niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 11

Kontynuuję tę pikantną historię. Spoiler:
Będzie chyba sytuacja jak w Violettcie (której nie lubię) xd. Thomas czy Leon?
Rick czy Bonnie?
Nie wiem co napisać!!!
*****
*Oxanne*
- Bo-bonnie, wy-wystarczy... - wydukałam. Zmusiłam się aby wziąć rękę z jego pleców. Odnalazłam nią jego twarz i pogładziłam go po wargach. Zrozumiał. Odsunął się nieznacznie, ale nadal trzymał mnie w ramionach. Spojrzał na mojego ojca z chytrym uśmieszkiem. Ja spojrzałam na rodziciela przepraszającym wzrokiem. Ojciec natychmiastowo się wycofując zamknął za sobą drzwi. Nic nie powiedział, nie skomentował. Opadłam na łóżko, a Bonnie obok mnie.
- Potrafisz robić niezłe szopki. - mruknęłam masując lekko obolałą szyję.
- A ty potrafisz szybko wczuwać się w rolę. - dogryzał mi.
- Dzięki. - odburknęłam. - Do czego ci to było tak w ogóle?
- Do niczego. Lubię denerwować dorosłych, a szczególnie rodziców, bo sam nie miałem szansy tego robić... - po tej odpowiedzi na nowo zrobiło mi się go żal. Uśmiechnęłam się do niego.
- Nie martw się... Będzie lepiej... - pocieszałam go patrząc na niego. Przypominał mi starszego Kayl'a. Mam nadzieję, że mój brat w przyszłości też będzie taki przystojny... Szczerze to był nawet przystojniejszy od Ricka, którego nie widziałam już od jakiegoś czasu...
- Dziękuję. - zaśmiał się.
- Za co?
- Za to, że tak o mnie myślisz. - zaczerwieniłam się. Przecież nie próbowałam czytać jego myśli.
- To nie to, co myślisz. Gdy byłem malutki, miałem wypadek samochodowy... - zaczął, a ja się zmartwiłam. - Abym przeżył przelano mi krew jakiejś dziewczynki... - wiedziałam do czego zmierzał. Jak miałam z 5 lat pobrali mi krew dla jakiegoś chłopczyka, bo miałam bardzo zdrową krew i przypadkiem tej samej grupy... - Zapewne już domyślasz się o czym mówię... - wziął mnie za rękę.
- We mnie płynie twoja krew. - powiedział to stanowczo, acz łagodnie.
- Wiem. I cieszę, się, że mogłam ci ją dać. - wyszeptałam i się do niego uśmiechnęłam.
- Myślałem, że mnie znienawidzisz... Traktowałem cię jak moją własność... A tak naprawdę to ja jestem twoją własnością...
- Nie mów tak. Każdy na barkach taszczy wyłącznie własne życie! Nie obrzucaj mnie tą odpowiedzialnością! - oboje się zaśmialiśmy, a jemu wyraźnie ulżyło. Nagle do mojego pokoju wkroczyła matka z miną, jakby spodziewała się horroru, a my stanęliśmy na równe nogi nadal trzymając się za ręcę. Mama widząc spokój i normalność spojrzała na mnie dziwnie.
- Skoro tu nic się nie dzieje to twojemu ojcu wraca odpał. - zauważyła wbijając wzrok w nasze splecione dłonie. - Tak, więc, pa, dzieci! - zawołała i promiennie się uśmiechnęła.
- Twoi rodzice na pewno są po ślubie, bo mi wyglądają na rozpadającą się parę od tygodnia.
- Przestań! - szturchnęłam go lekko w bok.
- Chcesz iść do reszty?
- W sumie... Dawno ich nie widziałam...
- To chodź! - powiedział i nim zdążyłam zaprotestować wziął mnie na ręce, i wyskoczył przez okno.
- Rick miał rację. Jesteś lekksza od piórka mruknął niosąc mnie przez podwórko, a ja czerwieniłam się przed zdziwionymi sąsiadami. Gdy wchodziliśmy na chodnik nachyliłam się i szepnęłam:
- Możesz mnie już postawić.
- Mogę?
- Tak, w zupełności. - myślałam, że mnie postawi, ale on się zaśmiał.
- Skoro mogę, to nie muszę. - cicho jęknęłam i dałam się mu nieść.
- Innym powiemy, że skręciłam kostkę, ok?
- Ok.
Więcej żadne się nie odezwało. Tylko leżałam w jego ramionach i przytulałam się do jego torsu. Kątem oka dostrzegłam Molly z Matt'em, mieli rozdziawione buzie, a ja im pokazałam język.
- Coś się stało? - szepnął.
- Nie, nic. - dałam mu buziaka w usta i popatrzyłam z ukosa na przyjaciół, którzy jeszcze bardziej się zdziwili niż on.
Gdy docieraliśmy do hotelu rozluźniliśmy uścisk, a ja przybrałam minę obrażonej, gdy weszliśmy do ich salonu. Byli tam wszyscy. Tylko Rick był nieobecny. Odetchnęłam z ulgą. Chyba nie przyjdę na nocną zmianę z powodu "skręconej" kostki.
- Co jej się stało?! - wykrzyknęła Chicka i zaczęła wokół nas skakać z przejęcia.
- Spotkałem ją na ulicy i, gdy szliśmy skręciła kostkę, więc wziąłem ją na ręcę. - wytłumaczył, a ja tylko na potwierdzenie tych słów kiwałam głową.
- Jakie romantyczne! - zaćwierkała blondynka.
- Wcale nie! - zaprzeczyliśmy jednocześnie.
- Dobra, dobra. To co z tą kostką? Daj opatrzę ci ją! - podekscytowała się.
- Lepiej ja to zrobię, ty nie umiesz kurczaczku. - wtrącił Bonnie. Chicka spochmurniała.
- Dobrze. - uległa z niechęcią.
Usiadłam na sofie obok "kurczaczka", a były króliczek opatrywał mi nogę. Dotyk jego ciepłych rąk na skórze był kojący.
- Tak dobrze, nie uciska cię zbytnio?
- Nie, jest ok. - odpowiedziałam mu z uśmiechem, a Freddy nam się przyglądał, podobnie z resztą jak Chicka. Tylko mój brat gdzieś zniknął.
- Gdzie Foxy? - zapytałam z ciekawości.
- Pewnie jak zwykle gdzieś się szlaja. - powiedziała z obrzydzeniem Chicka.
- Aha.
Siedziałam z nimi i rozmawiałam jeszcze dosyć długo.
- 10:37pm. Nie powinnaś już iść? - wyraził się czarnowłosy.
- Tak, chyba tak...
- Odprowadzę cię.
- Ok. - zgodziłam się.
Wziął mnie pod ramię i pomógł wyjść z budynku.
*Chicka*
Bonnie pomógł wyjść Ox z budynku. Na początku szedł z nią pod ramię, ale, gdy tylko wyszli z hotelu (obserwowałam ich przez okno) wziął ją na ręce. Ona przytuliła się do niego i coś tam rozmawiali. Zrobiłam się trochę zazdrosna. Chyba nasz króliczek zakochał się w księżniczce... Ma przesrane. Albo oboje mają przesrane. Zależy...
*Bonnie*
Niosłem Oxanę, aż pod jej dom. To było przyjemne odczucie, gdy niewinna dziewczynka się do ciebie przytula i ci ufa. Żadna z moich poprzednich zabawek nie była taka... Inna. Kurwa... Chyba się w niej zakochałem. Popatrzyłem na nią ostatni raz i dałem jej buziaka w usta po czym odszedłem. Ona została z obandażowaną nogą przed drzwiami. Po chwili czucia na mnie jej wzroku usłyszałem jak wchodzi do domu. Udałem się z powrotem do kremowej budowli, a zaraz po powrocie Chicka na mnia naskoczyła:
- Co ty sobie kurwa do chuja wyobrażasz?! - miała skłonność do przeklinania.
- Gdzie Freddy?
- W dupie! Poszedł gdzieś! A ty, co?! Nie przywłaszczaj sobie księżniczki! Słyszałam, że dała ci się napić! To niedozwolone, wiesz?!
- Picie krwi księżniczki jest niedozwolone, tylko wtedy, gdy księżniczka nie pozwili i, gdy nie ma nadzoru poprzednika. Jej ojciec nas widział, pozwoliła mi. Nie złamałem żadnych reguł. - wytłumaczyłem z anielskim spokojem. Zgasiłem nieco zapał kurczaka.
- Poczekaj! Jeszcze coś na ciebie znajdę! - Bonnie zlustrował te słowa.
- Jesteś o mnie zazdrosna.
- Nie! Ubzdurałeś coś sobie! - zmieszała się.
- W takim razie - zacząłem. - nie zakochuj się we mnie, bo nigdy cię nie pokocham i będę cię tylko ranił. - rzuciłem jej prosto w twarz po czym odszedłem, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Słyszałem jak cicho pochlipuje. Uwielbiałem dźwięk płaczu dziewczyny, ale, gdyby Ox płakała zareagowałbym inaczej? Raczej tak. Może powinieniem przestać być takim chujem? Nie, to byłoby nudne. Będę robił czasem wyjątki dla Oxany.
Nic więcej.
*Oxanne*
Jestem rozdarta. Opadłam na łóżko, na którym parę godzin temu leżałam z Bonnie'm. Pościel miała jego zapach. Przyjemne. Do pokoju weszli bracia.
- Pobaw się z nami! - wrzeszczeli jednocześnie.
- Nie mam ochoty maluchy. - zmusiłam się do uśmiechu i potargałam im włosy. Lekko się zasmucili, ale pobiegli dręczyć rodziców. Z jednej strony czuję się bezpieczna przy Ricku... A z drugiej czuję pociąg do czarnowłosego. Może powinnam być z Bonnie'm, a z Rickiem przyjaźnić się jak najmocniej? Nie, zranię go (Ricka, nie Bonnie'go). A może on też mnie już nie kocha? Wtedy byłoby łatwiej. Może to na serio była ulotna, chwilowa miłość? Albo to w Bonnie'm zakochałam się na chwilę?
- Już nic nie rozumiem! - jęknęłam.
- Ja też nie. - obejrzałam się za siebie - to Foxy.
- Cześć, co ty tu robisz?
- Ja? Przyszedłem porozmawiać z siostrą i ojcem. Mogłabyś go prosić?
- Tak, oczywiście.
Poszłam na dół, po ojca. Patrzył się na moją szyję z niesmakiem.
- Mógłbyś? Muszę ci coś pokazać. Bez ciebie, mamo. - dodałam, gdy zobaczyłam, że rodzicielka podnosi się z fotela.
Udaliśmu się do mojego pokoju. Gdy ojciec go zobaczył wytrzeszczył oczy.
- Jesteś do niej podobny. Nie myślałem, że cię kiedyś spotkam. I to w takiej sytuacji. - ojciec najwyraźniej wiedział, że Foxy to pół-robot.
- Chciałbym cię spytać, co sądzisz o swojej córce. To od tego zależy jej życie. Serio. - powiedział grobowym głosem czerwono-włosy.
Milczałam.
- Mam co do niej mieszane uczucia. Nie chcę, aby zadawała się z tym dupkiem. Jednocześnie żałuję, że nie może żyć normalnie. Wiem, jakie to uciążliwe.
- Dziękuję za twoją opinię. - odparł i ugryzł mnie w rękę. Nie ssał. Po prostu mnie nakłuł i odsunął usta. Nawet się nie skrzywiłam. Moja krew cieknąca z rany nie była zupełnie czerwona, połyskiwała złotem.
- A więc jednak... - mruknęli jednocześnie. Mój tata wyszczrzył kły i nakłuł własną skórę, z której ciekł czerwony poprzeplatany zielenią płyn.
- Straciłem pozycję, ty ją właśnie zdobyłaś. - uśmiechnął się do mnie. Przypomniałam sobie oznaczniki. Złota - najwyższy stopień społeczny. Zielona - przyszła lub była krew niebieska, w tym przypadku, złota. Czyli mój ojciec miał złotą krew, a teraz ja ją mam? Do czego Foxy'emu była opinia mojego ojca o mnie? I dlaczego od niej zależało moje życie?
- Już tłumaczę. - zaczął Foxy, jakby czytając w moich myślach. - Od tego jak myśli o tobie ojciec zależy kolor twojej krwi, niebieska lub złota. Blaszana krew, czyli moja, zatruwa niebieską krew. Więc nie wiedząc czy masz niebieską, czy złotą nie mogłem cię ugryźć. Widzę, że nasz króliczek się o to nie martwił. Patrzył na dwa niewidoczne, minimalne wgłębienia w mojej szyi. Jak on je kurwa zobaczył?!?! Nieważne. Dopiero teraz mu się przyjrzałam. Miał na sobie białą kuszulę i czerwone jeansy kontrastujące z jego włosami. Butami były białe adidasy z czerwonymi dodatkami. Zauważyłam też, że w prawym uchu ma dużo kolczyków obrączkowych wokół konturów ucha.
- Ja już muszę lecieć. Pa, siostra. Pa, Vincent. - pożegnał się i wyskoczył przez okno. Nie zdążyłam się przyjrzeć kiedy, ale nasze nakłucia już dawno się zabliźniły. Czyli mam najwyższy stopień społeczny? Nie czuję się jak księżniczka. Czuję się jak dziwka. Z jednym chodzę, drugiego podrywam, a trzeciego zraniłam. Kurwa. Nie lubię samej siebie. I nigdy nie polubię. Chociaż jeżeli pogodzę się z Matt'em i rzucę Ricka, to powinno być ok. Ale nie chcę go ranić. Z rozmyślań wyrwał mnie mój dzwonek. Wyjęłam telefon z torebki leżącej na łóżku.
*****
Chyba będę pisała określoną ilość znaków w poście, bo coś na danej długości się zacina XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P