeżeli włos ci z głowy spadnie to mu tak zajebie, że się nie pozbiera. - wyszeptał mi do ucha.
- Tak, ale to i tak mój... yyy, ojciec? - jąkałam się, ale wydusiłam to z siebie z udawanym uśmiechem.
- Dobrze, to, do jutra. - powiedział, westchnął i dał mi szybkiego buziaka w usta. Następnie odszedł. Weszłam na górę stawiając pokracznie moje koturny-trampki na kolejnych stopniach. Plecak zostawiłam w przedpokoju i ruszyłam pod gabinet Vincenta...
- Kochanie, nie. On właśnie wrócił. - powiedziała z troską moja mama.
- Nic mi nie będzie, mamusiu. - zapewniłam matkę.
Zapukałam w drzwi, następnie wślizgnęłam się do środka i przyglądałam się sterylnie czystemu pokojowi, jedynym odłamem uporządkowania był mój tata siedzący na czarnym, skórzanym fotelu z zakrwawionym nożem w ręku. Z jego nadgarstka ciekła krew... Głośno przełknęłam ślinę. Odwrócił się i uśmiechnął złowieszczo. Podchodził do mnie z nożem. Nie bałam się, on nie skrzywdzi własnej córki, nigdy tego nie zrobi. Gdy był krok ode mnie po pokoju rozległ się dźwięk stali uderzającej o posadzkę - nóż upadł. Ojciec wtuli się we mnie, a krew z jego nadgarstka (jak się później okazało samo okaleczonego) spływała mi po szyi, plecach. Mimo obrzydliwego zapachu krwi i zdziwienia oddalam uścisk. Staliśmy tak chwilę, a potem usłyszałam głuche "przepraszam".
- Wiem, że to nie ty, ale ta bestia w tobie! - powiedziałam przez łzy.
- Ja, ja, ja... nie wiem co się ze mną działo... - poczułam, że on też płacze.
- Nie martw się. Pogódź się z mamą i wróćmy do normalnego życia...
"Nigdy tak nie będzie" - powiedział głos w mojej głowie. Mój cień się do mnie szczerzył i wyciągał pazury do mego ojca... Potrząsnęłam głową i ponownie skupiłam uwagę na ojcu.
- Łatwo ci mówić kochanie, to nie ty masz na sumieniu dziewięć morderstw! - powiedział i mimo poważnego tonu zaśmiał się.
- Tak, tato. Dobrze, że jesteś. - odparłam gapiąc się na czerwono-oki cień...
*3 dni później* *Vincent*
Od dawna nie panowałem sam nad sobą i nie wiem dlaczego. Na szczęście mam taką wspaniałą córkę! Może to była moja reakcja psychiczna na tę opowieść tamtej... Night? Coś takiego mogłoby się zgadzać, ale, nie wiedziałem, że oddziaływania w mózgu mogą być tak silne. Szczerze? Kompletnie nic logiczne mi się nie zgadza z poprzednimi wersjami. Ale to już nie wróci... Mam nadzieję tylko, że na moją córkę nie spadła klątwa cienia mego ojca...
- Kochanie tak się cieszę! - usłyszałem i odzyskałem orientację w terenie, byłem w ramionach Lily... Boże jak ja dawno nie czułem tego uczucia...
- Ja zajmę się tym. - powiedziała Ox wymachując srebrnym kluczem w stronę mojego gabinetu.
- I... Koniec! - powiedziała i ułamek sekundy później klucz zazgrzytał w zamku, a pięć minut potem szamotał się wśród kolorowych worków w śmieciarce. Posprzątaliśmy razem mieszkanie. Po godzinie moja rana o sobie przypomniała i Ox mi ją opatrywała...
*Oxana*
Mój cień wypełzł poza kontury i owijał łapami mojego tatę łapczywie patrząc na jego ranę...
"Krew. Chcę krwi. Daj mi krwi. Zabij, ale daj. Daj." - odbijał się echem głos poczwary w mojej głowie. Zdążyłam się zorientować, że inni jej nie widzą.
"Ze mną jesteś bezpieczna. Za zapłatą. KREW!" - krzyczało monstrum przyprawiając mnie o ból głowy. Starałam się nie okazywać moich doznań. Gdy po sprzątaniu rodzice rozmawiali ja poszłam na górę w celu uczenia się. A przynajmniej tak sobie wmawiałam, bo na górze wydarzyło się coś zupełnie innego... Usiadłam przy biurku przeczytałam ledwo dwa słowa z podręcznika od chemii, a usłyszałam:
"KREW, KREW, KREW. Dobrze wiesz czego chcę. Oferta aktualna bezpieczeństwo za krew. Odbieraj innym krew. Dla mnie. Jestem najważniejszy, ochronię cię"
Złapałam się za głowę i ledwo słyszalnie jęknęłam.
- Dobra, kurwa. Jak ci tak zależy, ale masz się zamknąć poczwaro!!! - warknęłam sięgając po otwieracz do kopert z szuflady. Zraniłam się w kciuk, upuszczałam krew do słoiczka na próbówki do zadań z chemii. Kreatura w mig zjawiła się nad krwią.
"Czyja? Twoja? Jeżeli twoja to uważasz mnie za idiotę. Jestem żądny krwi, ale nie właścicielki, ani chlebodawczyni, bo twoją krew mogę zabrać kiedy chce." - to mówiąc cień przejechał po moim nadgarstku, a z niego trysnęła krew...
- Jak ty to?!? Aaaaa, to boli! - wszystko zaczęło się ściemniać. - Przestań! - dodałam na ostatnim tchu i zemdlałam.
"Dobranoc, maleńka istotko..." - powiedział cień i zaśmiał się złowieszczo. Zaszył ranę na kciuku, ale nadgarstek zostawił pocięty.
*Lily*
- Boże, co jej się stało?!?! - krzyknęłam przerażona i wtuliłam się w ramię Vincenta.
- O co tu cho... Jak to się... - zmarszczył brwi - Oni. - wyraźnie się zdenerwował. - Dzwoń po karetkę. Powiedz, że nie znasz przyczyny zranienia i, że taka była, gdy ją zobaczyłaś. Ox ma powiedzieć, że to przez przypadek dalej niech sama wymyśli jakąś historyjkę. Ja niedługo wrócę. - powiedział i wyszedł z domu. Patrzyłam tylko jak nasz samochód odjeżdża w lewo i znika między rudo-czerwonymi budynkami. Po chwili zadzwoniłam po karetkę.
- Dzień dobry, tutaj pogotowie ratunkowe, w czym mogę służyć? - usłyszałam kobiecy głos.
- Lily Whime. Bartnicza 1/4 A. Moja córka zemdlała. Ma podcięty nadgarstek. Chyba nie straciła dużo krwi. Nie wiem w jaki sposób dokonała obrażeń. - zeznałam do słuchawki.
- Karetka jest na Bródnie więc powinna jak najszybciej do pani dotrzeć. Dziękujemy za zgłoszenie. Do widzenia. - koniec połączenia.
Jadę właśnie z Oxanne karetką. Ciekawe gdzie pojechał mój skarbek, i po co?
*Vincent*
Jestem właśnie pod pizzerią Freddy Fazbear Pizza.
- Phone Guy, wyłaź. To ja, Vinni - nie poznajesz? Ten od zabójstw w ciągu tego roku... - mówiłem niepewnie.
- Stary, dawno cię nie widziałem! A mój wynalazek nie powinien teraz być na twoim potomstwie...? - z Pirate Cove'a wyłonił się chłopak o kruczo czarnych, potarganych włosach i zielonych zerówkach.
- W tej sprawie ja do ciebie. Moja córka chyba ma to cholerstwo. Pamiętasz jak go wyłączyć?
- Wyłączyć? - PG zaczął się śmiać. - Chyba chciałeś powiedzieć odczarować. Nie da się, mała będzie go mieć do końca życia. Niestety, ale nie mogę ci pomóc.
- Jak to?!? Mój ojciec się go pozbył.
- On go przegnał na klątwę skroploną krwią i tam go uwięził. Trzymał go na klątwie z pokolenia na pokolenie. Dlatego zrobiłeś tą serię morderstw, i mogę się założyć, że kiedy oficjalnie pogodziłeś się z rodziną twoja córka go przejęła.
- Ale ja nie słyszałem jego głosu.
- Bo ty jako pierwszy z pokolenia klątwy nie słyszałeś go ani nie widziałeś, ale miał nad tobą kompletną władzę. W przypadku reszty mogą się oprzeć jego głosowi i teatrzykom. Za to w obu przypadkach ten rodzaj ducha pragnie krwi i śmierci. - tłumaczył mi przyjaciel.
- Czyli, aby pozbyć się klątwy musi urodzić dziecko? - spytałem nieprzekonany.
- Nie, ale musi przeżyć jedną prowokację potwora lub więcej. Po gazetach i ręce widzę, że ty ich przeżyłeś 10, nie?
- Czyli cięcie się to też prowokacja?
- Tak, a co?
- Bo ona to już zrobiła...
- Sprawdzałeś ranę?
- Ale jak?
- Czy świeci się lekko na czarno. Pamiętaj, że on może ranić, nie ma prawa zabijać, ale rani.
- Nie zauważyłem, a może? Jadę do szpitala. Na razie, Eric! - pożegnałem się.
- Pa, Vinc! - doszło mi do uszu zza pleców.
W szpitalu okazało się, że ranę zadał potwór. Czyli albo jej powiem albo całe życie z cieniem. Chyba drugie, bo ona może tego nie wytrzymać psychicznie... Jak na razie postanawiam jej nic nie mówić. Tak będzie (CHYBA) dla niej najlepiej...
Poczułem wibracje, ale krótkie - SMS.
"I co, pokój czy bitwa??? Czekam, Eric" - odczytałem w myślach po pięciu minutach od dostania wiadomości.
"Bitwa, ranę spowodował potwór. Nie ma innego sposobu?" - odpisałem.
"Nie, zabija albo rani - siebie lub innych" - Przyszło po krótkim czasie.
"Egh, jakoś sobie poradzimy. Dzięki, stary"
"Fioletowo włosy, nie dziękuj, bo zrobisz się za miękki :-). Powodzenia" - przeczytałem, a następnie spojrzałem na swoją córkę rozmawiającą z matką. Podszedłem i włączyłem się do rozmowy typu "o wszystkim i o niczym". Po dwóch dniach Ox wyszła, ze szpitala.
- No, to kto idzie udobruchać sąsiadów? - spytała Lily z Mike'iem na rękach, a Kayl'em przyklejonym do nogi (oboje mieli już prawie dwa lata).
- Nie ja! - krzyknęliśmy z córką jednocześnie.
- Tak właściwie to o co poszło? - spytała Ox rozdając karty (graliśmy w pokera dla rozluźnienia).
- A) zero gry w pokera, Vinnie. B) Ja już pójdę, ale wy pilnujecie chłopców.
- To ja założę buty! - powiedziała Oxana wkładając na nogę fioletowego trampka w czarne gwiazdki.
- O, nie! Pierwsze słowo do dziennika,...
- ... drugie do śmietnika - dokończyłem za żonę.
- Ha! A co powiecie na to:? Dziennik się spalił, a śmietnik ocalił! - krzyknęła i trzasnęła frontowymi drzwiami.
- Niezłe ziółko, ta córeczka. - powiedziałem i dałem buziaka Lily.
- Taak, taaak. - wyseplenił Kayl puszczając się spodni matki natomiast przyklejając do mojej nogi. Uwielbiał się przytulać. Nie ważne do czego. A jak witał się z kimś to nie mówił "Dzień dobry" tylko przytulał się i mamrotał "Cześć" albo "Witaj" i na tym się jego skróty powitalne kończyły. Natomiast Mike jest bardzo kulturalny, umie wszystkie prawie, że, słowa grzecznościowe (co nie znaczy, że wymawiał je poprawnie), ale jest strachliwy i ciągle trzyma się któregoś z domowników lub swojej ukochanej niani - Jessici. Właściwie to on nikogo nie faworyzuje, ale do brata już się tak nie lepi. (Nie, że mają złe stosunki, ale po prostu podchodzi do niego jak do kolegi, którego może bić) Mike nie zniósł by kogoś nowego, ale jego brat - przeciwnie, wieży każdemu i jest ufny, naiwny. Jeden brunet o ciemnych, morskich oczach i pod opalonej cerze, a drugi - kruczo czarny włos z oczami jak krew i jasną cerą - czasami zastanawiam się czy mój syn to nie wampir. Naprawdę niektórzy boją się Kayl'a. O, np. nasi sąsiedzi. Chłopcy bawili się w ich ogródku (nie wiedzieliśmy o tym) i pani Stetson zobaczyła Kayl'a ze sztucznymi zębami wampira i worami pod oczami, bo całą noc przesiedział z Ox. Krzyknęła przerażona i tak oto rozpętała się burza. Dlatego musimy ich udobruchać i się pogodzić.
*Oxana*
.....
- Co za okropna baba! - zwierzała się przyjaciółce przez telefon.
- No właśnie. Jak można przestraszyć się dwulatka przebranego za wampira?!? - kpiła Molly.
- Nie wiem, ale na przykładzie mojej sąsiadki można. Poczekaj tata coś chce. - przyłożyłam telefon do piersi - Tak, tato?!
- Chcesz zagrać - mama w sklepie! - odkrzyknął z salonu na dole.
- Ok, ale za 10 min. Spoks?!
- Ta!
- Halo? - spytałam w słuchawkę.
- Jestem, jestem. W co "grać"?
- W pokera, a myślałaś, że w co gram z ojcem mordercą? - spytałam ironicznie i się zaśmiałam.
- Co?!? Na kasę?!?
- Jak mamy ochotę, ale kwota w turze nie może przekraczać ośmiu dych. Albo bez pieniędzy, na żetony z liczbami oznajmiającym ilość kasy, ale my to uznajemy za pkt. Kto zdobędzie więcej punktów ten wygrywa np. przegrany stawia mu kawę albo ciastko w piekarni i inne banalne kary.
- Ahaaa, bo myślałam, że wdajesz się w hazard z własnym ojcem... - przyznała koleżanka.
"Zabij. Ze mną będziesz bezpieczna, zabijaj ze mną... razem..." - usłyszałam znajomy głos świdrujący mi głowę. Na ramionach poczułam chłód otulających mnie rąk potwora. Poczułam się dziwnie... Straciłam nad sobą panowanie... Przed oczami miałam obraz z cieni, że mój tata całuje inną... mama płaczę, a mnie wyrzuca z domu i patrzy z pogardą na mnie i na mamę mieszkające na ulicy... Nie! Tata tak nigdy nie zrobi! Zamknęłam oczy i potrząsnęłam głową, ale do moich oczu napłynęły łzy... Zeszłam do kuchni, wzięłam nóż do ręki i ruszyłam w stronę salonu, gdy spojrzałam w lusterko spojrzałam na swoje oczy rodem Kayl'a i morderczy uśmiech jak tamten u taty... patrząc sobie w lustrze w oczy zobaczyłam jak zabarwia je na nowo jaskrawy fiolet i fala tego cudownego koloru rozpływa się po tęczówkach... Jednak gdy spojrzałam na nóż stałam się taka jak wyszłam z pokoju... Stałam tuż za tatą miałam mu właśnie wbić ostre narzędzie kuchenne w plecy, ale złapał mnie zza obandażowany nadgarstek i powiedział:
- Petrificus Lockhad! [czytaj: petrifikus lokhad]- Skamieniałam, mogłam oddychać, mówić, patrzeć, ale stałam w jednej pozie jak skała. - Czyli już się zaczęło... - zauważył jakby smutnym głosem...
Zamknęłam oczy, a, gdy je otworzyłam siedziałam na moim łóżku w swoim pokoju, a z komórki, którą trzymałam dobiegał głos Molly:
- HALO?!?!? NIE MA CIĘ JUŻ CHYBA PÓŁ GODZINY!!!!!!!!!
- Jestem, sorry, ale nagle miałam drugie połączenie od lekarza... - byłam genialna w wymyślaniu i opowiadaniu historii - każdych.
- To dobrze, ale więcej mi tak bez uprzedzenia nie rób złociutka, bo się rozłączę! - zagroziła rozgniewana, ale jakby wiedziała, że jestem zmieszana po chwili się zaśmiała, a ja po niej.
- Słuchaj, mam ci coś do powiedzenia, ale nie mów Matt'owi, proszę!!
- Ok, to, co? W kawiarence niedaleko mojej chaty?
- Ok.
- Ok.
Powiedziałam ojcu, że wychodzę i gdzie, ale on tylko westchnął i poszłam na umówione miejsce. Czekałam jakieś dwie minuty na Molly.
- To ja dojeżdżam i powinnam się spóźnić, a tu ty, która masz ulicę stąd dom muszę na ciebie czekać! Dziwne, nie?
- No, tak... To co to za tajemnica?
- Ja, ja... mam chyba jakąś klątwę. - rzuciłam łzawym głosem.
- Klątwę?!?
- W głowie słyszę czyjś głos, który namawia mnie do zabijania i ranienia innych... - rozpłakałam się.
Dalsza część rozmowy minęła na tłumaczeniu dzisiejszego wydarzenia i innych objawów wywoływanych bestią...
Postanowiłam zająć się czymś, aby odgonić myśli od potwora...
*****
No, to kolejny rozdział... Ocenę pozostawiam wam.
Pozdro, Bethany :-*
poniedziałek, 13 lipca 2015
Rozdział 2
*Vincent*
- Co się stało z Lily? - spytał podchodzącego lekarza.
- Po wstrząsie pourazowym trzeba uważać u pacjenta na szok i stres. - zauważył doktor.
- Dobrze, przepraszam. To chyba moja wina... - mruknął pod nosem.
Upłynął jakiś czas zanim dziewczyna znów otworzyła oczy, ale od razu jak to zrobiła przytuliła się do mnie.
- Yyyy... Uhh, miło cię widzieć! - odchrząknąłem.
- Vincent, nie zostawiaj mnie samej, nigdy!!! - powiedziała i mocniej mnie przytuliła, a ja zanurzyłem palce w jej blond lokach...
- Co się stało, że tak się stęskniłaś? - zapytałem uwalniając się od jej uścisku. Było mi z NIĄ tak przyjemnie, ale, no, cóż, jesteśmy w szpitalu...
- Przyśniło mi się to co stało się wtedy, gdy zostawiłeś mnie w sali... Ale wtedy nie zareagowałeś na mój krzyk i wykrwawiłam się na śmierć. - jej oczy były tak zaszklone jakby miała w tej sekundzie płakać - i tak było.
Przytuliłem i głaskałem ją po plecach. Czułem, że moje ramię robi się mokre - płakała. Jej płacz wywoływał u mnie schizę, że wydaje mi się taka bezbronna i słodka...
- Ćśśś, nie płacz. Jestem tutaj... - przestała płakać, ale nadal nie wypuszczałem jej z objęć.
Odsunęła się ode mnie i przybliżyła swoją twarz...
- Zawsze będę przy tobie. - szepnąłem i ją pocałowałem.
Oddała pocałunek...
*pół roku po tym wydarzeniu**Vincent*
Jak na razie mieszkamy z Lily w swoim własnym domu. Bardzo dobrze nam się układa. Lily przegoniła się z nauką dzięki materiałom, które wybłagałem u ojca. Może zdawać test końcowy cztery miesiące wcześniej! Póki co, mamy rutynowe życie - śniadanie, do pracy, obiad, wolne popołudnie, wieczór, kąpiel, kolacja, spać. I tak codziennie.
Lily za miesiąc zdaje egzaminy, koniec studiów!
Lily skończyła studia, tydzień po egzaminach świętowaliśmy z jej kolejnego stypendium teraz będzie szukać pracy, ale na ten moment staramy się o dziecko.
*rok później* *Lily*
Mała Oxana ma już 3 miesiące. Jest prześliczna i każdy nam mówi:
No, no, no, udało wam się to dziecko!
Jaka ładna dziewczynka! Jak ma na imię?
Bardzo się staraliście... I wyszło na dobre!
I tak dalej...
Po Oxanie widać na pewno, że ma cerę taty, oczy mamy, niską cierpliwość jak tato, a włosków jeszcze nie widać...
*Vincent*
Nasza córeczka rośnie zdrowo i radośnie, ma roczek - zaczyna uczyć się chodzić i porządnie mówić.
Teraz Ox ma 2 latka, umie, chodzić, jeść, jako - tako mówić.
Trzy latka - już bardzo ładnie wygląda. Wdała się we mnie. Ale muszę przyznać, że twarzyczkę (nie licząc cery i oczu) ma po mamusi. Te same, aksamitne purpurowo-różowe, szklane, duże oczka jak ja. Tylko włosy pozostają problemem:
SĄ CZARNE, nie fioletowe, nie blond. Ani ja ani Lily nie mamy żadnych krewnych z czarnymi włosami nie licząc mojej siostry...
Za tydzień urodziny Oxany - już piąte.
*Oxana*
Dzisiaj były moje 5-te urodziny! Było super! A tak w ogóle to zastanawiam się czasami dlaczego nie jestem podobna do rodziców, tylko oczy - do ojca, zadziorność - do matki.
*10 lat później* *Oxana*
- Dogrywka! - żądam.
- Nie, wygrałem i tyle. Przegrałaś dwie tury kieszonkowego - czyli stówę!- zarządził i się uśmiechnął. - Ok, ok. Nie biorę tej puli, ale - naucz się przegrywać, kochanie! - powiedział do mnie tata.
- O nie, Vincuś, nie mów, że znowu grasz z małą w pokera!? - jęknęła mama.
Tato do niej podszedł dał jej buziaka na przywitanie i pomógł jej rozpakowywać zakupy.
- Dlaczego poker jest taki zły? - spytałam.
- My gramy, na małą sumę, Ox, ale w prawdziwego pokera gra się na tysiące, a nawet miliardy. Ludzie popadają przez tą grę i wiele innych w nałogi hazardowe. - odpowiedział.
- A ja nie chcę, abyś w taki popadła więc nie zagłębiaj się w pokera, skarbie - i ty też Vincencie! Oxy, pamiętaj, po pierwsze nauka - dzięki wiedzy ułożysz sobie życie...
- Albo będę niedocenianym naukowcem! - skwitowałam - mówisz mi to odkąd w ogóle zaczęłam coś rozumieć!!!
- Będę ci to powtarzać jeszcze długo, aż nie zrozumiesz.
*3 miesiące później*
- Muszę wam coś powiedzieć... Jestem w ciąży! - ucieszyła się mama.
- To wspaniale! - powiedzieliśmy z tatą prawie jednocześnie.
- To dopiero drugi miesiąc...
Przez resztę ciąży mama była kapryśna, ale bardziej zadziorna i teraz było widać dlaczego tata się jej słucha... Ojciec nie wierzy w takie rzeczy jak nie pozwól zdominować się kobiecie lub to facet jest głową rodziny... On tylko mruczy coś o równoprawności i mówi, że brednie gada. Ale w sumie to prawda - mama i tata są BARDZO szczęśliwym małżeństwem. Moi rodzice są spoko, nie zaczepiają mojego chłopaka - traktują go jak kolegę. Nie robią mi nigdy obciachu - jak czegoś zapomnę nie przynoszą, ja zapomniałam, moja wina, muszę radzić sobie sama. Szczerze przyznam, że to jest bardzo dobra metoda wychowania - w końcu to ja mam wzorowe zachowanie od 3 lat!
*pół roku później*
Moi bracia mają już po miesiącu życia. Tak, BRACIA, mama urodziła bliźniaków - Mike'a i Kayla. Są słodcy... Mike ma blond włosy i niebieskie oczy - typowy człowiek, a Kayl krwisto-rudy odcień włosków i rubinowo-zielone oczka - już w stylu naszej nietypowej rodziny. Zastanawia mnie dlaczego Kayl jest rudy skoro rodzina rodziców składała się z blondynów i brunetów, a rude to tam można znaleźć tylko farbowane ciotki! W tej chwili była 04:00, sobota. Leżałam w środku nocy na łóżku i gapiłam się w sufit. Zadzwoniłam do Billa (mojego chłopaka), Matta (mojego BFF) i do Molly (kolejna BFF). Potem oglądałam telewizje. Zjadłam jogurt z owocami... 07:30 - mogę już normalnie krzątać się po domu, bo starzy wstają za 30 min. Poszłam do moich braci. Mike próbował chyba rozerwać wstążkę na pół, a Kayl wyrwać mi włosy. Kayl zaczął cichutko stękać - miał zaraz ryczeć. Wzięłam go na ręce i chodziłam w te i we wte. Gdy się uspokoił dałam mu jeść (wiedziałam, że mama karmi ich zaraz po wstaniu). Mike chyba też był głodny, bo podczas, gdy Kayl jadł ja zajrzałam do Mike'a - ssał swoją pięść. Jego też nakarmiłam. Później zasnęli. Poprzez zaopiekowanie się nimi dałam rodzicom trochę dłużej pospać... Już po godzinie maluchy zaczęły się drzeć. Zdążyłam bardzo szybko je uspokoić zanim ich obudziły. Nuciłam im jakąś melodię, którą graliśmy na muzyce. Z powrotem usnęły. Wiedziałam, że niemowlęta są zmienne więc jeszcze przez 10 minut siedziałam z nimi w pokoju. Następnie wróciłam do komputera, grałam, czatowałam, próbowałam napisać wiersz, piosenkę czy coś, a nawet bawiłam się w paintcie. Ściągnęłam parę fajnych obrazków i oglądałam YouTube'a. Po trzech godzinach dzieciaki znów zaczęły się drzeć.
Ok, już chyba dosyć się wyspali. To chyba ich dzieci nie moje, więc dlaczego JA mam je niańczyć? - pomyślałam. Wzięłam chłopców na ręce, poszłam do sypialni rodziców, obudziłam tatę i powiedziałam:
- To ty zrobiłeś te dzieci więc teraz ty się nimi zajmuj.
- Dobrze, dobrze.
Tata wstał, był tylko w bokserkach. Przez cały brzuch przebiegała ciemno-różowa linia. To musi być ten ślad... Musiało boleć... Zmarszczyłam brwi i przypatrywałam się torsowi mojego ojca. On patrzył się na mnie zmieszany.
- Idź do pokoju. - powiedział bez uczuć.
Pokiwałam głową i ruszyłam w stronę schodów. Na górze nie miałam nic innego do roboty jak uczenie się. Właściwie nauka przychodziła mi łatwo, ale nie okazywałam tego tak, żeby nie pomyśleli, że jestem kujonem. Mimo tej niepasującej umiejętności ubieram się przeważnie tak:
Ale Lily mnie namówiła i teraz ubieram się tak:
Powiedziała też żebym zaczęła nosić sukienki...
A, i moje włosy WYGLĄDAŁY tak:
Rozwiązała się tajemnica po kim mam włosy... Po tacie... 2 miesiące temu zaczęły same zmieniać kolor!!!
No, a obecnie, gdy w piątek szykowałam się do szkoły, wyprostowałam sobie włosy i uczesałam. I dopiero po tych wszystkich zabiegach spojrzałam w lustro... W piątek rano to co miałam na głowie wyglądało tak!!!!!
JA KIEDYŚ MIAŁAM CZARNE WŁOSY!!!!!
Mój tata się ucieszył, bo był dumny, że to po nim odziedziczyłam włosy, ale dlaczego dopiero po 15 latach same się zafarbowały?!?!?!?! Z powodu włosów nie byłam w piątek w szkole...
- No, no, no! Kiedy ty żeś zafarbowała te kłaki?!?! - pyta zdziwiony Matt.
- Ale ja nic nie zrobiłam... One same zaczęły się zmieniać...
- O, patrz. Idzie kolejna wspaniałomyślna! - powiedział wskazując na Molly.
Jej głowa wyglądała tak:
- No, to nici! Ciebie, Ox, nic przebije! - powiedziała do mnie z uśmiechem.
- Ha, ha, ha! Ale to nie moja wina! One same się zafarbowały!!! - krzyczałam poirytowana.
- Spokój! Przynajmniej wiemy z kim cię kojarzyć... - powiedział Matt.
- Co? - zdziwiłam się.
- Nie macie telewizji, czy, co? W wiadomościach jest głośno o napadnięciu sprzed 8-iu lat. Zabito małą dziewczynkę i napadnięto dotkliwie chłopca. Mówili, że w chwili obecnej powinien mieć około ponad 35 lat... A znakiem rozpoznawczym tego chłopca były fioletowe włosy... - mówiła z przykrością Molly...
Na początku chciałam płakać, ale zacisnęłam powieki i rozgniewana spytałam:
- Czy mówili coś jeszcze?
- Że ma nastoletnią córkę i dwójkę małych dzieci - nie znają płci.
- To się dowiedzą!!! Bliźniacy! Chłopcy! Pasuje?!?! Uzupełnijcie teraz sobie te kurewskie akta i wyślijcie do tych cholernych mediów!!!!
- Oxy, uspokój się. Oddychaj. - Uspokajał ją Matt.
- Mam nadzieję, że chociaż te włosy poprawią mi jutro humor...
Następnego dnia, rano nie miałam siły prostować do końca włosów. Spojrzałam w lustro... JEST!!! NIE SĄ CZARNE, ALE SĄ MNIEJ RÓŻOWE!!!
*Vincent*
Szedłem ulicą, gdy nagle dziewczyna o niebieskich włosach porwała mnie do ciemnej uliczki.
- Albo gadasz, albo giniesz. Co wybierasz? - zapytała.
- Ani jedno ani drugie. Może partyjka w pokera? Dla odmiany. Wygrywam - żyję, przegrywam możesz mnie zabić lub zażądać informacji. Stoi? - postawiłem warunek kobiecie.
- Może być, gnojku. - Wysłała mi mordercze i wściekłe spojrzenie, a ja tylko się uśmiechnąłem.
Pociągnęła mnie za nadgarstek do jakiegoś kasyna i wypożyczyła stolik z kartami. Przyjrzałem się jej - była nawet, ładna, gdyby nie to, że chciała mnie zabić i to, że mam trójkę dzieci.
-Tasujesz.
- O nie, Vincuś, nie mów, że znowu grasz z małą w pokera!? - jęknęła mama.
Tato do niej podszedł dał jej buziaka na przywitanie i pomógł jej rozpakowywać zakupy.
- Dlaczego poker jest taki zły? - spytałam.
- My gramy, na małą sumę, Ox, ale w prawdziwego pokera gra się na tysiące, a nawet miliardy. Ludzie popadają przez tą grę i wiele innych w nałogi hazardowe. - odpowiedział.
- A ja nie chcę, abyś w taki popadła więc nie zagłębiaj się w pokera, skarbie - i ty też Vincencie! Oxy, pamiętaj, po pierwsze nauka - dzięki wiedzy ułożysz sobie życie...
- Albo będę niedocenianym naukowcem! - skwitowałam - mówisz mi to odkąd w ogóle zaczęłam coś rozumieć!!!
- Będę ci to powtarzać jeszcze długo, aż nie zrozumiesz.
*3 miesiące później*
- Muszę wam coś powiedzieć... Jestem w ciąży! - ucieszyła się mama.
- To wspaniale! - powiedzieliśmy z tatą prawie jednocześnie.
- To dopiero drugi miesiąc...
Przez resztę ciąży mama była kapryśna, ale bardziej zadziorna i teraz było widać dlaczego tata się jej słucha... Ojciec nie wierzy w takie rzeczy jak nie pozwól zdominować się kobiecie lub to facet jest głową rodziny... On tylko mruczy coś o równoprawności i mówi, że brednie gada. Ale w sumie to prawda - mama i tata są BARDZO szczęśliwym małżeństwem. Moi rodzice są spoko, nie zaczepiają mojego chłopaka - traktują go jak kolegę. Nie robią mi nigdy obciachu - jak czegoś zapomnę nie przynoszą, ja zapomniałam, moja wina, muszę radzić sobie sama. Szczerze przyznam, że to jest bardzo dobra metoda wychowania - w końcu to ja mam wzorowe zachowanie od 3 lat!
*pół roku później*
Moi bracia mają już po miesiącu życia. Tak, BRACIA, mama urodziła bliźniaków - Mike'a i Kayla. Są słodcy... Mike ma blond włosy i niebieskie oczy - typowy człowiek, a Kayl krwisto-rudy odcień włosków i rubinowo-zielone oczka - już w stylu naszej nietypowej rodziny. Zastanawia mnie dlaczego Kayl jest rudy skoro rodzina rodziców składała się z blondynów i brunetów, a rude to tam można znaleźć tylko farbowane ciotki! W tej chwili była 04:00, sobota. Leżałam w środku nocy na łóżku i gapiłam się w sufit. Zadzwoniłam do Billa (mojego chłopaka), Matta (mojego BFF) i do Molly (kolejna BFF). Potem oglądałam telewizje. Zjadłam jogurt z owocami... 07:30 - mogę już normalnie krzątać się po domu, bo starzy wstają za 30 min. Poszłam do moich braci. Mike próbował chyba rozerwać wstążkę na pół, a Kayl wyrwać mi włosy. Kayl zaczął cichutko stękać - miał zaraz ryczeć. Wzięłam go na ręce i chodziłam w te i we wte. Gdy się uspokoił dałam mu jeść (wiedziałam, że mama karmi ich zaraz po wstaniu). Mike chyba też był głodny, bo podczas, gdy Kayl jadł ja zajrzałam do Mike'a - ssał swoją pięść. Jego też nakarmiłam. Później zasnęli. Poprzez zaopiekowanie się nimi dałam rodzicom trochę dłużej pospać... Już po godzinie maluchy zaczęły się drzeć. Zdążyłam bardzo szybko je uspokoić zanim ich obudziły. Nuciłam im jakąś melodię, którą graliśmy na muzyce. Z powrotem usnęły. Wiedziałam, że niemowlęta są zmienne więc jeszcze przez 10 minut siedziałam z nimi w pokoju. Następnie wróciłam do komputera, grałam, czatowałam, próbowałam napisać wiersz, piosenkę czy coś, a nawet bawiłam się w paintcie. Ściągnęłam parę fajnych obrazków i oglądałam YouTube'a. Po trzech godzinach dzieciaki znów zaczęły się drzeć.
Ok, już chyba dosyć się wyspali. To chyba ich dzieci nie moje, więc dlaczego JA mam je niańczyć? - pomyślałam. Wzięłam chłopców na ręce, poszłam do sypialni rodziców, obudziłam tatę i powiedziałam:
- To ty zrobiłeś te dzieci więc teraz ty się nimi zajmuj.
- Dobrze, dobrze.
Tata wstał, był tylko w bokserkach. Przez cały brzuch przebiegała ciemno-różowa linia. To musi być ten ślad... Musiało boleć... Zmarszczyłam brwi i przypatrywałam się torsowi mojego ojca. On patrzył się na mnie zmieszany.
- Idź do pokoju. - powiedział bez uczuć.
Pokiwałam głową i ruszyłam w stronę schodów. Na górze nie miałam nic innego do roboty jak uczenie się. Właściwie nauka przychodziła mi łatwo, ale nie okazywałam tego tak, żeby nie pomyśleli, że jestem kujonem. Mimo tej niepasującej umiejętności ubieram się przeważnie tak:
Ale Lily mnie namówiła i teraz ubieram się tak:
Powiedziała też żebym zaczęła nosić sukienki...
A, i moje włosy WYGLĄDAŁY tak:
Rozwiązała się tajemnica po kim mam włosy... Po tacie... 2 miesiące temu zaczęły same zmieniać kolor!!!
No, a obecnie, gdy w piątek szykowałam się do szkoły, wyprostowałam sobie włosy i uczesałam. I dopiero po tych wszystkich zabiegach spojrzałam w lustro... W piątek rano to co miałam na głowie wyglądało tak!!!!!
Mój tata się ucieszył, bo był dumny, że to po nim odziedziczyłam włosy, ale dlaczego dopiero po 15 latach same się zafarbowały?!?!?!?! Z powodu włosów nie byłam w piątek w szkole...
- No, no, no! Kiedy ty żeś zafarbowała te kłaki?!?! - pyta zdziwiony Matt.
- Ale ja nic nie zrobiłam... One same zaczęły się zmieniać...
- O, patrz. Idzie kolejna wspaniałomyślna! - powiedział wskazując na Molly.
Jej głowa wyglądała tak:
- No, to nici! Ciebie, Ox, nic przebije! - powiedziała do mnie z uśmiechem.
- Ha, ha, ha! Ale to nie moja wina! One same się zafarbowały!!! - krzyczałam poirytowana.
- Spokój! Przynajmniej wiemy z kim cię kojarzyć... - powiedział Matt.
- Co? - zdziwiłam się.
- Nie macie telewizji, czy, co? W wiadomościach jest głośno o napadnięciu sprzed 8-iu lat. Zabito małą dziewczynkę i napadnięto dotkliwie chłopca. Mówili, że w chwili obecnej powinien mieć około ponad 35 lat... A znakiem rozpoznawczym tego chłopca były fioletowe włosy... - mówiła z przykrością Molly...
Na początku chciałam płakać, ale zacisnęłam powieki i rozgniewana spytałam:
- Czy mówili coś jeszcze?
- Że ma nastoletnią córkę i dwójkę małych dzieci - nie znają płci.
- To się dowiedzą!!! Bliźniacy! Chłopcy! Pasuje?!?! Uzupełnijcie teraz sobie te kurewskie akta i wyślijcie do tych cholernych mediów!!!!
- Oxy, uspokój się. Oddychaj. - Uspokajał ją Matt.
- Mam nadzieję, że chociaż te włosy poprawią mi jutro humor...
Następnego dnia, rano nie miałam siły prostować do końca włosów. Spojrzałam w lustro... JEST!!! NIE SĄ CZARNE, ALE SĄ MNIEJ RÓŻOWE!!!
*Vincent*
Szedłem ulicą, gdy nagle dziewczyna o niebieskich włosach porwała mnie do ciemnej uliczki.
- Albo gadasz, albo giniesz. Co wybierasz? - zapytała.
- Ani jedno ani drugie. Może partyjka w pokera? Dla odmiany. Wygrywam - żyję, przegrywam możesz mnie zabić lub zażądać informacji. Stoi? - postawiłem warunek kobiecie.
- Może być, gnojku. - Wysłała mi mordercze i wściekłe spojrzenie, a ja tylko się uśmiechnąłem.
Pociągnęła mnie za nadgarstek do jakiegoś kasyna i wypożyczyła stolik z kartami. Przyjrzałem się jej - była nawet, ładna, gdyby nie to, że chciała mnie zabić i to, że mam trójkę dzieci.
-Tasujesz.
Po dość krótkiej grze wygrałem.
- Dobra, wygrałeś skurwysynie. Czego chcesz oprócz zachowania życia? - obrzuciła go niechętnym spojrzeniem.
- Czego od nas chcesz? A, i masz zostawić moją rodzinę w spokoju!
- Tak, ta prośba była przewidywalna. - zakpiła i zaczęła się śmiać.
- Gadaj! Była umowa!
- Ok, ok. Nie wkurwiaj się ćpunie! Chciałam cię spytać czy to naprawdę ty... Pochodzę z niedalekiej przyszłości. Jestem Night [czytaj: najt], twoja kuzynka. - podała mi dłoń - Za 8 miesięcy dowiesz się kim są dresiarze, którzy zabili twoją siostrę. Po wspomnieniu tamtej nocy obudzi się w tobie żądza zemsty. Zamordujesz ich - nikt nie będzie o tym wiedział. Potem będziesz wiedział, że kolejni podejrzani przesiadują we freddy fazbear pizza, spotkasz tam radosne dzieciaki pracując na dziennej zmianie. Pracujesz tam po to by pilnować bandziorów. Jesteś na dziennej zmianie opiekując się dzieciakami i na nocnej uważając na włączone animatroniki. Zacząłeś twierdzić, że jeżeli ty nie możesz mieć siostry to nikt nie może... Po trzech morderstwach przestałeś brzydzić się krwi. Zacząłeś zabijać tak po prostu więc używałeś do tego jednego z kostiumów w restauracji. To strój springtrapa - strój i jednocześnie animatronik.
- Dlaczego? Co? Ale ja nic nie rozumiem! Jak to "ja"?!?
- Nie musisz rozumieć - ja cię tylko ostrzegam. - dziewczyna zaczęła wibrować jak dotknięty hologram.
- Co ci...? - spytałem i zmarszczyłem brwi.
- Muszę już iść! Pamiętaj co powiedziałam! - przypomniała na odchodne i zniknęła...
Po powrocie do domu opowiedziałem żonie o tym co mi się przydarzyło, a ta nie dowierzała, że JA mógłbym kogoś uderzyć, a co dopiero zabić. Moja córka uwierzyła mi trochę bardziej...
- Tato! Mogę ci uwierzyć, ale czy jest taka potrzeba? Naprawdę, jaki masz w tym cel? Tatku, wierzę ci, lecz nie chcę abyś taki był...
- Córeczko... - przytulił mnie i pocałował w czoło - ja też nie chcę, ale to może być prawda...
Oxanie zaszkliły się oczy i mocniej przytuliła się do mnie. Pogłaskałem ją po włosach. Nie chciałem wierzyć w to co powiedziała Night, nie miałem innego wyboru niż jednak uwierzyć...
*10 miesięcy później* *Oxana*
Po szkole byłam w kawiarence z przyjaciółmi. Opowiadałam im o tej historii z morderstwami. Rozryczałam się, a oni mnie pocieszali. Bo... bo to... to wszystko... była prawda... mój ojciec zamordował już czwórkę dzieci... czterech dorosłych... łącznie osiem ofiar... ma jeszcze tylko jedną ofiarę na oku, potem już chyba wpadnie w depresję (którą już ma, ale chyba w gorszą niż teraz). Płacze nocami (ojciec nie ja, chociaż czasem ja też), zamyka się w gabinecie za dnia i bierze kilogramy prochów, a na dodatek ja z mamą płaczemy, gdy wychodzi z pokoju, bo wtedy czasem nas bije i wychodzi tylko po to, by kogoś zabić... dosłownie... Właśnie wychodziłam z rozmazanym makijażem na deszcz, a za mną szli moi przyjaciele...
Nie zauważyłam nawet kiedy znaleźliśmy się pod moim domem, a za mną szedł tylko Matt... Stanęłam na środku chodnika (była 23:43), klęczałam i płakałam. Podszedł do mnie Matt i położył mi rękę na ramieniu.
- Proszę, nie płacz, bo mi też się na łzy zbiera... Ox, kochana, wszystko jest do kitu - jak to w życiu, ale nie trać optymizmu... - powiedział z niewinną miną chłopak.
- Nie pocieszaj mnie, bo nic nie jest w stanie poprawić mi humoru... - wyznałam pochlipując z czerwonymi od płaczu oczami.
Wstałam, spojrzałam mu prosto w oczy i dopiero teraz zauważyłam, że mają kolor tak aksamitnego błękitu...
- Nawet to...? - spytał zawadiacko się uśmiechając.
Po chwili namiętnie mnie pocałował...
Od razu oddałam pocałunek, całowaliśmy się chyba z minutę, albo mi się tak po prostu zdaje... Po tym przez moment staliśmy patrząc sobie w oczy. Gdy byliśmy na klatce usiadłam na schodach i ukryłam twarz w dłoniach.
- Nie martw się za ojca, do jutra! - pożegnał się, pocałował jeszcze raz i wyszedł.
Przez jakiś czas siedziałam jeszcze w bezruchu, a potem weszłam na górę, do mieszkania.
Myślałam nad tym jak zerwę z Bill'em... Bo przecież nie mogę chodzić z Bill'em jednocześnie czując na ustach smak Matt'a. Zadzwoniłam do niego (Bill'a nie Matt'a), powiedział, że nie byłam go warta i byłam zwykłą dziwką. Jego słowa nieco mnie zabolały, ale już się dla mnie nie liczył...
*****
W tym rozdziale było dużo obrazków i zwrot akcji. Dziękuję za luknięcie.
Pozdro, Betha
wtorek, 7 lipca 2015
Rozdział 1
Usunęłam moje poprzednie dwa blogi, bo prowadziłam ich, aż trzy - zostawiłam najważniejszy i zakładam ten :-) Przypominam, że akcja dzieje się w USA.
*****
Rozdział 1
*Lily*
Mam na imię Lily, chodzę na studia z medycyny - głównie rozkrajmy tam różne organizmy i je badamy, ale, że jestem wzorową uczennicą to uczęszczam na praktyki - jestem asystentką Dr. Brigdes'a [czytaj: bridżysa]. Zajmuję się takimi sprawami jak skręcenie kostki, złamania, nie poważne rany itd. Jako, że wykazuję wzorową poprawność dostaję nie tylko stypendia, ale i 800 dolarów tygodniowo, więc zarabiam chyba przeciętnie... Mieszkanie wynajmuję u przyjaciółki, ma bliźniaka, w którym była wolna jedna połowa... płacę 200 na miesiąc i ona jeszcze opłaca rachunki! Jaka ona kochana! Nie wiem co bym bez niej zrobiła!
Następnego dnia pierwsze były zajęcia z prof. Whime'm. Gdy każdy wszedł do sali gapił się w stronę biurka profesora Whime'a [czytaj: łajma]... Przy jego biurku siedział dziwny, młody chłopak. Przez chwilę się na niego patrzyłam i stałam w przejściu, starałam się zrozumieć dlaczego ma tę cholerne fioletowe oczy i włosy...?! Cera była lekko opalona, ale nie, aż tak... Poczułam pchnięcie od strony lewego ramienia.
- Hej, zakochałaś się? Siadaj, zaczyna się lekcja! - powiedziała jak zawsze z bananem na twarzy Auriana.
- Nie, nie, ja tylko... - wymruczałam pod nosem i podążyłam za przyjaciółką, aby usiąść.
- Jak by co, to jest syn Whime'a. Dzisiaj będzie pomagał ojcu, ale Whime się spóźni - Vincent poprowadzi chwilę lekcje... Wiesz, że jest w naszym wieku? - jak zwykle, Auriana ma w zanadrzu wszystkie przydatne informacje...
- Vincent. Ładne imię. A ile spóźni się Whime?
- Przyjdzie w połowie lekcji, a co, nie podoba ci się Vinc?
- Nie, nie, tak z ciekawości tylko pyt... - nie dokończyłam, bo Vincent do mnie podszedł, chwycił za podbródek, uniósł go do góry bym patrzyła mu w oczy.
- O czym tak rozmawiasz, panno Care? [czytaj:ker]
Lekko się zarumieniłam, chciałam spuścić głowę, ale Vincent miał rękę z betonu, chyba nikt nie widział mojej próby siłowania z nim.
- Patrzenie w swoje buty nic ci nie da, panno Care. Jeżeli będę chciał i tak cię usłyszę, i tak zobaczę twoją twarz. - powiedział, uśmiechnął się chytro i powoli puścił mój podbródek.
Odwrócił się i chodził po sali coś tłumacząc, Auriana gapiła się na mnie jak wryta. Spuściłam głowę - Vincent, jak by miał oczy na plecach odchrząknął głośno, kątem oka spoglądając na mnie, tak się przeraziłam że przez następne 20 minut bałam się mrugnąć lub pochylić nad zeszytem, aby zapisać notatkę... Wreszcie do sali wkroczył Whime! Hurra! Po raz pierwszy tak się cieszyłam na ten widok!
- Vynt, musisz poprowadzić lekcje przez cały dzień. Rozprawa się przedłużyła, musisz następnym razem ze mną pójść! Jesteś ofiarą i świadkiem, jak możesz nie być na rozprawie?!? - zganił syna Whime.
- Cicho, staruchu! - powiedział z uśmiechem. Whime też się roześmiał.
- Do widzenia. - powiedział profesor wychodząc.
Patrzyłam z lekkim strachem na Vincenta, który kreślił coś białą kredą. Starałam się tego nie okazywać, ale naprawdę zaniepokoiły mnie słowa Whime'a. Patrzyłam tylko z lekkim strachem i zdziwieniem na Vinca, nie rozumiejąc co mówi, ani nie umiejąc rozróżnić wzorów na tablicy... byłam zdenerwowana. Dlaczego innych nie poruszyły słowa wykładowcy? Co się stało z Vincentem, że ma rozprawę? Nauczyciel mówił, że był ofiarą, tak? Szkoda mi go, ale co się stało? Z rozmyślań wyrwał mnie zmieszany głos Auriany:
- Nad czym się tak zastanawiasz? Czytaj z tablicy! Szybko! Vincent będzie cię zaraz pytać!
Kiedy Vincent do mnie dotarł spytał o coś, znałam odpowiedź, ale zamiast jej powiedziałam;
- Przepraszam, ale nie rozumiem tego tematu. Czy mógłby... eeee, pan mi go wytłumaczyć po zajęciach? - ta sprawa z sądem nie dawała mi spokoju, musiałam go o to spytać!
Cała klasa wydała z siebie jęk typu: Co?!?! Czy ja jestem w równoległym świecie?!?! Oczywiście znałam tego powody; ja, wszystkowiedząca, Lily, proszę o korki! Cóż, cuda się zdarzają...
Po lekcji zostałam w klasie, pod koniec zajęć skupiłam się na Aurianie, więc nie widziałam nigdzie Vinca. Korzystając z tego, że po lekcjach nauczyciele rozmawiają z nami jak równy z równym, usiadłam na krańcu biurka i zamknęłam oczy. Nagle usłyszałam znajomy głos i czyjś ciepły oddech na szyi...
- Cześć, jednak nie kłamałaś...
Szybko otworzyłam oczy i po swojej prawej stronie ujrzałam Vincenta podpartego o biurko. Byłam wyżej ze względu na to, że ja siedziałam na biurku, a on się o nie tylko opierał, czułam się z tym dziwnie. Gdy zeskoczyłam z biurka zauważyłam, że Vincent jest zaledwie o 2-3 cm wyższy.
- Której części tematu nie rozumiałaś? - spytał.
- Tematu...? Aaaa, tak... Yyyy, bo ja... no, chciałam cię spytać... o co cho, chodzi z tym sądem? - zapytałam niewinnie jąkając się.
- Ach! Mogłem się domyślić! Do widzenia! - zdenerwował się i wyszedł.
Ja stałam w bezruchu, gdy nagle poczułam ogromny ból w okolicy prawego barku - myślałam, że to coś w stylu dostałam mrówek czy coś... ale kiedy się obejrzałam zobaczyłam krew... krzyknęłam... Potem pamiętam tylko upadek na podłogę i czyjeś nerwowe, szybkie kroki...
*Vincent*
Usłyszałem krzyk dochodzący z sali lekcyjnej, w której zostawiłem Lily. Myślałem, że to coś w stylu; Ja go kocham! Dlaczego mnie zostawił?!? Ale w chwili dotarcia do moich uszu dźwięku uderzania głowy o podłogę pobiegłem do klasy najszybciej jak mogłem. Serce mi stanęło... Zobaczyłem Lily w kałuży krwi z wielką raną od tyłu na prawym ramieniu... W jej nogach leżał nóż... nie mogła sama się tak poranić, rana byłaby płytsza i bardziej wykrzywiona na północ, a nie prosta... Nagle spojrzałem na nią pod innym kątem. Poczułem się dziwnie... Jakby skrzywdzono kogoś, kto był mi bliski... Wziąłem ją na ręce i powiedziałem Aurianie, która stała w drzwiach żeby zadzwoniła na pogotowie. Byli ulicę z tąd - po trzech minutach byli pod szkołą. Położyłem ją na noszach i pojechałem z nią do szpitala - skłamałem, że jestem jej chłopakiem - i zadzwoniłem do jej rodziców, żeby wiedzieli, że jest w szpitalu. Nagle Lily wydała mi się taka krucha i bezradna... Miałem ochotę pogładzić jej włosy, pocałować ją w czoło i myśleć, że wszystko będzie dobrze. Po chwili w szpitalu byli rodzice Lily. Zdziwili się na mój widok: siedziałem przy jej łóżku, wyglądałem pewnie na mega zdenerwowanego, trzymałem jej rękę z nadzieją patrząc na kamienną twarz dziewczyny...
- Dziękujemy ci Vincent! Gdyby nie ty, nasza córka już dawno straciłaby życie! - mówiła matka Lily.
Słuchałem jej nadal wpatrując się w jej twarz i ściskając rękę. Kiedy tak myślałem co o niej sądzę, rozglądałem się po sali - większość ludzi przechodzących obok patrzyło się na mnie - to na nią. Poczułem ja moją dłoń coś ściska, na początku się tym nie przejąłem, ale, gdy popatrzyłem na Lily moje serce zaczęło szybciej bić! Obudziła się! Byłem tak szczęśliwy, że nie wiem co! W sumie, to nie wiedziałem dlaczego, ponieważ była tylko uczennicą... Ale chyba coś do niej czułem... Pobiegłem po lekarza, zbadał ranę na plecach Lily...
- Za dwa tygodnie rana się zagoi do stanu powrotu do domu. Na szczęście nóż nie porysował kości ani nie trafił w czułe miejsce barku...
Usiadłem z powrotem na krześle i ukryłem twarz w dłoniach... Poczułem czyjś ciepły dotyk na ręku. Lily pocierała swoją dłonią od nadgarstka do łokcia...
- Wszystko ze mną dobrze... - powiedziała.
- Tak, ale to moja wina! Gdybym nie wyszedł z pokoju nikt by nie przyszedł, a nawet jeśli to bym mu przypierdolił! To przeze mnie tu leżysz! Przepraszam... - powiedziałem przez łzy. Wyszedłem z sali. Poszedłem przed recepcje. Zastanawiałem się czy nie zostać, ale po tym co jej wyznałem wyszedłem ze szpitala. Wróciłem do domu autobusem. Nie mogłem zasnąć, bo myślałem o Lily....
*Lily*
Leżałam na łóżku szpitalnym i gapiłam się jak wryta w sufit. Nie mogłam zapomnieć o tym co powiedział Vincent... Zasnęłam, ale obudziłam się już po godzinie... Około 09:00 odwiedzili mnie rodzice, którzy przynieśli prezenty, posiedzieli, pogadali ze mną. Starałam się wyglądać na szczęśliwą. Jedyną rzeczą, na którą miałam ochotę to porozmawiać z Vincem... 11:00 - przychodzi Auriana i prof. Whime... Od 14:00 byłam sama. Zajęłam się jakimiś pierdołami jak uczenie się itd. Od 16:00 do 20:00 chyba na okrągło była przy mnie pielęgniarka albo lekarz i co chwila faszerowali mnie czymś, zmieniali kroplówkę, albo patrzyli ranę na plecach...
21:00 - czekałam, nie byłam zmęczona, czekałam - może na Vincenta? Ale na kogoś na pewno, bo za każdym odgłosem otwierania/zamykania drzwi miałam cichą nadzieje, że ktoś do mnie podejdzie...
Zauważyłam w drzwiach znajomą (fioletową!) sylwetkę. Chłopak podszedł do mnie, złapał mnie za rękę i powiedział:
- Dla ciebie teraz zrobię wszystko, ale za to, że zostawiłem cię wtedy nigdy sobie nie podaruję. Twój krzyk śni mi się co noc - dodał w myślach...
- Dawno ci to wybaczyłam to nie twoja wina, ale... Wyjaśnisz o co chodzi z sądem? - spytałam nieśmiało z chytrym uśmieszkiem.
- Jesteś nieustępliwa i uparta! Ale dla ciebie... Miałem młodszą siostrę, była w wieku 7-8 lat. Szedłem z nią ulicą, było ciemno. Uczyłem ją wspinania się na dachy, w młodości byłem złodziejaszkiem i łobuzem... żeby zrobić na złość ojcu, który pił... Szliśmy tą ulicą i zobaczyłem jakieś cienie, kazałem małej wskoczyć na dach... Chciałem okraść tych ludzi, ale nie okazali się amatorami... Jeden wziął nóż i mój brzuch przecięła gruba, ciemnoczerwona linia krwi. Ryczałem i zwijałem się z bólu na chodniku, więc zatkali mi dziób gazą... Zobaczyłem, że idą w stronę, gdzie czmychnęła moja siostra... Po chwili wyszli cali upaprani krwią, wyjęli mi gazę z ust i zostawili. Doczołgałem się do miejsca gdzie leżała moja martwa siostra z poderżniętym gardłem, jej głowa była odchylona do tyłu przez co ten widok przyprawiał mnie o jeszcze większe dreszcze, a jej głowa wyglądała jakby miała się oderwać... Zasnąłem oparty na zwłokach mojej malutkiej Jany... [czytaj: dżejny]Później jakaś kobieta mnie znalazła i odprowadziła do domu, bo nie miałem siły robić tego sam. Co myśli kobieta, która znajduje 14 latka śpiącego na swojej martwej 8 letniej siostrze, która została zabita przez dresiarzy...? - schował twarz w dłoniach, ale nie płakał, tylko westchnął i spojrzał na mnie.
- Ci bandyci, którzy zabili moją siostrę dopiero po 8-iu latach zostali złapani... Po zabiciu mojej siostry odchodzili z uśmiechami i satysfakcją. Jestem ciekaw jak można zabijać dla zabawy?
- Nie wiem, ale chyba można, skoro oni to zro... - mówiłam coraz większym szeptem... Potem cały świat mi zgasnął....
*****
Podobało się? Niby takie krótkie, ale ile godzin, ja to pisałam. Wydaje się, że trzeba pisać tylko krótkie rozdzialiki, ale tak na prawdę to ciężki kawałek chleba...
Pozdro, Bethany
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























