poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 16

Z góry przepraszam za ściąganie z książki A.Gibbs. Już tak mam :-p W postaciach macie linki do pierwszej części kolacja z wampirem i do drugiej, jesienna róża. Mi się to kojarzy prędzej z pamiętnikami wampirów niż ze zmierzchem, ale warto przeczytać. Zachęcam nawet nerdów, jako, że sama nim jestem jednocześnie będąc mulem książkowym.
*****
Poszłam wziąć prysznic. Stając boso na zimnych kafelkach poczułam dreszcz chłodu. Obejrzałam się w lustrze. Moja twarz była nieco mizerowata z wycieńczenia. Brzuch ni za płaski, ni za gruby. Nogi miały zapadnięte kostki i skóra otaczała ściśle kolana. Po moich nogach i kościstych barkach można było stwierdzić, że byłam wychudzona. Mimo tego stwierdzenia talia, twarz i wytrzymałość były odpowiednie. Nie wiem dlaczego. Może powinnam przytyć? Albo pójść do lekarza? Ale czy zobaczy we mnie nie-człowieka? Lepiej nie ryzykować. Głośno westchnęłam stojąc jeszcze przed lustrem.
Ciepła woda miała kojący dotyk. Stałam tak przez parę minut dając ciepłym falom zmywać ze mnie pot i zmęczenie.
Przypomniałam sobie rozmowę z Bonniem, gdy stał pod drzwiami łazienki. Jestem ciekawa jak ta sytuacja ze Scottem w ogóle się potoczy? Podobne pytania mi wtedy zadawał...
Szybko namydliłam się, spłukałam i ogoliłam. Głowę myłam najdłużej.
Po wyjściu z kabiny owinęłam się liliowym ręcznikiem i udałam się do garderoby. Tam wygrzebałam z półek piżamę składającą się z kròtkich, luźnych, szarych spodenek i tego samego koloru bluzki bez rękawów z zielonym obrazkiem. Odłożyłam ręcznik z powrotem do łazienki.
Z mokrą głową otworzyłam okno i usiadłam na głebokim, niskim parapecie. Okno otwierało się do zewnątrz, a parapet był obszerny i mocny zarówno w środku pokoju i na dworze. Dlatego można było diedzieć na nim z obu stron na raz. Dlatego tak łatwo można było przez nie wejść i wyjść. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać jak Bonnie wtedy otworzył okno? Było uchylone, a wajcha była wewnątrz... Nigdy tego nie zrozumiem. Powdychałam jeszcze trochę świeżego powietrza i ułożyłam się na łóżku. Popatrzyłam na zegarek na stoliku nocnym. 4:05am. Za dwie godziny i pięćdziesiąt pięć minut muszę wstać do szkoły. Kurwa. Nie chcę mi się. Chyba udam chorą i nie pójdę. Chociaż będę miała szansę ostatni raz zobaczyć Molly i Matta... Na razie się położę. Później zdecyduję. Nim się obejrzałam sen zmożył mi powieki.
Głośne bip-bip-biiip wyrwało mnie z sennego uścisku ciemności. Wyłączyłam alarm w zegarku na stoliku. Na chwilę jeszcze skuliłam się pod kołdrą, po czym wyszłam z łóżka. Postanowiłam pójść do szkoły. Na widok łazienki i mojego wczorajszego wyglądu skrzywiłam się. Ubrałam czarną, jeansową spódniczkę, fioletowy top, a kolczyków nie zmieniałam z ostatniego spoyltkania. Tym razem nie użyłam arbuzowego błyszczyka. Nawet nie nakładałam kredki. Tylko przejechałam się tuszem do rzęs i rozczesałam włosy. Postanowiłam je nieco wyproastować. Teraz tylko na końcówkach zawijały się do środka. Dawno się tak nie czesałam...  Grzywkę podpięłam pod spód jakiegoś kosmyka, a przedziałek był po prawej stronie. Klasycznie dołożyłam do tego moją bezpalcową rękawiczkę. Dzisiaj przeszły chłody. Było ciepło, około 6°C. I to rano!
- Podwieziesz mnie? - rzuciłam do ojca siedzącego w kuchni.
- Przykro mi. Nie mogę.
- Spoko. Pojadę autobusem. - zapewniłam i ugryzłam duże, zielone jabłko. Na śladzie po ugryzieniu widać było nierówność kłów w porównaniu z innymi zębami... Starałam się o tym nie myśleć. W przedpokoju nawinęłam na nogi śliwkowe baletki, wzięłam torbę z książkami na ramię i wyszłam na przystanek autobusowy. Gdy okazało się po pięciu minutach, że autobus nie przyjedzie, zdecydowałam się polecieć. Poprawiłam torbę i zaczęłam skakać po budynkach upatrując pomarańczowo-granatowej szkoły licealnej. Po jakiś dziesięciu minutach byłam na miejscu. Zostało sześć minut do rozpoczęcia lekcji. Weszłam do szkoły i zostawiłam niepotrzebne rzeczy w szafce. Przeszłam się wzdłuż korytarza, aż natknęłam się na łazienkę. Poprawiłam makijaż kredką i nałożyłam jagodową pomadkę - robiłam to, czego nie zrobiłam w domu. Gdy wyszłam z pudrowo-różowego, okafelkowanego pomieszczenia po drugiej stronie korytarza stali Molly i Matt. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Z początku mnie nie zauważyli. Jednak, kiedy się obejrzeli skrzywili się i powoli do mnie podeszli.
- Czy to prawda? - zaczął nieśmiało Matt. Przełknęłam ślinę.
- Po prostu nie chcę was ranić. Gdybym miała możliwość nietrudnej i nieciężkiej przyjaźni z wami, robiłabym to nadal... Jednak to tylko będzie was ranić...
- A z tym kochasiem to masz czas się spotykać! - wybuchła Molly. Zamurowało mnie. Skąd ona wie o Bonniem? Skąd nawzajem o sobie wiedzą? Może kiedyś coś obydwu o drugim wspomniałam i nie pamiętam? Westchnęłam.
- On jest taki jak ja. Pomaga mi utrzymać moce w ryzach. Bez urazy, ale jako ludzie nie jesteście w stanie mi pomóc.
- Zgadzam się. - odezwał się głeboki, męski głos zza moich pleców. Nie znałam go, lecz zapach uświadomił mi wszystko. Dusząca woń spalenizny roznosiła się po całym korytarzu. Moje oczy momentalnie zrobiły się czerwone, a moi byli przyjaciele się przerazili.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, aż sześć! Tyle się ma grzechów na koncie, kochany? - uśmiechnęłam się zawadiacko do chłopaka o szmaragdowych oczach i czarnych włosach.
- Jestem tu w pokoju, dziewczynko. Violet cię wzywa. - podniósł ręcę do góry nadal opierając się ramieniem o ścianę.
- Kaspar?! - wrzasnęłam, a moje tęczówki zabarwił silny i dynamiczny fiolet.
- Oczywiście. Miło mi cię poznać, panienko Oxanne. - ukłonił się nisko, a ja lekko zaczerwieniłam.
- Czemu Violet mnie wzywa? - przeszłam do konkretów.
- Z niewiadomych mi przyczyn. Nie wyjaśniła sytuacji. - powąchał powietrze i podszedł bliżej. - Ludzie? - zadrwił.
- Przypadkowa obecność.
- Czemu nie uciekają? Mają przed sobą Księżniczkę Krwi i Księcia wymiaru 34. Powinni się przynajmniej kłaniać...
- Kaspar! - obrzuciłam go morderczym spojrzeniem. - Tutaj panują inne zasady! - wypuściłam powietrze z płuc.
- W każdym razie zabierz ze sobą Księcia Krwi i księcia Fabiana.
- Mam przyprowadzić mojego ojca?!
- Dokładnie.
- A po co jej on?
- Tego nie wiem. - powiedział i wyszczerzył spore kły.
- Urosły ci.
- Ta. Kiedy ty mnie ostatnio widziałaś? Chyba w poprzednim wcieleniu...
- Które obecnie ma troje dzieci. - dokończyłam za niego.
- Tobie też urosną. Kiedy ostatnio piłaś?
- Hmmm... Dawno? - zawahałam się.
- To może ci zaszkodzić. - powiedział i przysunął mi swój nadgarstek do ust. Moje oczy nabrały nowego koloru - niebieskiego. Oznaczał on głód krwi. Oblizałam ostre zęby i zanurzyłam je pod jego cienką skórę. Ciepła krew trafiała do mojego gardła, a ja już nie czułam się taka oniemiała i odrętwiała. Zachłannie ssałam. Po chwili odlepił mnie od swojej ręki, a pod ubraniami widać było, że moje mięśnie się odbudowują. Małe ranki na jego nadgarstku zasklepiały się.
- Wyglądasz o wiele lepiej, stara przyjaciółko! - zawołał z uśmiechem. - Kiedy chcesz przyjechać do foyer? - spytał wprost.
- Yyy... Hm... Nie wiem? Może po zakończeniu szkoły, jest w środę.
- Mi pasuje. Przyjadę po ciebie i Fabiana o jedenastej. Twój ojciec dołączy później. Stoi?
- Stoi. - odparłam i uścisnęliśmy sobie dłonie. Moi przyjaciele nadal stali jak słupy soli. Wgapiali się to we mnie to w Kaspara.
- A tak w ogóle to skąd wiesz o wcieleniu Księżniczki Ellie? - zawahałam się nad odpowiedzią.
- Bo... Eee... Yyy... Domyśliłam się. Skoro Bonnie to Fabian, a jesteśmy połączeni, to ja musiałam być...
- Elisabeth. Tak myślałem. - dokończył za mnie. - Wiesz, że oni tak naprawdę nie mają dzieci? To spekulacje ludu na ten temat. Więc, nie martw się, nie będzie tam żadnych bachorów oprócz mojej siostry, Thyme i Hannah'y [czytaj: hany]. - zapewnił.
- Aaaa... To stąd ta niepewność informacji... W każdym razie spodziewam się, że będą tam rodziny królewskie sześciu bocznych wymiarów, hę?
- Tak. Książę Kaspar Varn, Bohaterska Dama Violet Lee, Książę Fallon Athenea, Bohaterska Dama Jesienna Róża Al-Summers, Księżniczka Krwi Oxanne Whime, Książę Półkrwi Bonnie Midleton, Były Książę Krwi Vincent Whime, Czarodziejka i Księżna Krwi Xerra Geate, Książe śmierci Death Siarette, Księżniczka Magii Alexandra Sloth, Książę Żywiołów Bastian Airtcost, Księżniczka Cybernetyki Nightmer Fight, Książę Cybernetyki Killer Fight oraz ich dzieci, szesnastoletnia Anna Fight i sześcioletnia Hannah Fight. - wymienił wszystkie dwanaście nazwisk ważniejszych władców światów bocznych.
- To trochę się tam nas zbierze... - mruknęłam starając się nie myśleć o tłumie, który czeka na mnie w foyer w połączeniu z rodzeństwem Kaspara i służbą, i dwornymi gości... Brrr! Nieważne.
- Dobra, to ja już lecę! Poradzisz sobie z ich pamięcią? Powinni mieć prostą strukturę...
- Tak, tak. Poradzę sobie, idź już do Violet! - na ostatnie słowo wargi mu zadrżały. - Coś się stało?
- Nie, nic, pa! - zniknął za mrugnięciem powiek. Odetchnęłam głeboko.
- Nie będę wam tego tłumaczyć. Nie opłaca się. Zapomnijcie o wszystkim i mnie o nic nie pytajcie. Jeżeli spróbujecie choćby myśleć o rozwikłaniu tej zagadki i wniknięciu w sekrety... - przejechałam kantem dłoni po gardle. - A mam nad wami kontrolę i 24h widzę co robicie i co myślicie, potrafię czytać wasze sny i rozmowy... Więc nic nie knujemy, jasne? - uśmiechnęłam się promiennie do byłych przyjaciół, a dwie sekundy później ogłuszył nas dzwonek na przerwę przed pierwszą lekcją. Wszyscy uczniowie zaczęli się schodzić jak na komendę. Już ani ja nie widziałam ich przerażonych twarzyczek, ani oni nie mogli dostrzec mojej pewnej miny. Zwróciłam się w kierunku sali plastycznej po czym wyszłam na sekundę z budynku, aby zaczerpnąć powietrza. Jeszcze wielu uczniów stało i rozmawiało lub uciekając przed wzrokiem nauczycieli paliło. Teraz wiemy skąd te odpały na lekcjach... Przewróciłam oczami z niesmakiem patrząc na trójkę dryblastych maturzystów palących zapewne narkotyki. A ja myślałam, że to pożądna szkoła... Po prostu wcześniej nie widziałam jej problemów. Jeden z garbatych palących podszedł do mnie z zieleniną niedbalę zwiniętą w papierosową bibułkę.
- Chcesz, mała? Tak się patrzysz. Nie wstydź się. - zarechotał. Objął mnie w pasie, ale lekko się odsunęłam.
- Wiesz co? Chętnie. - wyciągnął w moją stronę szluga. - Ale może najpierw tobie podpalę, bo widzę, że się kończy. - próbowałam się sztywno uśmiechnąć. On tylko wyciągnął ku mnie stronę do podpalenia. Pstryknęłam palcami, najpierw spłonął cały papieros, aby następnie ogniem polizać dryblasa. Jego dłoń była lekko poparzona. TYLKO.
*****
Pozdro, K. B. Laterscotch

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P