poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 16

Z góry przepraszam za ściąganie z książki A.Gibbs. Już tak mam :-p W postaciach macie linki do pierwszej części kolacja z wampirem i do drugiej, jesienna róża. Mi się to kojarzy prędzej z pamiętnikami wampirów niż ze zmierzchem, ale warto przeczytać. Zachęcam nawet nerdów, jako, że sama nim jestem jednocześnie będąc mulem książkowym.
*****
Poszłam wziąć prysznic. Stając boso na zimnych kafelkach poczułam dreszcz chłodu. Obejrzałam się w lustrze. Moja twarz była nieco mizerowata z wycieńczenia. Brzuch ni za płaski, ni za gruby. Nogi miały zapadnięte kostki i skóra otaczała ściśle kolana. Po moich nogach i kościstych barkach można było stwierdzić, że byłam wychudzona. Mimo tego stwierdzenia talia, twarz i wytrzymałość były odpowiednie. Nie wiem dlaczego. Może powinnam przytyć? Albo pójść do lekarza? Ale czy zobaczy we mnie nie-człowieka? Lepiej nie ryzykować. Głośno westchnęłam stojąc jeszcze przed lustrem.
Ciepła woda miała kojący dotyk. Stałam tak przez parę minut dając ciepłym falom zmywać ze mnie pot i zmęczenie.
Przypomniałam sobie rozmowę z Bonniem, gdy stał pod drzwiami łazienki. Jestem ciekawa jak ta sytuacja ze Scottem w ogóle się potoczy? Podobne pytania mi wtedy zadawał...
Szybko namydliłam się, spłukałam i ogoliłam. Głowę myłam najdłużej.
Po wyjściu z kabiny owinęłam się liliowym ręcznikiem i udałam się do garderoby. Tam wygrzebałam z półek piżamę składającą się z kròtkich, luźnych, szarych spodenek i tego samego koloru bluzki bez rękawów z zielonym obrazkiem. Odłożyłam ręcznik z powrotem do łazienki.
Z mokrą głową otworzyłam okno i usiadłam na głebokim, niskim parapecie. Okno otwierało się do zewnątrz, a parapet był obszerny i mocny zarówno w środku pokoju i na dworze. Dlatego można było diedzieć na nim z obu stron na raz. Dlatego tak łatwo można było przez nie wejść i wyjść. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać jak Bonnie wtedy otworzył okno? Było uchylone, a wajcha była wewnątrz... Nigdy tego nie zrozumiem. Powdychałam jeszcze trochę świeżego powietrza i ułożyłam się na łóżku. Popatrzyłam na zegarek na stoliku nocnym. 4:05am. Za dwie godziny i pięćdziesiąt pięć minut muszę wstać do szkoły. Kurwa. Nie chcę mi się. Chyba udam chorą i nie pójdę. Chociaż będę miała szansę ostatni raz zobaczyć Molly i Matta... Na razie się położę. Później zdecyduję. Nim się obejrzałam sen zmożył mi powieki.
Głośne bip-bip-biiip wyrwało mnie z sennego uścisku ciemności. Wyłączyłam alarm w zegarku na stoliku. Na chwilę jeszcze skuliłam się pod kołdrą, po czym wyszłam z łóżka. Postanowiłam pójść do szkoły. Na widok łazienki i mojego wczorajszego wyglądu skrzywiłam się. Ubrałam czarną, jeansową spódniczkę, fioletowy top, a kolczyków nie zmieniałam z ostatniego spoyltkania. Tym razem nie użyłam arbuzowego błyszczyka. Nawet nie nakładałam kredki. Tylko przejechałam się tuszem do rzęs i rozczesałam włosy. Postanowiłam je nieco wyproastować. Teraz tylko na końcówkach zawijały się do środka. Dawno się tak nie czesałam...  Grzywkę podpięłam pod spód jakiegoś kosmyka, a przedziałek był po prawej stronie. Klasycznie dołożyłam do tego moją bezpalcową rękawiczkę. Dzisiaj przeszły chłody. Było ciepło, około 6°C. I to rano!
- Podwieziesz mnie? - rzuciłam do ojca siedzącego w kuchni.
- Przykro mi. Nie mogę.
- Spoko. Pojadę autobusem. - zapewniłam i ugryzłam duże, zielone jabłko. Na śladzie po ugryzieniu widać było nierówność kłów w porównaniu z innymi zębami... Starałam się o tym nie myśleć. W przedpokoju nawinęłam na nogi śliwkowe baletki, wzięłam torbę z książkami na ramię i wyszłam na przystanek autobusowy. Gdy okazało się po pięciu minutach, że autobus nie przyjedzie, zdecydowałam się polecieć. Poprawiłam torbę i zaczęłam skakać po budynkach upatrując pomarańczowo-granatowej szkoły licealnej. Po jakiś dziesięciu minutach byłam na miejscu. Zostało sześć minut do rozpoczęcia lekcji. Weszłam do szkoły i zostawiłam niepotrzebne rzeczy w szafce. Przeszłam się wzdłuż korytarza, aż natknęłam się na łazienkę. Poprawiłam makijaż kredką i nałożyłam jagodową pomadkę - robiłam to, czego nie zrobiłam w domu. Gdy wyszłam z pudrowo-różowego, okafelkowanego pomieszczenia po drugiej stronie korytarza stali Molly i Matt. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Z początku mnie nie zauważyli. Jednak, kiedy się obejrzeli skrzywili się i powoli do mnie podeszli.
- Czy to prawda? - zaczął nieśmiało Matt. Przełknęłam ślinę.
- Po prostu nie chcę was ranić. Gdybym miała możliwość nietrudnej i nieciężkiej przyjaźni z wami, robiłabym to nadal... Jednak to tylko będzie was ranić...
- A z tym kochasiem to masz czas się spotykać! - wybuchła Molly. Zamurowało mnie. Skąd ona wie o Bonniem? Skąd nawzajem o sobie wiedzą? Może kiedyś coś obydwu o drugim wspomniałam i nie pamiętam? Westchnęłam.
- On jest taki jak ja. Pomaga mi utrzymać moce w ryzach. Bez urazy, ale jako ludzie nie jesteście w stanie mi pomóc.
- Zgadzam się. - odezwał się głeboki, męski głos zza moich pleców. Nie znałam go, lecz zapach uświadomił mi wszystko. Dusząca woń spalenizny roznosiła się po całym korytarzu. Moje oczy momentalnie zrobiły się czerwone, a moi byli przyjaciele się przerazili.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, aż sześć! Tyle się ma grzechów na koncie, kochany? - uśmiechnęłam się zawadiacko do chłopaka o szmaragdowych oczach i czarnych włosach.
- Jestem tu w pokoju, dziewczynko. Violet cię wzywa. - podniósł ręcę do góry nadal opierając się ramieniem o ścianę.
- Kaspar?! - wrzasnęłam, a moje tęczówki zabarwił silny i dynamiczny fiolet.
- Oczywiście. Miło mi cię poznać, panienko Oxanne. - ukłonił się nisko, a ja lekko zaczerwieniłam.
- Czemu Violet mnie wzywa? - przeszłam do konkretów.
- Z niewiadomych mi przyczyn. Nie wyjaśniła sytuacji. - powąchał powietrze i podszedł bliżej. - Ludzie? - zadrwił.
- Przypadkowa obecność.
- Czemu nie uciekają? Mają przed sobą Księżniczkę Krwi i Księcia wymiaru 34. Powinni się przynajmniej kłaniać...
- Kaspar! - obrzuciłam go morderczym spojrzeniem. - Tutaj panują inne zasady! - wypuściłam powietrze z płuc.
- W każdym razie zabierz ze sobą Księcia Krwi i księcia Fabiana.
- Mam przyprowadzić mojego ojca?!
- Dokładnie.
- A po co jej on?
- Tego nie wiem. - powiedział i wyszczerzył spore kły.
- Urosły ci.
- Ta. Kiedy ty mnie ostatnio widziałaś? Chyba w poprzednim wcieleniu...
- Które obecnie ma troje dzieci. - dokończyłam za niego.
- Tobie też urosną. Kiedy ostatnio piłaś?
- Hmmm... Dawno? - zawahałam się.
- To może ci zaszkodzić. - powiedział i przysunął mi swój nadgarstek do ust. Moje oczy nabrały nowego koloru - niebieskiego. Oznaczał on głód krwi. Oblizałam ostre zęby i zanurzyłam je pod jego cienką skórę. Ciepła krew trafiała do mojego gardła, a ja już nie czułam się taka oniemiała i odrętwiała. Zachłannie ssałam. Po chwili odlepił mnie od swojej ręki, a pod ubraniami widać było, że moje mięśnie się odbudowują. Małe ranki na jego nadgarstku zasklepiały się.
- Wyglądasz o wiele lepiej, stara przyjaciółko! - zawołał z uśmiechem. - Kiedy chcesz przyjechać do foyer? - spytał wprost.
- Yyy... Hm... Nie wiem? Może po zakończeniu szkoły, jest w środę.
- Mi pasuje. Przyjadę po ciebie i Fabiana o jedenastej. Twój ojciec dołączy później. Stoi?
- Stoi. - odparłam i uścisnęliśmy sobie dłonie. Moi przyjaciele nadal stali jak słupy soli. Wgapiali się to we mnie to w Kaspara.
- A tak w ogóle to skąd wiesz o wcieleniu Księżniczki Ellie? - zawahałam się nad odpowiedzią.
- Bo... Eee... Yyy... Domyśliłam się. Skoro Bonnie to Fabian, a jesteśmy połączeni, to ja musiałam być...
- Elisabeth. Tak myślałem. - dokończył za mnie. - Wiesz, że oni tak naprawdę nie mają dzieci? To spekulacje ludu na ten temat. Więc, nie martw się, nie będzie tam żadnych bachorów oprócz mojej siostry, Thyme i Hannah'y [czytaj: hany]. - zapewnił.
- Aaaa... To stąd ta niepewność informacji... W każdym razie spodziewam się, że będą tam rodziny królewskie sześciu bocznych wymiarów, hę?
- Tak. Książę Kaspar Varn, Bohaterska Dama Violet Lee, Książę Fallon Athenea, Bohaterska Dama Jesienna Róża Al-Summers, Księżniczka Krwi Oxanne Whime, Książę Półkrwi Bonnie Midleton, Były Książę Krwi Vincent Whime, Czarodziejka i Księżna Krwi Xerra Geate, Książe śmierci Death Siarette, Księżniczka Magii Alexandra Sloth, Książę Żywiołów Bastian Airtcost, Księżniczka Cybernetyki Nightmer Fight, Książę Cybernetyki Killer Fight oraz ich dzieci, szesnastoletnia Anna Fight i sześcioletnia Hannah Fight. - wymienił wszystkie dwanaście nazwisk ważniejszych władców światów bocznych.
- To trochę się tam nas zbierze... - mruknęłam starając się nie myśleć o tłumie, który czeka na mnie w foyer w połączeniu z rodzeństwem Kaspara i służbą, i dwornymi gości... Brrr! Nieważne.
- Dobra, to ja już lecę! Poradzisz sobie z ich pamięcią? Powinni mieć prostą strukturę...
- Tak, tak. Poradzę sobie, idź już do Violet! - na ostatnie słowo wargi mu zadrżały. - Coś się stało?
- Nie, nic, pa! - zniknął za mrugnięciem powiek. Odetchnęłam głeboko.
- Nie będę wam tego tłumaczyć. Nie opłaca się. Zapomnijcie o wszystkim i mnie o nic nie pytajcie. Jeżeli spróbujecie choćby myśleć o rozwikłaniu tej zagadki i wniknięciu w sekrety... - przejechałam kantem dłoni po gardle. - A mam nad wami kontrolę i 24h widzę co robicie i co myślicie, potrafię czytać wasze sny i rozmowy... Więc nic nie knujemy, jasne? - uśmiechnęłam się promiennie do byłych przyjaciół, a dwie sekundy później ogłuszył nas dzwonek na przerwę przed pierwszą lekcją. Wszyscy uczniowie zaczęli się schodzić jak na komendę. Już ani ja nie widziałam ich przerażonych twarzyczek, ani oni nie mogli dostrzec mojej pewnej miny. Zwróciłam się w kierunku sali plastycznej po czym wyszłam na sekundę z budynku, aby zaczerpnąć powietrza. Jeszcze wielu uczniów stało i rozmawiało lub uciekając przed wzrokiem nauczycieli paliło. Teraz wiemy skąd te odpały na lekcjach... Przewróciłam oczami z niesmakiem patrząc na trójkę dryblastych maturzystów palących zapewne narkotyki. A ja myślałam, że to pożądna szkoła... Po prostu wcześniej nie widziałam jej problemów. Jeden z garbatych palących podszedł do mnie z zieleniną niedbalę zwiniętą w papierosową bibułkę.
- Chcesz, mała? Tak się patrzysz. Nie wstydź się. - zarechotał. Objął mnie w pasie, ale lekko się odsunęłam.
- Wiesz co? Chętnie. - wyciągnął w moją stronę szluga. - Ale może najpierw tobie podpalę, bo widzę, że się kończy. - próbowałam się sztywno uśmiechnąć. On tylko wyciągnął ku mnie stronę do podpalenia. Pstryknęłam palcami, najpierw spłonął cały papieros, aby następnie ogniem polizać dryblasa. Jego dłoń była lekko poparzona. TYLKO.
*****
Pozdro, K. B. Laterscotch

Rozdział 15

Robiłam porządek w poczcie i w kontaktach. Pousuwałam z nich Matta i Molly. To samo zrobiłam w telefonie. Nigdzie nie było po nich śladu.
Nigdzie poza moją pamięcią...
Zaczęłam się zastanawiać, czy mogłabym usunąć sobie pamięć, gdy usłyszałam:
“Nawet o tym nie myśl! Zwariowałaś?!” - mój wewnętrzny głos zabrzmiał tak podobnie do Bonniego, że odwróciłam się, aby sprawdzić czy jego tam rzeczywiście nie ma. Nie, niestety nie było go.
"Dlaczego tak na mnie naskakujesz?!" - warknęłam.
“Ponieważ próbuję wybić ci z głowy tę głupotę! To byli twoi najcenniejsi przyjaciele, teraz chcesz ich tak po prostu nie znać? Możesz już ich nie widywać, nie gadać z nimi, ale faktem jest, że przez ponad pół twojego życia cię wspierali. Nie możesz tak po prostu o nich zapomnieć!” - zdumiłam się słysząc odpowiedź.
"Pewnie jesteś tą sentymentalną i umoralizowaną wersją?" - rzuciłam z ironią. - "Ale masz rację, nie mogę ich usunąć z żadnej ze skrzyneczek." - dodałam szybko. Mówiąc "skrzyneczki" miałam na myśli szafki i szuflady trzymające moje wspomnienia w ładzie i składzie.
“Teraz gadasz w miarę normalnie. Czuję się dziwnie mądrzejszy przy twoich nieprzyzwoicie głupich myślach. Twój tok myślenia ostatnio zwalnia, wiesz?”
"Nie jedź tak po mnie!" - czułam się nieco przytłoczona jego dobitnymi uwagami.
“Dobra, ale ty zacznij używać więcej procent mózgu.” - poczułam się tak jakby ktoś pukał mi w czaszkę. Rozejrzałam się. Nikogo obok mnie ewidentnie nie było.
“To tylko ja, głupia. Potrafię spowodować każde uczucie, panuję nad twoim mózgiem i nad bodźcami. Mogę nawet spowodować, że się zakochasz lub znienawidzisz kogoś bez powodu. Zabawne, nie?”
"I trochę niesprawiedliwe..." - mruknęłam przewracając oczami.
“Nie marudź! Przynajmniej masz z kim pogadać!” - jego argument był niezaprzeczalny.
"Dobra, dobra. Spokojnie, już nie wydzieraj się tak na mnie, bo robi mi się smutno." - głos lekko się przejął i przeprosił ze skruchą. Więcej już nie rozmawialiśmy. Dopiero teraz zaciekawiło mnie dlaczego bracia grali o tak późnej porze? Może, gdy rodzice zasnęli wymknęli się do mnie? Ale przecież zachowywali się naturalnie, nie byli spięci.
Zeszłam na dół, do salonu. Po rodzicach ani śladu. Zajrzałam do ich sypialni minimalnie uchylając drzwi. Spali jak zabici. Nie było mowy o niedawnym pójściu w drzemkę. Czyli moja wersja się sprawdziła. Tylko, dlaczego chłopcy byli tacy naturalni? Czemu nie próbowali zachować ciszy? Dzieci chyba zawsze będą dziwne...
Po powrocie  przez salon opadłam na łóżko. Zanurzyłam się w zmysłach, które już od jakiegoś czasu kipiały z wyczerpania przez rozszarpujące emocje. Czułam jak pod zamkniętymi powiekami pochłaniają moją obecność i uzupełniają się, by być gładkimi i delikatnymi. Leciutko wsłuchiwałam się w ulicę za oknem. Taksówki jeździły pełną parą rozwożąc ludzi z imprez i spotkań. Po chodniku deptało niewele nóg z powodu późnej godziny. Było na oko 0°C. Wiał letni wiaterek, więc odczuwalne było coś około -1°C. Wszyscy nosili płaszcze, kurtki. Niektórzy pozakładali czapki i kaptury. Buty klekotały o nieumęczony chodnik. Jedna z pobliskich latarń migała, aby niedługo kompletnie zgasnąć. Komuś muzyka grała pociesznie w słuchawkach. Ktoś inny ledwo stał na nogach przez wyczerpujący dzień. Osoba o idealnie niebieskich oczach przystając po drugiej stronie ulicy tęskno patrzyła się w moje okno. Otworzyłam oczy zdyszana ze strachu. Przylepiłam wzrok do szyby. Tak, miałam rację. Po drugiej stronie czarnego paska asfaltu raz po raz przecinanego samochodami stał Matt. Z niczym nie pomyliłabym tych oczu. Nie było z nim Molly, co mnie szczerze zdziwiło. Gdy nasze spojrzenia skrzyżowały się moje oczy zabarwił kolor czerwony. W nos wpychał się piekący zapach palonego węgla. Wyskoczyłam przez okno. Biegłam na niego z nożem. Gdy był między nami krok ktoś chwycił mnie za ramię i zasyczał do ucha:
- Na pewno chcesz to zrobić? To tylko jeden grzech, a nie cała ich masa, jak w reszcie przypadków. Poczekaj, aż naskrobie bardziej. Później nie będziesz miała tych jebanych wyrzutów sumienia. - gniewnie spojrzałam przez ramię. Za mną stał John. Byłam tak zdumiona, że odskoczyłam. Tęczówki powróciły do kochanej przez wszystkich purpury. Zapach ustanął, lecz nieznacznie.
- Co ty tu kurwa robisz?! - wydyszałam na jednym tchu.
- To, co ty. Tropię grzeszników. Przejrzyj sobie jego poważniejsze grzechy. Ma jakieś dwa na koncie. Nie marnuj na to ścierwo czasu. Nawet, by się nie bronił. - prychnął z pogardą patrząc na Matta. Ten się nie odzywał tylko patrzył na mnie od czasu do czasu zdumionym spojrzeniem.
- Chyba masz rację... Ilu już zabiłeś?
- Dwóch. Kobieta i mężczyzna. Oboje po czterdziestce.
- Hm. Jeszcze nie widziałam grzesznika kobiety.
- Zobaczysz jeszcze wiele. Po prostu trudniej je wytropić, więc są rzadziej zabijane.
- Czyli przyznajesz wyższość płci pięknej? - uniosłam jedną brew.
- Nie... Może trochę? Hej, nieważne! - machnął ręką. - Idziesz na Oxford street? Jeszcze tam ich dzisiaj nie szukałem.
- Spoko. - zwróciłam się do Johna. - Do zobaczenia, gdy będziesz miał więcej grzechów na koncie. - powiedziałam do Matta i pogłaskałam go po policzku z nożem w ręku. Następnie wzbiłam się w powietrze i stanęłam na dachu jakiegoś budynku. John niedługo do mnie dołączył. Zaraz, dlaczego ja kurwa tak wysoko skaczę?!
- Spokojnie. Pewnie ci nie powiedzieli, ale jedną z podstawowych umiejętności jest możliwość bardzo wysokiego skoku. Prawie wszystkie istoty magiczne to potrafią. - z trudem powstrzymywał śmiech na widok mojej otępiałej miny.
- I kolejne tajemnice... - mruknęłam.
“Ciekawe, co jeszcze przed nami ukrywają!” - zaćwierkotał mój niezadowoly głos.
- Taaa... - przytaknęłam mu, a John uznał to również za odpowiedź dla siebie.
Skakaliśmy po kolejnych budynkach i, gdy trafiała się jakaś zwierzyna, polowaliśmy. Oczywiście dwóch na jednego zawsze wygrywało. Jednak w niektórych przypadkach sama nie dałabym rady. Do 3:15am wytropiliśmy czterech grzeszników.
- Chyba już wystarczy... - zauważyłam zdyszana po przed chwilowej walce.
- Masz rację. Odprowadzić cię? - nie okazywał żadnych oznak zmęczenia czy utraty energii.
- Może być. - lubiłam mieć cielesne towarzystwo.
Znów szliśmy według dachów zabudowań. Pod moim oknem podziękował za pomoc i się pożegnał.
- Nawet fajny. Uprzejmy, ale stanowczo rodzicielski. Chyba go lubię. - powiedziałam do mego głosu utykając słowami w powietrzu.
“I tu się zgadzam. Miły z niego gość.” - odgarnął.
"Nie jesteś zazdrosny, czy coś?" - tym razem odezwałam się w myślach, ponieważ nie chciałam, aby to wyglądało tak jakbym z kimś rozmawiała.
“Nie. Jestem tą wersją Bonniego, w której jestem uprzejmy, pobłażliwy i trzymam cię bez smyczy. Materialny "ja" trzyma cię krótko.” - powiedział. - “Pomyśl, że bardzo chcesz być z Bonniem. Może uda ci się wniknąć do struktury jego głosu. Spokojnie, Bonnie nie wie, że można tak robić.” - dodał po namyśle.
Zrobiłam jak kazał. Skupiłam się na tym, że nasza krew jest połączona i na uczuciu, które towarzyszy wnikaniu jego zmysłów do moich. Udało się. Usłyszałam jak mówi do swego głosu:
"Jesteś naprawdę podobny do Oxany. Prawisz mi wykłady gorsze niż matka. Jesteś okropny..."
“Skończyłeś już? Przejdzie ci.” - odezwał się jeszcze jego głos.
"Tak, skończyłem..." - odburknął. - "Tak właściwie to dlaczego akurat ona ma polować na grzeszników? Normalna istota magiczna nie jest w stanie?"
“Ponieważ tak wyznaczyła wyrocznia. Odzwierciedlenie bliźniaczki księżyca i jej pobratymcy będą strzec wymiaru numer 32.” - wytłumaczył głos. Był kobiecy. Brzmiał podobnie do mojego, gdy tłumaczył. Tak właściwie to póki nie zechcę to mogę być słuchaczem, a nie rozmówcą.
"I jej świta oraz połączony książe Fabian ma jej w tym pomóc. Znam już tę bajeczkę, i wiadomo, że to ja jestem Fabianem, nie przypominaj mi. Pytam o umiejętności. Czy to dlatego, że je ma, czy dostała je z powodu zadania? Raczej nie drugie, bo jej ojciec je miał, a nie był strażnikiem." - odezwał się królik.
“Masz rację. Ma je z powodu krwi, ale nawet, gdyby urodziła się człowiekiem, miałaby je.“
"Ciut posrane, ale mniej więcej zrozumiałem. Tylko dlaczego jestem Fabianem?" - spytał się.
“Przepowiednia głosi:
Fabianem zostanie ten,
Który połączenia z nią nie będzie tracić,
Za którego życie gotowa będzie utracić,
Który jej krew będzie mógł pić,
A z wrogów kpić.
...” - nie zdążył dokończyć, bo mój chłopak mu przerwał.
"Kurwa! Znam tą historyjkę! Ale czemu ja? Są miliony chłopaków, którzy pewnie spełnią te wymogi!"
“Powiem wprost: masz jej krew. To jedyny sensowny powód. Gdyby wtedy nie chciała dać ci krwi, nie zgodziłaby się na pobrania. Była dzieckiem, mogła odstawić szopkę i nikt jej do niczego nie mógł zmusić. Rozumiesz?” - jego głos brzmiał zniecierpliwieniem.
"Czuję się jakbym ją ranił nie mówiąc jej o przepowiedni..." - wyznał.
“Spokojnie, nie robisz tego. Nic takiego przynajmniej nie czuję. Chociaż czuje się osaczona przez wszystkie te tajemnice... Może lepiej jej powiedz?” - niepewnie mówił kobiecy głos.
"Chyba masz rację. Powiem jej. Ale dopiero za parę dni. To śmieszne. Wiedząc, że czy chcę czy nie chcę muszę z nią być i tak się w niej zakochałem." - lekka ironia rozbrzmiała w tych słowach.
“Ta. A nie pamiętasz jak było z Elisabeth i Fabianem z wymiaru 63? Albo z Night i Killerem ze świata 48? Ta sama historia, przyjacielu. Ellie i Fab mają trójkę dzieci, a Night i Kill dwójkę. Pójdziesz w ich ślady za parę lat.”
"To było po części pokrzepiające, po części przygnębiające. I oni wcale nie mają dzieci. Ale, dzięki." - podziękował Bonnie, a mnie odrzuciło z powrotem na moje łóżko.
"Matko! O co z tym chodzi?! Mam już dość tajemnic! Głosie, masz mi coś do powiedzenia?!" - wybuchłam w myślach.
“Nic nie wiedziałem! To on jest Fabianem? W sumie, to połączenie mogło to oznaczać, ale nie było ono gwarancją...”
"Wiedziałeś o całej tej przepowiedni?! Mój wewnętrzny głos kurwa wie więcej ode mnie!"
“Przysięgam, nie wiedziałem, że to on! O przepowiedni wiedziałaś i ty, tylko, że zarejestrowałaś ją jako nieważną bajkę z dzieciństwa.” - zaczęłam przegrzebywać poderdzawe skrzyneczki. Zgadza się. Znalazłam takie wspomnienie.
"Przepraszam. Niepotrzebnie wybuchłam." - przeprosiłam. Była 3:39am. - "Chyba już się położę." - żachnęłam do głosu. Nie usłyszałam odpowiedzi.
****
Kończę. Trochę krótko, bo nie miałam w jakim odpowiednim miejscu zrobić cięcia tekstu.
Miłego, Księżniczka Ellie

niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział 14

Nie piszę rozpoczęcia.
Brak tekstu do pokazania.
*****
*Oxanne*
- Halo? - szepnęłam w słuchawkę odchodząc od towarzystwa.
- Cześć, tu Molly. Masz chwilę?
- Niewielką, ale mów.
- Co ci się ostatnio dzieje? Nawet Matt się niepokoi, szczególnie po tym zabójstwie na ulicy. - mówiła lekko oskarżycielskim tonem, jednak jak najłagodniej. Po jej słowach przez głowę przeleciało mi parę ostatnich wydarzeń jak przez klisze filmu. Poruszyły mnie, lecz nieznacznie.
- Przepraszam, jeśli was zamartwiam. Jednak jak już pewnie zauważyłaś, nasze drogi od jakiegoś czasu się rozbiegają. Dalsza przyjaźń byłaby trudna i bezsensowna. Możemy pozostać przy tytule "chodziłam z nią do klasy.", ale nic więcej. Będziemy się tylko ranić. Zgodzisz się chyba, prawda? - powiedziałam cicho i oschle. Nie wierzyłam, że TE słowa i TEN głos wydobyły się ze mnie. Bonnie położył mi rękę na ramieniu i spojrzał na mnie nieco zaskoczony. Moją przyjaciółkę zatkało.
- Co ty chrzanisz? Dobrze się czujesz? Piłaś? - wydukała po chwili. Jej ostatnie słowo mnie trochę uraziło, jednak odparłam z powagą:
- Nie, czuję się świetnie. Po prostu jako litościwa osoba nie chcę cię ranić. Przestań o mnie myśleć i zapomnij, że mnie znałaś. Funkcjonuj dalej beze mnie w swoim podstawowym otoczeniu. Usuń mnie z niego i nie pozostaw po mnie żadnych wspomnień.
- Nigdy! Przecież mieliśmy być przyjaciółmi na zawsze! - upierała się załamującym głosem. Zorientowałam się, że ma na myśli również Matta.
- Ale to było, gdy byłam człowiekiem. W mojej obecnej postaci, nie możecie mi pomóc. Przykro mi. - ostatnie zdanie wypowiedziałam baznamiętnie. Jakby nieszczerze.
- Ale, ale... Ty obiecałaś... - szlochała. - Nienawidzę cię!
- Przejdzie ci. Pa. - rzuciłam z zamiarem zakończenia rozmowy, lecz głos Molly ostatni raz doszedł jeszcze do mych uszu:
- Jesteś jebanym, bezdusznym potworem! - zatkało mnie, a pisk kończący połączenie nie zrobił na mnie wrażenia. Ani razu nie drgnęłam. Byłam kimś, kto zabija lub okrada z życia innych. Na dodatek bezkarnie, bezpodstawnie i bez emocji. Zabijanie nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia, nie mówiąc o poczuciu winy czy własnego zła. Byłam jak to ujęła Molly, bezduszna. Mało co w związku z uczuciami innych mnie obchodziło. Nie zważałam na czyjś ból. Do celu szłam niewzruszenie po trupach, które taszczyły się za mną i przede mną, a ja kroczyłam "nie widząc" ich. Sumienie ciągnęło się kilometrami grzechów, a moje kroki były lekkie jak u baletnicy. Ona miała rację. Byłam potworem. Byłam poczwarą, monstrum i błędem tego świata. Tak myślałam w głębi, jednak w moim powierzchownym toku myślenia te słowa nie miały sensu i były nieakceptowane. Wcale nie było mi żal ludzi, których zabiłam lub zaatakowałam. To tylko tymczasowe rozmyślania o moich emocjach do otoczenia. Schowałam telefon i szepnęłam do "królika", który stał obok mnie:
- Jesteśmy potworami, wiesz? - mimo głębokiego znaczenia mojej wypowiedzi powiedziałam to z lekkim rozbawieniem. Otworzył szerko oczy i spytał:
- Jak to?
- Przecież zabijamy i krzywdzimy. Niby dla życia, ale dla swojego życia. To okropnie egoistyczne z naszej strony, że chcemy żyć cudzym kosztem. - tylko pokręcił głową na tę odpowiedź i odparł:
- Nie marudź. To tylko tymczasowe poglądy. Nie patrz na świat przez pryzmat tego, co powiedziała ta twoja przyjaciółka. - skąd on wiedział, że to Molly?
- Chyba masz rację. - burknęłam, choć w rzeczywistości się z nim wcale nie zgadzałam.
- To dobrze. Wracamy do reszty? - pokiwałam tylko głową i udaliśmy się z powrotem do towarzystwa.
- Kto dzwonił? - zaciekawiła się Chicka.
- Nikt ważny. Była przyjaciółka. Nawyzywała mnie od suk, bo chciała się powyżywać na starej znajomej. - Bonnie wiedział, że nie mówię prawdy, więc dyskretnie na niego spojrzałam, jednak nie poprawił mojego kłamstwa.
- Aaaaaa. - mruknęła blondynka. Właściwie to nie mieliśmy już co omawiać, więc spodziewałam się niedługo jakiegoś pożegnania, ale nic takiego nie nastąpiło. Tylko siedzieliśmy patrząc na siebie w ciszy. Względem na sytuację moje mury wokół wspomnień były solidne i potężne. Poczułam łaskoczący dotyk czyjejś świadomości. Był to Foxy. Wyczułam to. Wpuściłam go delikatnie, jednak tak, aby nie widział ważniejszych wspomnień.
"Jakim cudem to potrafisz?"
"Ale co?" - zdziwił się.
"To, że możesz czytać moją świadomość." - odparłam.
"Każda magiczna istota to potrafi. Bonnie po prostu potrafi to zrobić zawsze i może sforsować twoje najtwardsze mury." - na chwilę przerwał, a ja się przeraziłam. Czyli on z a w s z e może czytać moje myśli?! - "Bonnie stanowi również twoją drugą osobowość. Słyszysz czasami w głowie głos? Jest on odzwierciedleniem charakteru Bonniego. On ma taki sam głos odzwierciedlający twój charakter. Ciekawe, nie?" - wyjaśnił. Często część moich myśli była wymawiana przez inny głos niż mój. To by się zgadzało...
"On o tym wie?"
"Tak. Tylko ci o tym nie mówił z niewiadomych mi przyczyn. Reszta też wie i też uważała za niepotrzebne mówienie ci o tym." - odpowiedział.
"To nie fair! Dlaczego mi nie powiedzieli?"
"Jak już wcześniej wspomniałem, nie wiem."
"Chyba im wpierdolę. Kurwa! Przecież, jak można ukrywać coś tak ważnego?"
"Też tego nie rozumiem i dlatego ci powiedziałem. Ale innym nie mów, bo mnie tak zjadą, że się nie poskładam."
"Taaa. Nie powiem im." - zapewniłam go.
Poczułam leciutki chłód towarzyszący opuszczaniu cudzej świadomości ze środka swojej. Zrobiło się jakoś pusto. Wysunięte, nijakie wspomnienia z powrotem powsuwałam na brzegi poszczególnych szufladek po czym wszystkie wspomnienia otoczyłam łańcuchem i kłódką. Już chciałam zamykacmć wejście do mojego umysłu, gdy poczułam tarcie kogoś obcego. Wyczułam zapach kobiety. Biorąc pod uwagę otoczenie mogła to być Chicka, Will lub ta dziunia Ricka.
"O czym z nim rozmawiałaś?" - szepnęła ochoczo. To Chicka.
"Dlaczego mi do kurwy nędzy nie powiedzieliście?!" - zaatakowałam ją.
"A więc wyjawił ci prawdę... Nie jestem na niego zła, sama chciałam to zrobić. Wszyscy to rozważaliśmy, włącznie z Bonniem. Czyli odwalił za nas robotę."
"Ulżyło mi. Myślałam, że mu nogi z dupy powyrywacie."
"Nie, skądże! Chociaż John... Nie, powiem mu, aby tego nie robił." - zaśmiała się ochryple.
"To dobrze." - uśmiechnęłam się.
"Tak właściwie to co TY sądzisz o całej sytuacji?"
 "Popieram Will. Miałam podobne przypuszczenia."
"Tego można było się po tobie spodziewać..." - mruknęła.
"Czego?"
"Tego, że wypowiadasz się niepełnie. Chcesz ukryć jak największą część swojej racji."
"To w sumie trochę prawda..." - wyznałam nieśmiało.
"Jak najbardziej lubisz się ubierać?" - to nagle swobodne pytanie wyrwało mnie z nastroju rozmowy, więc dopiero po dłuższym momencie wydukałam:
"Zazwyczaj strój dobieram do pogody i do mojego nastroju. Fryzurę i dodatki stylizuję z pomocą ubioru. Zazwyczaj mam rozpuszczone włosy. Tylko na wyjątkowe sytuacje wiąże włosy, nie licząc uprawiania sportu."
"Aha. A ja dobieram wszystko do pogody i do fryzury. Nigdy nie noszę rozpuszczonych włosów, ponieważ są za długie i źle wyglądają. Czasem spinam je od dołu, żeby wyglądyły na krótsze. Tak robiłam kiedyś i robię tak do dziś." - wypowiedziała się na ten sam temat.
“Mówiąc "kiedyś" miała na myśli przed śmiercią, co?” - odezwał się mój głos. Rzeczywiście, jego protekcyjny ton przypominał mi Bonniego. I zapewne miał rację.
"To ciekawe."
“Może już koniec tej rozmowy, co?” - zahuczał głos.
"Hej, Chicka  nie uważasz, że powinnam już wracać?" - dodałam po ciętej uwadze wewnętrznego głosu. - "Jest już po czwartej..." - dodałam po obejrzeniu się na zegar ścienny.
"Masz rację."
- Ox chyba powinna już iść. - wypowiedziała głośno. Nasze połączenie zerwało się tak gwałtownie, że, aż jęknęłam łapiąc się za skronie. Zwróciłam tym uwagę Bonniego, który po mej reakcji spojrzał gniewnie na Chickę. Ta tylko przepraszająco wzruszyła ramionami. Pod zaciśniętymi powiekami zmysły układały się w podstawowym szyku. Gdy wszystko wróciło do normy otworzyłam powoli oczy, dając znak trzymającemu mnie za ramiona chłopakowi, że może mnie puścić.
- Już wszystko gra. - zapewniłam jednocześnie jego i samą siebie. Kilka razy jeszcze zamrugałam i rozejrzałam się po pokoju. - Raczej już pójdę. - tym razem zwróciłam się do wszystkich.
- Lepiej cię odprowadzę. - mruknął czarnowłosy.
- Dobra.
Po wyjściu z budynku byłam całkowicie zaskoczona przyjemnością jaką sprowadza na mnie chłodny wiatr. Otulał mnie przyprawiającym o gęsią skórkę podmuchem powietrza. Przystanęłam, aby głęboko zaczerpnąć świeżego powietrza. Słyszałam jak Bonnie robi to samo. Czułam siłę energii emenującą z pobliskich drzew i krzewów. Jednak jeszcze większą energię wydzielał obiekt stojący niedaleko mnie. Jego moc pulsowała w rytm mojej. Miała kolor granatowo-fioletowy. Wiedziałam, że to Bonnie. Poczułam równie mocną falę mocy dalej ode mnie. Była żółto-pomarańczowa. To pewnie Chicka obserwowała nas przez okno, jak miała w zwyczaju. Otworzyłam oczy.
- Chodź już. - uśmiechnął się podający mi rękę chłopak stojący trzy kroki ode mnie. Uścisnęłam ją i resztę drogi trzymaliśmy się za ręcę. Na samym początku poczułam zawstydzenie przed Chicką, ale po sekundzie minęło. Droga do domu minęła mi bardzo szybko. Przy drzwiach pożegnałam się z moim chłopakiem. Szedł w lewo. Przez chwilę na niego patrzyłam. Obejrzałam się na drzwi, aby pod przypływem wiatru znów obrócić się w stronę Bonniego. Już go nie było. Zniknął, wyparował. Weszłam do domu i przywitałam się z rodzicami w salonie. Po dotarciu do swojego pokoju ujrzałam braci przed moim laptopem. Grali w gry.
- W co gracie? - zagadnęłam odrzucając telefon na łóżko.
- W monster traki! - zawołał Kayl patrząc jak Mike z pomocą klawiszy wywraca auto do góry nogami. - Dobrze, a jak skończycie to dacie siostrzyczce za pięć minutek komputer?
- Tak. - odpowiedzieli jednocześnie i niechętnie.
Tymczasem ja zajęłam się pisaniem z Rickiem.
"Co tam? Bracia okupują komputer. 
..."
"Nic. Jestem już w domu. Przeglądam grafik. Idziesz jutro do pracy?" - odpisał po minucie.
"Jeszcze nie wiem, ale możliwe, że pójdę."
"Aha. To nie będę samotny "
"Taaa. Masz dzienną zmianę?" - spytałam.
"Nie. W pon i wt nie." - odpisał.
"Spoko, czyli do zobaczenia na nocnej zmianie?"
"Raczej tak."
Podeszłam do młodych i odgoniłam ich od sprzętu elektrycznego. Na ekranie widniała data:
21 czerwca 2015r.
Niedziela 11:56pm
"Niedługo północ..." - zauważył głos.
"Taaa." - odparłam mu w myślach nie oczekując odpowiedzi.
*****
Sądzę, że to i tak gówno.
Pozdrowienia, Betha ♥♡♥♡

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Rozdział 13

No dalej! Brniemy w to gówno!
*****
*Bonnie*
Umysłem muskałem od jej biodra po żyłach, aż do serca potem przeszedłem tętnicą do jej szyi następnie lustrowałem jej twarz, wargi, nos i oczy. Jej tęczówki były fiołkowe, więc śniła o czymś miłym. Potrafiłem wyczuć kolor jej tęczówek pomimo zamkniętych powiek. Przydatne, nie?
Powoli otwierała oczy. Zamrugała i patrzyła na mnie. Uśmiechnęła się.
- Jak długo spaliśmy?
- Jakieś ponad cztery godziny. - odpowiedzałem.
- Nie tak źle. Pewnie teraz jest koło wpół do trzeciej...
- Tak, umiesz liczyć. - przytaknąłem.
- Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne, wiesz! - powiedziała i poczochrała mi włosy. Wstała i zamknęła się w łazience. Podejrzewam, że poszła się kąpać. Próbowałem wejść do jej mózgu, ale wzniosła w głowie mury i nic nie wskórałem. Oparłem się o drzwi łazienki i słuchałem jak woda uderza o jej skórę.
- Jak myślisz, czy to się kiedyś wyjaśni? Czy Scott da se spokój? Czy jesteś bezpieczna?
- Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem tylko, że kiedyś będę musiała pokonać Scotta. - odpowiedziała mi zza drzwi.
- Martwię się, że nie wszyscy wyjdą z tego cało...
- Wyjdą, wyjdą! Nie zamartwiaj się tak. - powiedziała i wyszła z łazienki w czystych ubraniach i z mokrą głową. Poczułem ulgę, że mury upadają. Spokój rozlał się po mnie całym.
- Tak lepiej. - mruknąłem.
- Zgadza się. - przytaknęła i zaczęła coś wystukiwać w ścianie. Oparła się plecami o równą powierzchnię. Podszedłem do niej i szepnąłem:
- Czujesz to?
- Co? Ten zapach? Niepokoi mnie, ciebie też?
- Tak. Zaczynam go rozróżniać... - nagle serce zabiło mi szybciej. Wiedziałem czyj był ten zapach. Złapałem ją za rękę i wyszedłem z nią przez okno. Biegliśmy przez ulice i uliczki, aż zapach znikł zupełnie. Oboje sapaliśmy ze zmęczenia.
- To on! Ale dlaczego poczułeś go wcześniej niż ja? - spytała zdyszana.
- Magiczne istoty płci męskiej szybciej analizują otoczenie i kolory ludzi. Oczywiście są wyjątki, ale ty nim chyba nie jesteś. - przez chwilę milczałem. - On znowu chce cię dorwać! Nie może dać sobie spokój?!
- Najwidoczniej nie. - zripostowała spokojnie.
- Znów majaczy mi jego zapach... Chodź. - powlokłem ją za rękę do ciemnej uliczki. - Tutaj trudnej mu będzie nas namierzyć. - widzieliśmy jeszcze jak parę razy przechodził koło wejścia do uliczki. Za którymś razem spojrzał prosto na mnie. Ox ukryła się za mną. Najprawdopodobniej stwierdzając, iż nie jestem jego celem, poszedł sobie. Nagle zza moich pleców dobiegł mnie łagodny głos.
- Poszukiwanie i gonienie was mi się znudziło. Nie chcę być tym złym. Założymy małą umowę? - chwilę czekał na odpowiedź, ale po jednoznacznym milczeniu z naszej strony kontynuował. - Nie chcę twej mocy, Oxanne. Wystarcza mi moja. Już nie chcę cię krzywdzić. Minęło mi, ale po przejściu na jedno, nie można się cofać. Więc co odpowiedni okres będziecie mi dostarczać krwi Oxanne. To będzie dowód, że was ścigam. Umowa stoi? - jego głos był szczery i lekko znudzony.
- Możemy mu zaufać? - szepnąłem.
- Chyba... - odparła.
- Dobrze umowa stoi. Ufamy ci. - zwróciła się do zielonookiego. - Ile chcesz na początek?
- Sama zdecyduj. - oświadczył i podał jej nóż. Przecież w nożu mogła być trucizna! Już chciałem jej to powiedzieć, gdy się powstrzymałem.
- Nie, dziękuję. Mam własny. - powiedziała i wyjęła z za paska spodni wąski scyzoryk. Przecięła nim skórę we wnętrzu dłoni i upuściła do 2/5 buteleczki, którą podał jej Scott.
- Zadowolony? - burknęła do brata jej szefa i patrzyła jak rana posłusznie się zasklepia.
- Tak. To na razie, dzieciaki! - powiedział i rozpłynął się w cieniu brudnej uliczki.
Nigdy więcej nie chciałbym takiej konfrontacji. Już sam nie wiem czy jest naszym wrogiem, czy nie... W każdym razie powinniśmy to powiedzieć reszcie.
- Oxana, nie uważasz, że...
- Wiem, słyszałam co myślisz. A jaką bajeczką ich nakarmimy w związku z tym, dlaczego byłeś ze mną?
- Musimy pomyśleć.
- A może po prostu przyszedłeś ze mną pogadać o moich umiejętnościach i, zobaczyłeś go, więc ze mną uciekałeś? A dalej powiemy im prawdę. Ok?
- Niezły pomysł, tylko dlaczego miałbym rozmawiać z tobą o mocy?
- Ponieważ mój ojciec cię poprosił i ufa ci, bo Fazbear cię zna. Dobre?
- Wspaniałe! To idziemy.
Gdy doszliśmy do budynku jeszcze raz powtórzyliśmy tą bajkę. Potem weszliśmy i udawaliśmy przerażenie. Opowiedzieliśmy wszystkim o tym, co się stało. Tym razem był tam też Rick z jakąś lalunią-szmatą.
- Moim zdaniem powinniśmy mu zaufać, ale połowicznie, żeby nie wkopać się w jakieś gówno. - zaproponowała Will.
- Tak. - zgodziłem się z nią. - Gdyby chciał coś zrobić Oxanie, to miał okazję. - dodałem.
*Oxanne*
- Tak. - zgodził się z nią. - Gdyby chciał coś zrobić Oxanie, to miał okazję. - dodał. Stałam tuż obok niego, a i tak jego głos wydawał mi się odległy... Moje zmysły na przemian polepszały się i powracały. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Ból głowy rozsadzał mi czaszkę. Bonnie zmarszczył brwi i spojrzał na mnie. Ja tylko straciłam przytomność i upadłam w jego ramiona. Przez chwilę czułam jego niepokój i ciepło ramion. Jednak po chwili moja głowa leżała na jego kolanach. Usłyszałam jak zasyczał z bólu. Mimo braku widoczności moje zmysły podczas omdlenia nie wyłączyły się. Jednak nie mogłam poruszać ciałem. To sugerowało, że byłam w omdleniu. Bonnie pewnie też miał problem z uspokojeniem zmysłów.
"Spokojnie. Wycisz się. Nie koncentruj się na otoczeniu. Słyszysz tylko mój głos. Oddychaj. Niech zmysły same się poukładają. Zostaw je w spokoju." - mówiłam w jego umyśle łagodnym i opiekuńczym tonem. Słyszałam jego wyrównujący się oddech. Lekko się uśmiechnęłam. W tym samym momencie otworzyliśmy oczy. Patrzyliśmy prosto na siebie.
- Masz rację, to pomaga. Rób mi tak częściej. Dlaczego twoje zmysły się nie wyłączyły?
- Bo twoje też nie. Jesteś częścią moich zmysłów.
- Powiedzieć im?
- Nie wiem. Albo mogą sobie pomyśleć, że się zakochaliśmy, albo ewentualnie John, Jack lub Will będą się domyślać o co chodzi.
- Masz rację. Chyba im powiem. - odchrząknął i spojrzał na zdumione twarze naszych przyjaciół. - Mam w sobie krew Oxany. Nie, nie dlatego, że ją ugryzłem. Gdy byliśmy mali przetransfuzowano mi jej krew. Wtedy jeszcze byłem człowiekiem. To było jakieś półtora roku przed przemienieniem w animatronika. - wszyscy zdziwili się niezmiernie.
- Czyli masz dodatkowe moce. I do tego swobodną łączność z Oxanne. Nie tylko z nią, ale i z jej zmysłami, umysłem, i podświadomością. Ciekawy przypadek. - rozważał na głos John, a my pokiwaliśmy głowami na znak potwierdzenia jego wypowiedzi.
- A więc za to było to "dziękuję za wszystko"! - odezwała się Chicka. Powtórzyła słowa Bonniego z naszego pierwszego spotkania. Zamknęłam oczy, on też.
"Moje zmysły już się uspokoiły, ale nieznacznie drżą." - odezwałam się w jego głowie.
"Moje tak samo. Musimy ochłonąć. Zauważyłaś, że są wszyscy, nawet Foxy, Jack i Marionetka."
"Tak, wiem. Ciekawe, czy to zbieg okoliczności." - odparłam.
"Taaa. Czuję lekki powiew powietrza. Chyba ktoś macha mi przed twarzą."
"Mi też. Wracajmy już."
"Ok." - rzucił.
Oboje naraz otworzyliśmy równie bursztynowe oczy. Przez chwilę się na siebie patrzyliśmy, po czym skoczyliśmy sobie do gardeł. Ja przyszpoliłam go do ściany i chciałam mu poderżnąć gardło, ale wyrwał mi nóż z ręki (przy czym zdążyłam zadrapać mu policzek) i przebił nim mój brzuch. Zawyłam z bólu, ale się nie poddawałam. Skoczyłam na niego i przywarłam całym ciałem. Już chciałam go ugryźć, ale kopnął mnie i zatoczyłam się do tyłu. Teraz on leżał na mnie. Obnażył kły i gdy tylko zanurzył je w mojej szyi oboje się opamiętaliśmy. Chwilę byliśmy w takiej pozycji, aby później się od siebie odsunąć. Małe wgłębienia na szyi same się zabliźniały. Patrzyliśmy na siebie zdumieni. Nasze tęczówki znów miały normalne kolory. Spojrzeliśmy w bok pytającym wzrokiem, ale nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Po tym jak ze mnie zszedł dotknął palcami mojego brzucha, który pod wpływem jego dotyku goił się natychmiastowo. Na to też mieli rozdziawione buzie.
- Bluzka już zostanie taka poszarpana. - powiedział.
Dotknęłam jego policzka. Skóra Bonnie'go zareagowała jak moja - pod wpływem mojego dotyku rozcięcie zasklepiało się.
- Sumienie już zostanie takie poszarpane. - uśmiechnęłam się, a on tylko przewrócił oczami.
- C-co to kurwa było?!?! - nawrzeszczała na nas Chicka. A już ciszej dodała. - Ja pierdolę, jakie pojebańce...
- Kiedy nasze oczy stają się bursztynowe połowicznie się przemieniamy. Taka forma jest dosyć niebezpieczna, ponieważ pierwsza osoba jaką ujrzymy, będzie naszą ofiarą i będziemy chcieli ją zjeść... Podobna forma co do pełnej, ale w tym przypadku nie mamy nad sobą kontroli i nawet jeżeli to przyjaciel, to w takim momencie mało będzie to cię obchodziło. W momencie połowicznej transformacji twój kręgosłup moralny i zdrowy rozsądek gdzieś znikają. Otoczenie się wycisza. Słyszysz tylko niewinne bicie serca swej ofiary. Potem liczy się tylko zabicie jej. TYLKO. - wyjaśnił energicznie Bonnie.
- Ciut straszne. Nie chciałbym być znowu w takiej sytuacji... - powiedział cicho Rick.
- ZNOWU?!?! - wydarli się chórem.
- Tak. Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy z Oxaną byłem w podobnej sytuacji, tylko, ja się nie broniłem. Gdyby nie  to, że się nagle opanowała... Rozszarpałaby mnie! - dodał.
- Nie przesadzaj, Rick. Tylko okaleczyłabym cię... Z resztą! Nie ważne. - ucięłam temat.
- Ona ma rację. - poparł mnie Bonnie. - Lepiej zajmijmy się czymś pożyteczniejszym. Na przykład dlaczego Scott tak nagle porzucił ciemną stronę?
- Możliwe, że to przez to, iż chciał tylko pójść nie na rękę swojemu bratu. Ale ostatecznie nie chciał nigdy wyrządzać nam krzywdy... A ta scenka z Fazbearem była tylko po to, aby odstawić jego ojcu komedię. - ostatniemu zdaniu towarzyszyło kiwnięcie głową na Johna. Uwagi Will chyba były trafne lecz nie można było tego potwierdzić.
- Całkiem trafne, ale gwarancji brak. - wymamrotałam dostatecznie głośno, aby reszta mnie usłyszała. Nadal miałam lekką zadyszkę po walce z Bonniem. Zastanawiałam się dlaczego Scott nie lubi brata, gdy telefon w mojej kieszeni zaczął grać rytmiczny dzwonek powiadamiający o połączeniu przychodzącym.
*****
Kolejne wydanie czytalnej porażki już niedługo! Na razie macie to... coś. Coś na pewno.
Pozdrowienia, Bethany

niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 12

Cześć. Będę dalej pisać to posrane gówno.
*****
*Oxanne*
- Halo? - powiedziałam do słuchawki.
- Cześć. Muszę z tobą pogadać. Mogę przyjechać? - poznałam głos mojego chłopaka.
- Tak, a o co chodzi, Rick? - Miałam cichą nadzieję, że chce ze mną zerwać.
Po jego przyjściu udaliśmy się do mojego pokoju (nie, nie wszedł przez okno jak reszta!). Rozmawialiśmy przez chwilę o niczym i mój sen się ziścił. Rick powiedział, że musimy się rozstać, przyznałam mu rację. Oboje mieliśmy kogoś innego. Jego miłością okazała się być Alex, która była ruda i zielono-oka. Ja swojega partnera nie wyjawiłam.
- Przyjaciele? - spytał.
- Przyjaciele. - nasze wisiorki wciąż tworzyły napis "Best Friends Forever". Wygląda na to, że miało tak pozostać. Nie czułam się przy nim niezręcznie, jak się spodziewałam. On przy mnie, chyba też nie. Na razie było ok. Teraz mogłam flirtować z Bonnie'm bez wyrzutów sumienia. Po jakiś 30 minutach Rick wyszedł. Znowu zostałam sama. Nawet mi to odpowiadało. Chłopcy byli cicho, a rodziców było słychać minimalnie. Poszłam spać. Śnił mi się Bonnie, który w ciemnej uliczce podpierał jakąś dziewczynę do ściany. W jej oczach błyskotał strach. Bonnie powoli przysunął się bliżej i odsłaniając jej bark, ugryzł ją w ramię. Dziewczyna zawyła, a on pospiesznie ssał, jakby go miano zaraz ze zwierzyną rozdzielić. Młoda nadal wyła z bólu.
- Zamknij się! - na chwilę się od niej odsunął. - Chcesz ból czy nie? - pokręciła głową. - Ciesz się, że jestem litościwy. - powiedział i szybko skręcił jej kark. Potem dalej ssał z martwego ciała jeszcze ciepłą krew. Po tym jak wyssał ją co do kropli mruknął:
- Kurwa, jestem jak Kaspar! I do tego Ox, jest jak Violet... - puścił trupa, aby bezwładnie osunął się na ziemię. Potem odszedł z kapturem na głowie i wtopił się w tłum.
Nagle się obudziłam. Nie krzyczałam. Po prostu wstałam, wzięłam prysznic i się ubrałam. Była 9.00. Minęła już godzina odkąd wstałam... Usiadłam na łóżku i wytężyłam zmysły. Czułam kroki mamy w kuchni. Zgięcie podłogi w miejscu, krzesła, na którym siedział tata. Chłopcy oglądali telewizję na kanapie w salonie. Słyszałam wyraźnie głosy bohaterów kreskówki. Wszystkie bicia ich serc mieszały się. Serca braci biły szybciej podekscytowane bajką. Tętno rodziców było spokojne i normalne. Poczułam powiew dodatkowego powietrza w pokoju. Okno z uchylonego było otwarte. Otworzyłam oczy. Zakręciło mi się w głowie, a zmysły wracały do stanu początkowego. Zobaczyłam obok siebie jakąś postać o czerwonych oczach. Na początku się przestraszyłam, lecz, gdy spostrzegłam, że to królik, uspokoiłam się. Nawet ucieszyłam.
- Witaj. Co porabiasz? - już nie widziałam jego profilu, ale stał ze mną twarzą w twarz.
- Ćwiczyłam smysły.
- Gdy układają się do porządku trochę boli, nie? Ale za to możesz wyczuć bicie serca osoby, która stoi 300 m dalej. Jak tam węch?
- Nawet ok. Ale najlepiej idzie mi ze słuchem.
- Mi też. Ale ty za to potrafisz wyczuć i rozpoznać osoby po zapachu ich krwi. Ja mam za mało twoich genów, aby to potrafić.
- A normalnie nie mógłbyś tak robić?
- Nie. Ja i reszta jesteśmy tylko przypadkowymi, połowicznymi istotami magicznymi. Nie mamy specjalnych umiejętności. Nie licząc, że umiemy wysysać krew i jesteśmy wytrzymalsi, a rany same się goją. To umiejętności podstawowe. Każdy je ma. Jednak ja mam dodatkowe zdolności takie jak wyostrzenie niektórych zmysłów, dzięki twoim genom.
- Hmmm. Zastanawiające.
- Tak, możliwe. Tylko dziwniejsze jest to, że dziedziczne istoty magiczne bez specjalnego tytułu, jak ty, mają te same zdolności co Freddy, Chicka itd.
- Czyli podstawowi dziedziczni nie są wyżej szczeblem od was?
- Nie. Nawet jesteśmy wyżej, bo mamy dwukolorową krew, a oni jednokolorową.
- Dlaczego srebrna krew rani niebieską?
- Był u ciebie Foxy? Mogłem się tego spodziewać. - na chwilę spuścił wzrok ze złości, ale podniosłam mu podbródek.
- Odpowiedz.
- Znasz prawa natury?
- Co?
- Ropa i inne zanieczyszczenia szkodzą morzu, a metal rdzewieje od wody.
- W takim razie to niebieska krew powinna truć srebrną.
- Ale w tym świecie są inne zasady. Czerwona krew, której jest tak mało w porównaniu do kolorowej jest najmniej warta, za to kolorowa jest ceniona. Tutaj nie ma zasad, ani logiki. Jest sprzeczność.
- Mało sensowne, ale dziękuję, że mi to wytłumaczyłeś.
- Nie ma za co. - uśmiechnął się.
- Czy gdy ze mnie piłeś, wiedziałeś o kolorze mojej krwi? - musiałam przestać zadawać tak dobitne pytania.
- Oczywiście. Wiedziałem, że nazywasz się Oxanne Whime. Nic więcej nie trzeba było. Znałem imię dziewczyny, która dała mi krew. Widziałem jak ją jej pobierali. Była złotawa. To tłumaczyło wszystko.
- A Foxy mówił, że olałeś kolor mojej krwi!
- Bo nie wiedział, że go znam. Nikt nie wie o tej transfuzji sprzed 13-stu lat. Tylko ty i ja. To dlatego.
- Aaaa. Teraz rozumiem.
- Masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie, to wszystko. Tylko jedno. Po co tu przyszedłeś?
- Ponieważ musiałem cię zatrzymać. Jeżeli za bardzo oddzielisz ciało od umysłu może ci się coś stać. Tylko bliska ingerencja z zewnątrz potrafi wybudzić. Więc więcej nie zatracaj się tak w biciach tych małych serduszek. - mówił zapewne o moich braciach. - Muszę ci powiedzieć jedno. Dzięki twojej krwi nie muszę się wysilać ani koncentrować jeśli chcę przeczytać twoje myśli. Ty do moich też masz swobodny dostęp. Czasami mogę ci się śnić, ponieważ, gdy twój umysł odpoczywa lustruje cząstki krwi. Mój tak samo. Może nawet być tak, że nieświadomie podczas snu będziesz przeglądać mi wspomnienia. - to chyba tłumaczyło mój dzisiejszy sen...
- Nie wiem, czy się śmiać czy płakać.
- Ja też nie. To jak bezwarunkowe szpiegowanie.
- Ta. Niezbyt wygodne. - dodałam.
Potem jeszcze rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, aż spytałam:
- Kim jest Violet?
- Każdy ma swoje odzwierciedlenie w chociaż jednym wymiarze innym niż naturalny. Twoim odzwierciedleniem świata bocznego jest Violet. Ona i Kaspar są połączeni umysłami, a my krwią, ale ich symptomy są podobne. Kaspar to moje odzwierciedlenie. Jednak póki nie jesteśmy w ich ciałach mają własne życie. I tak się trafiło, że o moim odzwierciedleniu dowiedziałem się przypadkiem. I to akurat wtedy, kiedy było ono moim przyjacielem. - słuchałam go uważnie.
- Jak to? Są inne światy? - tylko to mnie niepokoiło.
- Tak. Są światy boczne, czyli podobne do siebie i światy główne. Czyli światy wielkich innowacji i światy podstawowe typu 1 i 2. Świat 1 jest cielesny i nielitościwy. Świat 2 jest emocjonalny i pobłażliwy. Razem tworzą fundament wszystkich światów. My żyjemy w jednym ze światów bocznych. W światach podstawowych nie ma magii. Tylko w 2 świecie są duchy. Nic więcej.
- Dziwne... Ale ciekawe. Opowiedz jeszcze! - prosiłam. Położyliśmy się na łóżku, a ja oparłam głowę o jego tors. Wsłuchiwałam się w jego serce, a on opowiadał.
- W jednym ze światów głównych mieszkają wszelkiego rodzaju stworzenia magiczne. Nie ma tam ludzi. Krew jest eksportowana z innych światów i sprzedawana. Istnieją tam stworzenia, które każą się nazywać bogami. Każdy ich potomek do liczby siedmiu jest włączany do gry o posadę. Zawsze to Bóg ma dzieci z Diabłem. Jeżeli potomków jest więcej, Wyrocznia decyduje, kto gra, kto nie. Ten kto odpadnie, ginie. Nikt go nie zabija, z niewiadomych przyczyn zatrzymuje się w nim życie. Każde z dzieci ma dowolne imię, ale nazwisko jest wybierane przez Wyrocznię. Każdy dostaje nazwisko po jednym grzechu głównym:
Sloth (lenistwo)[slot],
Lust (pożądanie)[last],
Pride (pycha)[prajd],
Wrath (gniew)[wrat],
Envy (zazdrość)[enwi],
Greed (chciwość)[grid],
Gluttony (obżarstwo)[glatoni].
Jeśli walkę o tron zdobędą dwa osobniki płci tej samej, zakładają oddzielne rodziny. Rodzina Diabła walczy o tron Diabła, a rodzina Boga walczy o tron Boga. Jeśli wygrają różne płci, mają kolejne pokolenie i Diabłów, i Bogów. Ale jeśli znowu to samo, dalej brniemy w oddzielne rodziny. W tej kadencji było ośmioro potomków. Trojaczki. To jedna z nich musiała odpaść. Elisabeth, Alex i Winnie [czytaj: łini]. Wyrocznia zadecydowała, że to Winnie odpadnie i tym samym nadała bliźniaczkom nazwiska:
Elisabeth Lust i
Alex Sloth.
Winnie umarła z niewiadomych przyczyn. Obie były wtedy małe, ale pamiętały siostrę. Tak rozpoczęła się walka. Od najstarszego do najmłodszego rodzeństwo walczyło o posady:
John Pride (chłopak),
Elisabeth Lust (dziewczyna),
Alex Sloth (dziewczyna),
Tonny Envy (chłopak),
Late Greed (chłopak),
Ginni [czytaj: dżini] Gluttony (dziewczyna),
Maxymilian Wrath (chłopak).
John był dhampirem, pół człowiekiem, pół wampirem. Bliżniaczki były wampirkami, Tonny homunkulusem - zmienno-kształtną istotą magiczną z tylko jednym talentem. Late to tak jak ja, pół robot, pół człowiek. Ginni jest ghoulem. Istotą, która żywi się ludzkim mięsem, a jakiekolwiek inne jedzenie jej szkodzi. Nie licząc kawy i wody mineralnej. Tego czuje smak i nie przeszkadza jej to. Za to Max był wilkołakiem.
Wygrały bliźniaczki. Alex została Bogiem, a Elisabeth Diabłem. Uzyskały kremową krew - boską krew. Założyły nowe rodziny, a walka o tron jeszcze się nie rozpoczęła. Każda z nich urodziła trojaczki. Alex, chłopców, a jej siostra, dziewczynki. Wszystkie wymiary czekają, aż gra o tron się rozpocznie... Ale księżniczki uciekły ze swojego wymiaru. Nie wiadomo gdzie się obecnie znajdują, wiadomo jedynie, że zabrały ze sobą rodziny. To tyle.
- Ciekawe. Jak myślisz, czy moim odzwierciedleniem mogłaby być jedna z bliźniaczek?
- Nie wiem. - odpowiedział.
*Bonnie*
- Nie wiem. - odpowiedziałem. Zacząłem głaskać ją po głowie, a ona przytulona do mnie, leżała. Też oparłem do tyłu głowę i trzymałem rękę na jej biodrze. Poczułem czyjś zapach. Nie przejąłem się tym. Ktoś uchylił drzwi do pokoju. To mama Oxany. Na moment się zdziwiła, ale potem uznała to za słodkie i cicho zamknęła drzwi. Zacząłem delikatnie przeglądać jej wspomnienia. Moje pierwsze wrażenie na niej. Strach, gdy przykładałam jej scyzoryk do policzka. Satysfakcja z tego, że znajomi widzieli ją na moich rękach. Przyjemne ciepło, gdy ją przytulałem. Miała co do mnie tak różne odczucia, że aż podobne. Ja o niej miałem tylko jedno słowo:
miłość.
Potem zostawiłem jej wspomnienia i usnąłem mając umysł otwarty. Jej zmysły wlewały się do moich, a moje do jej. Nie wiem, które wspomnienie teraz odtwarzała, ale ja widziałem to, w którym ją ugryzłem i naszą późniejszą rozmowę.
Po przebudzeniu się zobaczyłem, że jest 2:21 pm. "Trochę spaliśmy." pomyślałem. Moja dłoń nadal spoczywała na jej ciele. Zacząłem wsłuchiwać się z całą intensywnością w bicie jej serca.
*****
Za romantyczne mi wyszło...

Rozdział 11

Kontynuuję tę pikantną historię. Spoiler:
Będzie chyba sytuacja jak w Violettcie (której nie lubię) xd. Thomas czy Leon?
Rick czy Bonnie?
Nie wiem co napisać!!!
*****
*Oxanne*
- Bo-bonnie, wy-wystarczy... - wydukałam. Zmusiłam się aby wziąć rękę z jego pleców. Odnalazłam nią jego twarz i pogładziłam go po wargach. Zrozumiał. Odsunął się nieznacznie, ale nadal trzymał mnie w ramionach. Spojrzał na mojego ojca z chytrym uśmieszkiem. Ja spojrzałam na rodziciela przepraszającym wzrokiem. Ojciec natychmiastowo się wycofując zamknął za sobą drzwi. Nic nie powiedział, nie skomentował. Opadłam na łóżko, a Bonnie obok mnie.
- Potrafisz robić niezłe szopki. - mruknęłam masując lekko obolałą szyję.
- A ty potrafisz szybko wczuwać się w rolę. - dogryzał mi.
- Dzięki. - odburknęłam. - Do czego ci to było tak w ogóle?
- Do niczego. Lubię denerwować dorosłych, a szczególnie rodziców, bo sam nie miałem szansy tego robić... - po tej odpowiedzi na nowo zrobiło mi się go żal. Uśmiechnęłam się do niego.
- Nie martw się... Będzie lepiej... - pocieszałam go patrząc na niego. Przypominał mi starszego Kayl'a. Mam nadzieję, że mój brat w przyszłości też będzie taki przystojny... Szczerze to był nawet przystojniejszy od Ricka, którego nie widziałam już od jakiegoś czasu...
- Dziękuję. - zaśmiał się.
- Za co?
- Za to, że tak o mnie myślisz. - zaczerwieniłam się. Przecież nie próbowałam czytać jego myśli.
- To nie to, co myślisz. Gdy byłem malutki, miałem wypadek samochodowy... - zaczął, a ja się zmartwiłam. - Abym przeżył przelano mi krew jakiejś dziewczynki... - wiedziałam do czego zmierzał. Jak miałam z 5 lat pobrali mi krew dla jakiegoś chłopczyka, bo miałam bardzo zdrową krew i przypadkiem tej samej grupy... - Zapewne już domyślasz się o czym mówię... - wziął mnie za rękę.
- We mnie płynie twoja krew. - powiedział to stanowczo, acz łagodnie.
- Wiem. I cieszę, się, że mogłam ci ją dać. - wyszeptałam i się do niego uśmiechnęłam.
- Myślałem, że mnie znienawidzisz... Traktowałem cię jak moją własność... A tak naprawdę to ja jestem twoją własnością...
- Nie mów tak. Każdy na barkach taszczy wyłącznie własne życie! Nie obrzucaj mnie tą odpowiedzialnością! - oboje się zaśmialiśmy, a jemu wyraźnie ulżyło. Nagle do mojego pokoju wkroczyła matka z miną, jakby spodziewała się horroru, a my stanęliśmy na równe nogi nadal trzymając się za ręcę. Mama widząc spokój i normalność spojrzała na mnie dziwnie.
- Skoro tu nic się nie dzieje to twojemu ojcu wraca odpał. - zauważyła wbijając wzrok w nasze splecione dłonie. - Tak, więc, pa, dzieci! - zawołała i promiennie się uśmiechnęła.
- Twoi rodzice na pewno są po ślubie, bo mi wyglądają na rozpadającą się parę od tygodnia.
- Przestań! - szturchnęłam go lekko w bok.
- Chcesz iść do reszty?
- W sumie... Dawno ich nie widziałam...
- To chodź! - powiedział i nim zdążyłam zaprotestować wziął mnie na ręce, i wyskoczył przez okno.
- Rick miał rację. Jesteś lekksza od piórka mruknął niosąc mnie przez podwórko, a ja czerwieniłam się przed zdziwionymi sąsiadami. Gdy wchodziliśmy na chodnik nachyliłam się i szepnęłam:
- Możesz mnie już postawić.
- Mogę?
- Tak, w zupełności. - myślałam, że mnie postawi, ale on się zaśmiał.
- Skoro mogę, to nie muszę. - cicho jęknęłam i dałam się mu nieść.
- Innym powiemy, że skręciłam kostkę, ok?
- Ok.
Więcej żadne się nie odezwało. Tylko leżałam w jego ramionach i przytulałam się do jego torsu. Kątem oka dostrzegłam Molly z Matt'em, mieli rozdziawione buzie, a ja im pokazałam język.
- Coś się stało? - szepnął.
- Nie, nic. - dałam mu buziaka w usta i popatrzyłam z ukosa na przyjaciół, którzy jeszcze bardziej się zdziwili niż on.
Gdy docieraliśmy do hotelu rozluźniliśmy uścisk, a ja przybrałam minę obrażonej, gdy weszliśmy do ich salonu. Byli tam wszyscy. Tylko Rick był nieobecny. Odetchnęłam z ulgą. Chyba nie przyjdę na nocną zmianę z powodu "skręconej" kostki.
- Co jej się stało?! - wykrzyknęła Chicka i zaczęła wokół nas skakać z przejęcia.
- Spotkałem ją na ulicy i, gdy szliśmy skręciła kostkę, więc wziąłem ją na ręcę. - wytłumaczył, a ja tylko na potwierdzenie tych słów kiwałam głową.
- Jakie romantyczne! - zaćwierkała blondynka.
- Wcale nie! - zaprzeczyliśmy jednocześnie.
- Dobra, dobra. To co z tą kostką? Daj opatrzę ci ją! - podekscytowała się.
- Lepiej ja to zrobię, ty nie umiesz kurczaczku. - wtrącił Bonnie. Chicka spochmurniała.
- Dobrze. - uległa z niechęcią.
Usiadłam na sofie obok "kurczaczka", a były króliczek opatrywał mi nogę. Dotyk jego ciepłych rąk na skórze był kojący.
- Tak dobrze, nie uciska cię zbytnio?
- Nie, jest ok. - odpowiedziałam mu z uśmiechem, a Freddy nam się przyglądał, podobnie z resztą jak Chicka. Tylko mój brat gdzieś zniknął.
- Gdzie Foxy? - zapytałam z ciekawości.
- Pewnie jak zwykle gdzieś się szlaja. - powiedziała z obrzydzeniem Chicka.
- Aha.
Siedziałam z nimi i rozmawiałam jeszcze dosyć długo.
- 10:37pm. Nie powinnaś już iść? - wyraził się czarnowłosy.
- Tak, chyba tak...
- Odprowadzę cię.
- Ok. - zgodziłam się.
Wziął mnie pod ramię i pomógł wyjść z budynku.
*Chicka*
Bonnie pomógł wyjść Ox z budynku. Na początku szedł z nią pod ramię, ale, gdy tylko wyszli z hotelu (obserwowałam ich przez okno) wziął ją na ręce. Ona przytuliła się do niego i coś tam rozmawiali. Zrobiłam się trochę zazdrosna. Chyba nasz króliczek zakochał się w księżniczce... Ma przesrane. Albo oboje mają przesrane. Zależy...
*Bonnie*
Niosłem Oxanę, aż pod jej dom. To było przyjemne odczucie, gdy niewinna dziewczynka się do ciebie przytula i ci ufa. Żadna z moich poprzednich zabawek nie była taka... Inna. Kurwa... Chyba się w niej zakochałem. Popatrzyłem na nią ostatni raz i dałem jej buziaka w usta po czym odszedłem. Ona została z obandażowaną nogą przed drzwiami. Po chwili czucia na mnie jej wzroku usłyszałem jak wchodzi do domu. Udałem się z powrotem do kremowej budowli, a zaraz po powrocie Chicka na mnia naskoczyła:
- Co ty sobie kurwa do chuja wyobrażasz?! - miała skłonność do przeklinania.
- Gdzie Freddy?
- W dupie! Poszedł gdzieś! A ty, co?! Nie przywłaszczaj sobie księżniczki! Słyszałam, że dała ci się napić! To niedozwolone, wiesz?!
- Picie krwi księżniczki jest niedozwolone, tylko wtedy, gdy księżniczka nie pozwili i, gdy nie ma nadzoru poprzednika. Jej ojciec nas widział, pozwoliła mi. Nie złamałem żadnych reguł. - wytłumaczyłem z anielskim spokojem. Zgasiłem nieco zapał kurczaka.
- Poczekaj! Jeszcze coś na ciebie znajdę! - Bonnie zlustrował te słowa.
- Jesteś o mnie zazdrosna.
- Nie! Ubzdurałeś coś sobie! - zmieszała się.
- W takim razie - zacząłem. - nie zakochuj się we mnie, bo nigdy cię nie pokocham i będę cię tylko ranił. - rzuciłem jej prosto w twarz po czym odszedłem, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Słyszałem jak cicho pochlipuje. Uwielbiałem dźwięk płaczu dziewczyny, ale, gdyby Ox płakała zareagowałbym inaczej? Raczej tak. Może powinieniem przestać być takim chujem? Nie, to byłoby nudne. Będę robił czasem wyjątki dla Oxany.
Nic więcej.
*Oxanne*
Jestem rozdarta. Opadłam na łóżko, na którym parę godzin temu leżałam z Bonnie'm. Pościel miała jego zapach. Przyjemne. Do pokoju weszli bracia.
- Pobaw się z nami! - wrzeszczeli jednocześnie.
- Nie mam ochoty maluchy. - zmusiłam się do uśmiechu i potargałam im włosy. Lekko się zasmucili, ale pobiegli dręczyć rodziców. Z jednej strony czuję się bezpieczna przy Ricku... A z drugiej czuję pociąg do czarnowłosego. Może powinnam być z Bonnie'm, a z Rickiem przyjaźnić się jak najmocniej? Nie, zranię go (Ricka, nie Bonnie'go). A może on też mnie już nie kocha? Wtedy byłoby łatwiej. Może to na serio była ulotna, chwilowa miłość? Albo to w Bonnie'm zakochałam się na chwilę?
- Już nic nie rozumiem! - jęknęłam.
- Ja też nie. - obejrzałam się za siebie - to Foxy.
- Cześć, co ty tu robisz?
- Ja? Przyszedłem porozmawiać z siostrą i ojcem. Mogłabyś go prosić?
- Tak, oczywiście.
Poszłam na dół, po ojca. Patrzył się na moją szyję z niesmakiem.
- Mógłbyś? Muszę ci coś pokazać. Bez ciebie, mamo. - dodałam, gdy zobaczyłam, że rodzicielka podnosi się z fotela.
Udaliśmu się do mojego pokoju. Gdy ojciec go zobaczył wytrzeszczył oczy.
- Jesteś do niej podobny. Nie myślałem, że cię kiedyś spotkam. I to w takiej sytuacji. - ojciec najwyraźniej wiedział, że Foxy to pół-robot.
- Chciałbym cię spytać, co sądzisz o swojej córce. To od tego zależy jej życie. Serio. - powiedział grobowym głosem czerwono-włosy.
Milczałam.
- Mam co do niej mieszane uczucia. Nie chcę, aby zadawała się z tym dupkiem. Jednocześnie żałuję, że nie może żyć normalnie. Wiem, jakie to uciążliwe.
- Dziękuję za twoją opinię. - odparł i ugryzł mnie w rękę. Nie ssał. Po prostu mnie nakłuł i odsunął usta. Nawet się nie skrzywiłam. Moja krew cieknąca z rany nie była zupełnie czerwona, połyskiwała złotem.
- A więc jednak... - mruknęli jednocześnie. Mój tata wyszczrzył kły i nakłuł własną skórę, z której ciekł czerwony poprzeplatany zielenią płyn.
- Straciłem pozycję, ty ją właśnie zdobyłaś. - uśmiechnął się do mnie. Przypomniałam sobie oznaczniki. Złota - najwyższy stopień społeczny. Zielona - przyszła lub była krew niebieska, w tym przypadku, złota. Czyli mój ojciec miał złotą krew, a teraz ja ją mam? Do czego Foxy'emu była opinia mojego ojca o mnie? I dlaczego od niej zależało moje życie?
- Już tłumaczę. - zaczął Foxy, jakby czytając w moich myślach. - Od tego jak myśli o tobie ojciec zależy kolor twojej krwi, niebieska lub złota. Blaszana krew, czyli moja, zatruwa niebieską krew. Więc nie wiedząc czy masz niebieską, czy złotą nie mogłem cię ugryźć. Widzę, że nasz króliczek się o to nie martwił. Patrzył na dwa niewidoczne, minimalne wgłębienia w mojej szyi. Jak on je kurwa zobaczył?!?! Nieważne. Dopiero teraz mu się przyjrzałam. Miał na sobie białą kuszulę i czerwone jeansy kontrastujące z jego włosami. Butami były białe adidasy z czerwonymi dodatkami. Zauważyłam też, że w prawym uchu ma dużo kolczyków obrączkowych wokół konturów ucha.
- Ja już muszę lecieć. Pa, siostra. Pa, Vincent. - pożegnał się i wyskoczył przez okno. Nie zdążyłam się przyjrzeć kiedy, ale nasze nakłucia już dawno się zabliźniły. Czyli mam najwyższy stopień społeczny? Nie czuję się jak księżniczka. Czuję się jak dziwka. Z jednym chodzę, drugiego podrywam, a trzeciego zraniłam. Kurwa. Nie lubię samej siebie. I nigdy nie polubię. Chociaż jeżeli pogodzę się z Matt'em i rzucę Ricka, to powinno być ok. Ale nie chcę go ranić. Z rozmyślań wyrwał mnie mój dzwonek. Wyjęłam telefon z torebki leżącej na łóżku.
*****
Chyba będę pisała określoną ilość znaków w poście, bo coś na danej długości się zacina XD

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 10

Nie mam juz troche sily, ale trudno! Napisze chociaz troche...
*****
- Jaki kulturalny chłopak. Czy między wami coś jest?
- Nie, nie! To tylko przyjaciel.
- A szkoda, byłby dobrym zieńciem... - rozmarzyła się, a ja zmieszałam.
- Nie wyobrażaj sobie! - zaśmiałam się, ale ten uśmiech bardziej przypominał drwiny niż żart.
- Ok, ok. Już się tak nie gorączkuj. Złość piękności szkodzi! - zaśmiała się i zniknęła w korytarzu.
- Ufff... - odetchnęłam i udałam się do pokoju bliźniąt.
Podeszłam do Mike'a i spostrzegłam, iż ssając kciuk pije z niego krew. Skrzywiłam się. Widziałam jak oboje nieświadomie przebijają małymi kłami palce i je ssą, oczyszczając z wszelkiej krwi... Ja też tak robiłam, gdy byłam mała? Zastanowiłam się. Nie przypominam sobie nic takiego, ale pewnie tak. Powoli obudziłam chłopców.
- Nie chcę! - zaprotestowali chórem.
- Ja też nie chcę, a muszę. Już, ruszać odwłoki do kuchni. Matka woła. - tak naprawdę mama nic od nich nie chciała, ale poczułam zapach naleśników, więc zgoniłam ich na dół. Wróciłam do pokoju. Nie miałam co robić, więc się pouczyłam. Zaczęłam od chemii i biologii, bo idą mi najlepiej. Na koniec rozwiązywałam temat i przesłanie jakiejś literatury. Nienawidzę anglika. Jest okropny. Wolę anatomię i chemię. Nauki ścisłe typu matematyka też mi dobrze idą. Jednak z literatury i interpretacji obrazów jest ze mnie kołek. Geografia też za specjalnie mnie nie interesuje. Muzyka to nie moja bajka, a poza tym nie jestem mocno religijna. Tylko fizyka, chemia, biola i matma. To są przedmioty z którymi sobie radzę. Mam talent do języków, dlatego uczę się trzech naraz, rosyjskiego, polskiego i francuskiego. Podobno ma wejść w wakacje język niemiecki lub łacina, ale to uczniowie mają to ustalić. Niestety, ja już w wakacje nie będę chodziła do tej szkoły. Ciekawe czy Molly i Matt idą na studia? Nigdy z nimi o tym nie rozmawiałam. Zadzwoniłam do Molly. Odebrała dopiero po sześciu sygnałach.
- Tak?
- Halo? Tutaj Oxana.
- A! To ty! Nie poznałam cię. Co tam?
- Nic. Chciałam tylko spytać czy nie mogłybyśmy za pół godziny się gdzieś spotkać?
- Mi pasuje. Zapraszamy Matt'a?
- Ok. Gdzie się spotykamy?
- Może pod hotelem niedaleko twojej pracy?
- Spoko. To do zobaczenia!
- Do zobaczenia! - pożegnała się. Głuche piiiiiiip rozorało mi uszy i nic więcej nie usłyszałam. Zaczęłam się szykować. Rozczesałam niesforne purpurowo-krucze fale i spięłam grzywkę w bok. Włosy swobodnie oblewały mi ramiona. Ubrałam się w fioletową spódniczkę w czarne kropki. Do tego gładki, czarny top. Na ramiona założyłam fioletową kurtkę z jakimiś inicjałami z boku rękawa. Do tego szare rajstopy i śliwkowe, okrągłe kolczyki. Na koniec zapięłam na szyi wisiorek od Ricka. Po wsunięciu się w połyskliwe, śliwkowe baletki posmarowałam usta arbuzową pomadką. Nałożyłam lekką kredkę do oczu oraz tusz do rzęs. Byłam gotowa do wyjścia. Na lewą rękę wsunęłam rękawiczkę bez palcy dopasowaną do stroju. Wyślizgnęłam się drzwiami z torebką na ramieniu, w której miałam telefon, portfel, aparat (nie wiem po co, chyba od zajęć fotograficznych), chusteczki i słuchawki.
- Hej! - Molly machała mi sprzed kremowego budynku. Po spojrzeniu w prawo poczułam się dziwnie. Przypomniałam sobie wczorajszą sytuację z Bonniem. Przeszedł mnie dreszcz. Po krótkim czasie dołączył do nas Matt. Zagwizdał na nasz widok.
- Ale żeście się wystroiły! - zawołał. Molly miała włosy spięte w różowo-blond warkocz. Miała jeszcze końcówki sprzed paru miesięcy. Ubrana była w białe legginsy z różową tuniką w białe serduszka. Różowe buty na obcasie nieco ją podwyższały. Do tego różowo-biały cień do powiek, tusz do rzęs i różowa szminka. Molly uwielbiała się malować. Na szyi wisiał srebrny wisiorek z serduszkiem, a na ręce bobłyskiwały kolorowe bransoletki. To ja dałam jej ten wisiorek w drugiej klasie gimnazjum. Matt'a poznałyśmy pod koniec gimnazjum.Teraz kończyliśmy liceum.
- Mam to uznać za komplement, lalusiu? - uniosła brew w kierunku bruneta.
- Co ona taka naburmuszona? - zwrócił się do mnie. Ja tylko wzruszyłam ramionami. Przypomniałam sobie o czym myślałam w domu i zagadnęłam:
- Hej... Wiecie, kończymy szkołę... Zamierzacie iść na studia? - to nagłe pytanie ciutkę ich zdziwiło.
- Ja naprawdę nie wiem. Już jestem rozdarty, a do tego mam myśleć o studiach! - stęknął Matt.
- Ja chyba pójdę na nauki ścisłe... - zastanawiała się Molly. - A ty powinnaś pójść ze mną!
- J-ja?! - omal nie zaksztusiłam się powietrzem.
- Nie... Molly, ona powinna pójść na języki! - poprawił ją Matt..
- Przecież świetnie się uczy bioli i chemii... Niech pójdzie na anatomię! - zaproponowała przyjaciółka.
- Mamy dość lekarzy. Jest mało tłumaczy i lektorów, a na dodatek Ox ma ładny głos do podkładu w serialach...
- Bredzisz Matt! Ona ma talent do języków, ale najlepiej się czuje w przyrodzie! - zaprotestowała. I tak kłócili się jeszcze parę minut, aż im przerwałam.
- Hej! Zapomnieliście już kim jestem?! Jak mam w takiej sytuacji chodzić na studia? Przecież ja piję ludz... -  chciałam powiedzieć, że piję ludzką krew, ale czyjaś ręka zasłoniła mi usta. Czułam jak robi to czule i delikatnie, jednak stanowczo, abym niczego nie powiedziała. Wiedziałam już kto to. Gdy powoli zabierał dłoń ja stałam jak kłoda i czekałam na jego upomnienia w postaci piekącego szeptu, ale się nie doczekałam. Spojrzałam za siebie. Stał za mną Bonnie i, gdy tylko odwróciłam twarz ku niemu zaczął się promiennie uśmiechać. Ta jego tajemmniczość zaczynała mi się podobać.
- Co ty tu do cholery robisz?! - wydarłam się.
- A co ty chciałaś powiedzieć? Ostrzegałem. Jeszcze raz i skończysz jak moja lalka, złociutka. Nie próbuj więcej, bo ani twoi ludzcy przyjaciele ci nie pomogą, ani twój Rickuś. - powiedział łagodnie. Moi przyjaciele patrzyli się jak na kosmitę. Bonnie złapał mnie za rękę, a ja oparłam na chwilę podbródek na jego ramieniu.
- Nie bój się. Proszę, tylko się nie bój. Twój strach mnie rani. - wyszeptał załamującym się głosem do mego ucha. Nagle zrobiło mi się go żal. Puścił moją rękę i wymijając moich przyjaciół odszedł nie odwracają głowy. Mojej ręce zabrakło jego ciepła i melodii głosu. Kurczowo zaciskałam i prostowałam palce u ręki, za którą mnie trzymał. Robiłam tak jeszcze przez chwilę, a potem powiedziałam do przyjaciół:
- To u niego normalne. Nie martwcie się. - machnęłam ręką, na której jeszcze czułam jego dotyk. Oboje pokiwali głowami. Udaliśmy się do kawiarenki, gdzie rozmawialiśmy na różne tematy. Potem wspólnie włóczyliśmy się po mieście. Wróciłam do domu koło godziny 18.00.
- Gdzie byłaś? Z tym twoim przyjacielem? - zagadnęła mama z ukrywaną nadzieją.
- Byłam z Molly, Matt'em i tak, Bonnie też był. - powiedziałam pół-prawdę, a może pół-kłamstwo? Raczej to drugie.
- Aha. Jesteś głodna?
- Nie, jadłam na mieście.
- Cześć! - powiedziałam wesoło do taty, którego minęłam na schodach. Pewnie wracał z pokoju bliźniaków. Mój pokój z garderobą, łazienka i pokój moich braci są na pół-piętrze, a salon, kuchnia i pokój rodziców były na parterze.
*Lily*
- Hej, mam wrażenie, że ona ma lepsze kontakty z tobą, a nie ze mną, z własną matką! - poskarżyłam się Vincentowi.
- Może dlatego, że gram z nią w pokera, a ty nie.
- Nie bądź ironiczny. Zrobimy test. Oboje pójdziemy z nią porozmawiać, ale pojedynczo. Zobaczymy kto więcej wyciągnie! - zaproponowałam.
- Zwariowałaś? I do czego ci to?
- Nie wiem, tak po prostu! Idę pierwsza! - powiedziałam i powlokłam się schodami na górę. Zapukałam w drzwi i weszłam. Ox siedziała na łóżku i patrzyła w sufit. Nagle podniosła głowę i patrzyła prosto na mnie jak sowa na robaka. Pociągnęła nosem - wąchała powietrze. Przekrzywiła głowę jak zdziwiony pies po czym spojrzała w moje oczy. Jej tęczówki były pomarańczowe! Momentalnie potrząsnęła głową i patrzyła na mnie fiołkowym spojrzeniem uśmiechając się. W pierwszej chwili zlękniona chciałam się wycofać, ale się powstrzymałam.
- Chciałaś coś? - zapytała po chwili.
- Nie, tylko... Nie chciałabyś o czymś porozmawiać?
*Oxana*
- Nie, tylko... Nie chciałabyś o czymś porozmawiać? - w mojej głowie zaświeciła się lampka, że coś przeskrobałam. Tylko co?
- A o czym na przykład? - zapytałam niepewnie.
- Nie wiem. Na przykład o swoich problemach? - tak się mówi jak dziecko, ćpa, pije albo się tnie. Ja nie robię żadnych z tych rzeczy, więc po prostu chce dowiedzieć się czegoś o moim życiu.
- Nie, nic takiego się nie dzieje. Czemu pytasz? - nie dam jej takich informacji. Straciłam z nią bliski kontakt od rozpoczęcia się całej tej maskarady.
- Nie ważne. - odparła zażenowana i wyszła z mojego pokoju.
*Vincent*
- I co, dowiedziałaś się czegoś?
- Nie. - odparła. - Chyba widziałam jakąś przemianę naszej córki. Miała bursztynowe oczy i patrzyła na mnie jak na nowy zapach zwierzęcia, na które zapoluje. Czułam się dziwnie. - wyznała.
- Tak samo patrzyłem na innych, gdy przemieniałem się połowicznie. - położyłem jej dłoń na ramieniu. - To normalne, nie martw się. To co, teraz ja idę?
- Nie. Straciłam ochotę na całą tą rywalizację. Na pierwszy rzut oka widać, że macie lepsze kontakty. - wymamrotała. Powlokłem się z niechęcią do pokoju córki. Zapukałem. Z pokoju dobiegał jakiś hałas. Uchyliłem drzwi i obserwowałem sytuację w środku. Jej kolega stał przed nią i się z nią kłócił.
- Bonnie, zrozum! Nie mogę tego przed nimi ukrywać! - wrzeszczała na niego.
- Możesz nie jęcz.
- Nie, nie mogę! Postaw się na moim miejscu... - nim zdążyła dokończyć chłopak zatkał jej usta dłonią.
*Oxanne*
Bonnie zatkał mi usta dłonią.
- Już spokojnie. Nie krzycz tak po zedrzesz sobie gardło. Powąchaj powietrze. - wyszeptał łagodnie przygryzając moje ucho. W powietrzu poczułam zapach ojca. - Może odegramy mu małą scenkę? - zaśmiał się. Przechylił mnie do tyłu i wolną ręką przytrzymywał moje plecy. Przestał zatykać mi usta. Milczałam. Oddychałam zdenerwowana. Nie wiedziałam co zrobi. Odgarnął z mojej szyi włosy, w tym samym miejscu poczułam ból. Syknęłam. Popatrzyłam w bok. Bonnie wgryzł się kłami w moją szyję i zachłannie ssał. Robił to powoli, tak, że sprawiało mi to niemal przyjemność. Bolało mnie to, ale podświadomie chciałam, aby jego kły były zatopione w moim ciele. Czułam zapach przerażenia mojego ojca.
*****
Dalej nie chce mi pisać (znowu xd). Zjebany telefon!!!

Rozdział 8

*****
Nie zamierzam nic pisać na rozpoczęcie, bo jest późno i mam głupi humor.
*****
*Rick*
- Co to do cholery ma być?!?
- Nic, myślałam, że wiesz. - wzruszyła ramionami Ox.
- NIC?!? To ma być "nic?!?
- Tak.  - tylko przewróciłem oczami na tę odpowiedź.
- Nieważne. Teraz tylko  mi powiedz czy zamierzasz ciągle uciekać przed Scott'em?
- Nie. Nie do końca. Szczerze, to nie wiem. Na razie tak, ale... Z resztą! Co będzie to będzie! Czy to takie ważne? - teraz wszyscy zaczęli się śmiać.
- Na ten moment, powinnaś odpocząć od śmiertelników. - zauważył John.
- Może. - odparła.
- Tsia. Jest 23:45. Może pójdziemy już do biura? - zaproponowałem.
- Hej, a wy? Gdzie idziecie? - skierowała pytanie do naszych blaszanych przyjaciół.
- Nie wiemy. Nie ma chyba domów dla trupów. - Bonnie jak zwykle w komediowym nastroju.
- No tak. Ale chyba w miejskim hotelu was nie znają, no nie? - rzuciła po krótkim zastanowieniu.
- Masz rację. Ale skąd weźmiemy na to kasę? - zmartwiła się blondynka.
- O to, to spokojna głowa. Mam bogatą ciotkę, która pracuje w biznesie już od paru lat. Jest ze mnie taka szczęśliwa, że da mi nawet milion dolców! - zapewniła z przekonaniem fioletowo-włosa.
- Jest jeszcze jedna kwestia... - zacząłem. - Jeśli główne animatrony są ludźmi, to kto będzie zabawiał dzieciaki?
- On ma rację. - przytaknął John.
- Namówi się toy'e. No i przez pierwszą kwadrę lepiej żebyście jeszcze zamienili się w roboty i zniknijcie podczas dnia, aby to dzienny ochroniarz był obarczony winą.
- Dobrze, Oxanne. - powiedzieli wszyscy chórem. - Do dawnej formy wrócić czas, zaklęcie, oszczędź nas. - wypowiedzieli słowa i przed nami na powrót stały gigantyczne śpiewające zwierzaki.
- Nadal możemy mówić, ale prawdziwe znaczenie naszych słów będziecie znać tylko wy. - dodał Foxy.
- Ahm. - pokiwała głową. - Czy nadal roboty będą przychodzić do naszego biura?
- Raczej tak. Toy'e to inny rodzaj androidów o wyższej inteligencji niż nasze prototypy. Ale w tych animatronach raczej nie ma dusz, ani ludzi... Chociaż skoro was nawiedzały to może...? Ale ja, tego z pewnością nie sprawdzam. - wytłumaczył Jack.
- To jeżeli są sztucznymi formami życia, można by jakoś z nimi utargować występy. - zadumała się Chicka.
- Dokładnie. - przyznała jej rację moja dziewczyna.
Ox pociągnęła mnie za rękę w stronę sceny, gdzie obecnie znajdowały się animatrony 2.0.
- Zamierzasz teraz się z nimi dogadywać? - spytałem.
- Tak, czemu, by nie? - tylko cicho westchnąłem i potulnie jak pies się za nią powlokłem.
Po dotarciu do owej sceny toy Bonnie otworzył oczy.
- Witajcie! Czego od nas chcesz? - wyraził się patrząc prosto w oczy córki Vincenta.
- Prosiłabym tylko o małą przysługę...
- Jaką? - przerwał jej gwałtownie.
- Znasz animatrony 1.1 i 1.0?
- Znam 1.0 - zniszczone, "withered" [czytaj: łajtered], tak zwane.
- Roboty 1.1 to ich naprawiona wersja, nie ma 1.0, ponieważ je naprawili i obecnie w lokacji znajdują się tylko 1.1. Wy to 2.0. Gdzie podziewają się, i czy w ogóle powstały wersje 1.2, 1.3, 1.4, 1.5, 1.6, 1.7, 1.8, 1.9 - nie wiadomo. - poprawiła wiedzę królika Ox.
- Tsia. Wiem, że te udręczone dusze czekały na ratunek od lat... I teraz ich sen się ziścił. Nie mam nic do dodania. - odpowiedział Toy Bonnie.
- Bonnie! PR 3 (Party Room 3)! - wrzasnął T.Freddy.
- Tak jest!
- Ja do MH (Main Hall), hę? - odezwał się kurczak.
- Nie, jeszcze nie.
- Dobra. To ja idę pogadać z Mangle. Hej, Oxana, hej, Rick! - przywitała nas przyjaźnie, a Freddy'emu pokazała język.
- Nie wiedziałem, że one mają języki. - szepnąłem do niej.
- Ja też nie.
Poszliśmy za Chicką do Kid's Cove'a.
- Witaj, Mangle! - powitał przyjaciółkę żółty kurczak.
- Witaj.
- Coś ty taka smutna?
- Nie wiem. Martwię się, bo nigdzie nie mogę znaleźć Springy'iego...
- Ach, ty! Daj mu trochę luzu! Weź go tak ze sobą wszędzie nie taszcz, bo chłopak weźmie się załamie! Jako twój przyjaciel ma obowiązek ci pomagać, ale nie jak ochroniarz!
- Zrozumiałam. Już tak po mnie nie jedź!
- Ok, ale weź go trochę traktuj! Ostatnio się okropnie kłócicie. Dlaczego?
- Sama nie wiem.
- No właśnie! - Chicka dostała olśnienia. - Więc z nim szczerze porozmawiaj!
- Ale masz pomysły! Słowo daję, kiedyś ci łep ukręcę! - starła zapał Chicki lisiczka.
- A ty, Oxana, co myślisz?
- Ja... Ummm... Yyyy... Sądzę, że powinniście pogodzić się mimo swoich różnych zdań - w końcu jesteście przyjaciółmi. Ale powinnaś też więcej czasu spędzać z Chicką, bo nie możesz się tak wiecznie trzymać Springtrapa.
- To chciałam powiedzieć! Tylko, że ja za dużo gadam! - parsknął żółty robot.
- CHICKA!!! - krzyczał T.Freddy.
- Idę! - odkrzyknęła. - Ostatnio jest strasznie znerwicowany. - dodała cichszym tonem.
- Nie zechciałabyś zająć miejsca lisiastego w teatrzykach i oddzielnych występach podczas jego nieobecności? - walnęła prosto z mostu Ox.
- Może być.
- To świetnie. - po chwili rozkazała. - Idziemy Rick.
- Ok. - zawahałem się. - A kto zastąpi marionetkę?
- Jakiś człowiek. Przecież ona jest tylko kasjerką.
- Racja.
*Toy Chicka*
- Jestem, Freddy.
- Idziesz do MH, ale niedługo tam zabawisz i po niedługim czasie idziesz do wejścia. Tam czekasz na odpowiedni moment, aby go dobić i wchodzisz do wentylacji wewnętrznie. I podczas braku jego czujności wchodzisz, straszysz. Zrozumiałaś?
- Tak. - udałam się wdg (według) wskazówek Freddy'ego do Main Hall, a potem do wejścia. Ale tak się zamyśliłam wchodząc do wentylacji, że weszłam całościowo, więc mnie zobaczył. I zanudził maską zakładaną w panice i ostrym światłem z latarki.
*Jakiś czas później*
- Co to ma być?! Przez ciebie przegramy! - warknął Freddy.
- Zostaw ją! Sam praktycznie nigdy nic nie robisz! - syknął do niego Bonnie i objął mnie ramieniem.
Zwinęłam dłoń w pięść i przywaliłam nią z całej siły w twarz miśka. - Nigdy mnie tak więcej nie traktuj! Co ci się dzieje ostatnio?!?
- Zamknij się, suko! Czy ktoś cię o coś pytał?! - powiedział to z taką nienawiścią jakbyśmy nigdy nie byli przyjaciółmi.
- Skoro tak chcesz, to masz! - wrzasnęłam i wybiegłam z sali. Za mną jeszcze słyszałam oburzonego Bonnie'go, który kłócił się z Freddy'm.
"Kurwa... Pojebało cię, czy co? To twoja przyjaciółka, idioto! Brak ci szóstej klepki!"
"A ty, co? Laluś, broni kobietkę! Jakie słodkie! Zaraz chyba zwymiotuję! Jesteście żałośni! - potem śmiech."
Nic więcej nie usłyszałam. Przestałam płakać. Ogarnęłam się trochę. Poszłam z powrotem do Mangle.
- A tobie co? - rzuciła od progu.
- Nic, nic. - udawałam  pospiesznie.
- Myślisz, że jak mam dwie głowy to ślepa jestem? - zażartowała lisiczka.
- Nie, nie, tylko... Bonnie pokłócił się z Freddy'm... - wymamrotałam.
- To ma przesrane. To nie twój problem, nie? To dlaczego się martwisz?
- Bo... Bo on... On mnie bronił... Szef na mnie krzyczał, a on się za mną wstawił... - ledwo słyszalnie odpowiedziałam.
- To teraz przesrane macie i ty i on. Mam rację?
- Chyba... - bąknęłam.
- No co? Wyglądasz jakbyś mówiła o czymś tak pewnym jak koniec świata.
- Wcale nie!
- Wcale tak! Też umiem się tak bawić. - odparła Mangle.
- Przestań już! - odparłam zniechęcona dalszą rozmową o tym temacie. - Co zamierzasz zagrać na zastępstwie za Foxy'ego? - spytałam po chwili.
- Jeszcze nie wiem. Może coś doradzisz?
- Hmmm... - zastanawiałam się nad odpowiedzią. Do głowy nie przychodził mi żaden pomysł... - A może zagrasz "Garden of Shadows"? Marionetka kiedyś napisała tą piosenkę... Przypadkiem ją usłyszałam... i... i ona mi ją pokazała... - wymamrotałam. - W każdym razie, jeżeli cię jej nauczę, będziesz mogła zagrać ją na pianinie i zaśpiewać, lub ja to zrobię. - Wypaliłam na jednym wdechu.
- Mi pasuje... Jeśli dasz mi nuty i trochę poćwiczę to mogłabym zagrać, ale o śpiewaniu nie ma mowy... Ludzie nie rozumieją mego głosu... - zasmuciła się lekko, ale zaraz stała się pogodna. - Więc to ty zaśpiewasz! Masz najbardziej melodyjny głos ze wszystkich animatronów. Oczywiście nie pobijesz Chicki 1.1, ale z toy'ów jesteś najlepsza! - dodała, a ja z tego pomieszanego potoku słów zrozumiałam tylko, że ona gra, mam dać jej nuty i ja śpiewam. Nic więcej. Muszę nauczyć się lepiej słuchać ludzi... Ale konkrety zrozumiałam, no nie?
*Oxanne*
Siedzimy z Rickiem w biurze. Dzisiaj jest wyjątkowo spokojnie. Nasi przyjaciele czasami przychodzą i pogawędzą, ale poza tym nawiedzają nas tylko niczego nieświadome phantomy [czytaj: fantomy] i Springtrap. To śmieszne jak myślą, że ich nie rozumiemy i mamroczą lub wrzeszczą "Nienawidzę tej roboty" lub "Aaaaaa... Bój się mnie... To nigdy nie będzie brzmiało normalnie..." albo "Zobacz! Ogromna kupa blachy się na ciebie wydziera! Wow, spojrzałeś! - i wtedy zapadają lekkie salwy śmiechu, które dla ludzi są oznakami obniżenia głosu u robotów. "Tak właściwie to czemu nikt nie powiedział Springtrapowi i jego zjawo-eskorcie o tej całej sytuacji?" - chciałam zadać to pytanie Rickowi, ale po jego minie wywnioskowałam, że z zamyślenia ruszam tylko ustami. Odchrząknęłam i spytałam:
- Czemu nikt nie powiedział Springtrapowi i jego eskorcie o tej całej sytuacji? - byłam uradowana, że tym razem słowa naprawdę wylały mi się z ust. W duchu odetchnęłam z ulgą.
- Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Może dlatego, że nie są za szczególnie w to zamieszani... - odparł.
- Chyba się z tobą zgadzam. - powiedziałam.
- Taaa... A tak a propos to co animatroniki będą śpiewały w zastępstwie?
- Słyszałam, że Mangle już coś wybrała, a reszta jest tak rozbita przez Freddy'ego, że nawet im to przez myśl nie przemknęło.
- Spodziewałem się takiego scenariuszu. A wiesz co zamierza zrobić Mangle? - pokręciłam głową lecz po chwili dodałam:
- Wiem tylko, że występuje z Chicką.
- Aha
- Niedługo kończy się zmiana. Wpół do 6.00. - zauważyłam.
- Ok. Co zamierzasz zrobić ze Scottem? - to pytanie wyrwało mnie z konsternacji, w którą zapadłam pieczołowicie odganiając Springtrapa.
- C-co?? Skąd to nagłe pytanie?
- Nie wiem. Jak oni mówili, że kim jesteś? Per księżniczka? Coś mało prawdopodobne, ale nie zaprzeczam. Co ten Scott właściwie chce i dlaczego Fazbear cię bronił? Co się stało Toy Freddy'emu? - ta część mnie zdziwiła, zapamiętał te głupią, kąśliwą uwagę Chicki? - I  dlaczego ktoś miałby w ogóle zamykać dzieci w strojach zwierząt w mało znanej restauracji robotycznej? - ostatnie pytanie brzmiało dziwnie, ale było sensowne. Chcąc udzielić zdawkowej odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
Nagle alarm w zegarku Ricka dał nam znać o kończącej się zmianie.
- Odprowadzić cię?
- Ummm... Tak. - zgodziłam się. Nie zawadzało mi to. Dawno nie widziałam rodziców... Przynajmniej tak mi się wydawało. A tak naprawdę nie miałam ich na oczach dopiero od jakichś dwóch dni (pomijają uprzednie "spotkanie" z ojcem w pizzerii). Wszystko sprawia wrażenie bolesnego, żółwiego tempa... Denerwujące.
- Zgadzam się. - usłyszałam. W tej chwili uświadomiłam sobie, że mówiłam swoje myśli na głos. Zaczerwieniłam się i wymamrotałam:
- Przepraszam, zapomniałam się...
- Nic się nie stało. Mam podobne odczucia. - uśmiechnął się. Zrobiłam to samo.
Po dotarciu pod mój dom dał mi delikatnego całusa w usta i pożegnał. Chwilę mu machałam, ale, gdy mój obiekt skupienia wzroku uciekł mi z pola widzenia, machałam na przeciwną, pustą stronę chodnika. Jestem pewna, że stałam tam tak machając ręką bite parę minut, ale, gdy zorientowałam się, że ludzie się gapią i, że wyglądam zapewne dziwnie przestałam ruszać ręką i odrętwiała weszłam na posesję. Czułam się jak kłoda i paliłam się ze wstydu. Przywitałam mijającego mnie sąsiada i powoli wlokłam się schodami na ganek. Nie wiedziałam czy rodzice chcą mnie widzieć. Znając życie, pewnie tata powiedział mamie o wizycie w pizzerii... Zastanawiam się nad tą sytuacją, gdy szłam na ojca z nożem w ręku, a on powiedział "Czyli już się zaczęło...". Czy on wie?
Pogrążona w powyższych rozmyślaniach usiadłam na gankowym krześle. Na razie nie wchodziłam do domu. Kontynuując:
Ojciec zapewne wie, ale jak dużo? Może wie tylko o cieniu? Czy kojarzy fakty i wie o moim tytule Księżniczki Krwi? Czy domyślił się o tym, kim byli moi towarzysze w pizzerii? Dlaczego byłe roboty wyczuwają czarno-krwistych? Mimowolnie się uśmiechnęłam. W ciągu zaledwie paru miesięcy dowiedziałam się, że jestem księżniczką i potrafię czytać ludziom w myślach, i w emocjach. A na dodatek, że w rzeczach martwych można umieszczać dusze i je potem ucieleśniać pomimo braku oryginalnego ciała. Kurwa! Moje życie wygląda jak zjebany i gówniany serial. Takie jakie ogląda Molly... Nagle zrobiło mi się żal przyjaciół. Pewnie martwią się o mnie, a Matt już pogodził się z myślą, że go zdradzam. Ale tak czy siak nie jestem warta ich zmartwień. Taka popieprzona i nieumiejętna księżniczka nie jest warta ich zmartwień i nerwów! Dopiero po usłyszeniu pocieszającego głosu Molly zorientowałam się, że ostatnie zdanie wymówiłam głośno.
- Nie prawda! Jesteś warta i tego, i całego świata! Wiemy z Matt'em o wszystkim... Dowiedzieliśmy się od jakiegoś Scotta... - gdy usłyszałam to imię wyraźnie się spięłam. Molly jakby to wyczuła i dodała. - Ale posłuchaj, tu jest teraz, a na razie, tu i teraz ja chcę cię mieć przy sobie, więc się nie zamartwiaj! Bo zginiesz z tęsknoty za wesołością! - zażartowała, a uśmiech zagościł na jej twarzy. Na mojej też przez chwilę zamajaczył, ale nie na długo, bo myśl, że kiedyś uśmiechałam się do Scotta wprawiła mnie w osłupienie i mdły posmak w ustach. Moja koleżanka widząc moją minę powiedziała:
- Może chcesz pójść do mnie? Chyba nie masz ochoty na rozmowę z rodzicami. - znacząco patrzyła to na mnie, to na drzwi.
- Ta. Dzięki. - odparłam.
Po tym pojechałyśmy do mojej przyjaciółki. Jej rodziców nie było w domu - oboje na wyjazdach służbowych. Szczerze, to trochę się ucieszyłam.
- Jak dużo wiesz? - zapytałam siadając razem z nią na łóżku.
- Wszystko. Matt nie wie tego, że Rick też czaruje.
- Aha. - wydukałam głęboko zastanawiając się nad dalszym kierunkiem rozmowy.
- Wiesz... Ja nic nie mam do tego, że jesteś inna... I, że przyjaźnisz się z robotami... - wypaplała niezręcznie.
- Wiem. Ty zaakceptowałabyś nawet gdybym chodziła z dresiarzem i pijakiem! - uśmiechnęłam się pocieszająco, a ona mnie przytuliła.
- Ja i Matt zawsze przy tobie będziemy! I... I twoja rodzina też... - poruszyła niechciany temat. Odsunęłam ją od siebie i ze strachem spytałam:
- Powiedzieliście matce i ojcu?!? - targałam nią za ramiona. Teraz ona stała się przestraszona moim nagłym wybuchem. Po prostu odziwiała kiwnęła głową. Byłam coraz bardziej przekonana jej odpowiedzią. W nagłym przypływie adrenaliny złapałam nóż i wybiegłam z domu. Za sobą słyszałam kroki i głos Molly... Jednak biegnę dalej. Nie czuję bólu nóg, czy zmęczenia. Czułam tylko przerażenie i nic więcej. A co jeśli ojciec będzie chciał nas zabić? (mnie i Ricka oczywiście) Lub dostanie szału i znowu się potnie? Matka się pewnie załamie... Nagle do nozdrzy doszedł mnie znajomy zapach... Siedziałam na ławce, a już świtało. Nie wiedziałam co to za zapach. Rozejrzałam się dookoła, a wzrok mi się jakby wyostrzył. Między ludzi ujrzałam Matt'a. Schowałam nóż. Miał bandaż na nadgarstku (Matt, nie nóż). Nie skrzywiłam się. Skupiałam całą uwagę na ranie pod opatrunkiem. Wchłaniałam ten zapach. Zorientowałam się, co czuję. To była woń jego krwi. Znajoma, jednak niegdyś niezauważalna i niezapamiętywalna. Spojrzał w moją stronę. Podszedł.
- Myślałem, że gadasz z Molly... - zagadnął niezręcznie. - Pewnie zastanawia cię co mi się stało... - spojrzał na biały materiał owinięty w okół ręki. Dopiero teraz zrozumiałam, że cały czas przypatruję się skaleczeniu pod opatrunkiem. Potrząsnęłam głową wybudzając się z transu.
- A co się stało? - zapytałam ostrożnie, jednocześnie przesuwając się, aby i on mógł usiąść.
- Podczas wyjmowania zmywarki i rozmawiania przez telefon z Molly tak się przestraszyłem jej słowami, że rozbiłem talerz. Gdy zbierałem resztki wsłuchiwałem się w jej słowa i oparłem się niechcący nadgarstkiem o jeden z kawałków naczynia. - odpowiedział grobowym głosem.
Odetchnęłam z ulgą. Myślałam, że się przezemnie pociął czy co.
- To nic. Zagoi się. - zmusiłam się do zesztywniałego uśmiechu.
- Tak. Raczej tak. A co tam u ciebie? Dawno cię nie widziałem...
- Matt, wiem, że ty też wiesz. Nie udawaj obojętności. - nagle przerwałam, bo poczułam gorzkawy, duszący zapach dymu, a w mojej dłoni zamajaczyła broń. Po narzędziu, które trzymałam, wywnioskowałam, że poczułam woń grzesznika. Matt odsunął się lekko, a ja wypatrywałam nie wiem kogo w tłumie. Nagle podeszłam do jakiego czarnowłosego i przyłożyłam mu pistolet do łba.
- Myślałem że jesteś w uśpieniu! - zdziwił się.
*Matt*
- Myślałem że jesteś w uśpieniu! - zdziwił się mężczyzna, któremu moja przyjaciółka najwyraźniej groziła. Chciałem ją powstrzymać, ale stałem jak kłoda. Nagle usłyszałem jej siarczysty szept kierowany do nieznajomego:
- A widzisz, jednak nie śpię. - wysyczała po czym odpaliła mu kulkę prosto w środek głowy. - Na drugi raz ukrywaj zaklęciami smród swojej krwi! - splunęła w nogi trupa, a ludzie się na nią gapili. Ktoś dzwonił na policję. Wtem spojrzała na mnie krwisto czerwonymi oczami lecz po chwili już kojąco fioletowymi.
- Nie bój się. Póki ty, nikogo nie zabijesz dla zabawy, nic ci nie będzie. - zamilkła. - To tyczy się was wszystkich! - dodała po chwili.
*Oxanne*
Nie wiedziałam co mówiłam, słowa same bezwładnie ze mnie wypływały. Po wypowiedzeniu ostatniego zdania do tłumu usłyszałam syreny policji około 10km stąd. Szepnęłam nieme "przepraszam" do Matt'a, który kiwnął głową i zaczęłam biec. Pistolet zniknął mi z dłoni zaraz po przedziurawieniu tamtemu gościowi głowy.
Po wejściu do domu nie zwracając uwagi dosłownie na nic wbiegłam do swojego pokoju. Mike i Kayl pewnie byli w przedszkolu podczas, gdy ich siostra mordowała na środku ulicy...
- Oxanne, zejdź na dół! - wrzasnęła matka z dołu schodów. Westchnęłam, rzuciłam nóż na podłogę i zeszłam do rodzicielki.
- Tak? - rzuciłam oschle.
- Tak? Tak? Po prostu po tym jak kogoś zamordowałaś rozmawiasz tak normalnie?!? - wydarła się. Tylko przewróciłam oczami i zadałam pytanie, którego pożałowałam:
- Ile wiesz? - zadrżałam na dźwięk mojego melodyjnie spokojnego głosu.
- Wszystko! Wszystko! Jak długo chciałaś to wszystko ukrywać?! A twój ojciec z tobą na spółkę! Wiem już kto był odpowiedzialny za psychopatyczne skłonności twojego ojca! Cholerny cień! A ty też go masz, gówniaro! - po raz pierwszy usłyszałam te słowa z ust matki... Zabolało... Zbierało mi się na łzy... Ta bezduszna kreatura to nie moja matka! - Dlaczego mnie okłymaliście? - kontynuuowała załamującym się głosem. - Czemu? Czy nie byłam dla was wystarczającym wsparciem?
 - Tata pewnie nie chciał cię zamartwiać, a ja nie chciałam zamartwiać was obojga... - wymamrotałam, ale matka dalej prowadziła monolog:
 - Może wy mnie po prostu już nie kochacie? Nie jestem dla was odpowiednia? Słyszałam, że raz już mnie zdradził... Może powinnam odejść?
 - Mamo przestań! Nie mów tak! - przytuliłam się do niej ze łzami w oczach, ale ona pozostała na to obojętna...
 - Widzisz? Boli, prawda? - powiedziała ze śmiechem.
 - Ocknij się, mamo!
 - Już się ocknęłam, kochanie. Nigdy bym tak z tobą nie rozmawiała, ale powiedz, moje słowa bolały tak samo jak okłamywanie.
- Ty udawałaś?!? - myślałam, że jej wjebię.
- Tak, tak. Ale nie w tym sęk. Masz mnie więcej z ojcem nie okłamywać, obiecujesz?
- Obiecuję! A ty mnie tak boleśnie nigdy nie wkręcaj!
 - Ok. Umowa stoi. - odparła, a ja miałam taki mętlik w głowie, że tylko przytaknęłam sobie i udałam się do ojca na kanapę w salonie. Mama zamknęła się w kuchni.
 - Niezły teatrzyk, co? Przez pierwszy rok studiów jej kierunkiem było aktorstwo potem dopiero poszła na medycynę.
 - Aha. - na inną odpowiedź nie było mnie stać. A więc wszystko z matką ukartowali? Bolesne.
 - Słyszałem, że twój cień jest unieszkodliwiony. Już myślałem, że to któryś z chłopaków przejmie tytuł.
 - Tytuł? - spytałam i oprzytomniałam. Więc o tej księżniczce też wiedział od początku!
- Tak. Tytuł Księżniczki Krwi. Myślę, że dzięki swoim blaszanym przyjaciołom już znasz tę nazwę.
 - Więc o nich też wiesz?! Kurwa. Kiedy ty się o tym dowiedziałeś? - odchrząknął znacząco. - Przepraszam, uniosłam się. - spuściłam wzrok. Matka nienawidziła, gdy przeklinałam, ale ojciec nic do tego nie miał. Zazwyczaj.
 - O prawie wszystkim wiedziałem od początku. Tylko o animatronikach dowiedziałem się teraz. - mruknął.
 - O co chodzi z tym tytułem?
 - Praktyczną wersję pewnie już znasz. - zaczął. - Ale w mojej rodzinie jest pasmo potomków, którzy mają specjalną moc, do której używają swojej lub czyjejś krwi oraz czasami dodatkowych składników. Noszą oni miano książąt i księżniczek. Ten krąg nigdy się nie zamknie. Nawet jeśli ostatni potomek naszego rodu zginie bez potomstwa, nawet adoptowanego, to Wyrocznia wybierze nową osobę, która ze swoim potomstwem będzie kontynuować zwyczaj. W tym samym czasie w jakim Wyrocznia wybierze wybraną lub wybranego pojawia się stróż lub strażniczka, którzy mają strzec wybrańca i w jego 16 urodziny powiedzieć mu prawdę. Po nauczeniu wybrańca korzystania z jego mocy stróż może spokojnie odejść, a Wyrocznia pokieruje nim dalej lub przejść na ciemną stronę i zapragnąć mocy swego pana. Czasem zdarza się nawet, że dziedziczni mają stróży, ale data poznania prawdy zmienia się. To dzieje sie zazwyczaj od 17 do 19 roku życia. U ciebie było to 18 lat. Twoim stróżem Był Scott Cawthon, brat Freddy'ego Fazbear'a. Ten stróż jednak na złość bratu przeszedł na ciemną stronę mocy. Wiesz dlaczego? - pomimo zadanego pytania nie dał mi odpowiedzieć. - Bo Fazbear był moim stróżem. - oczy wyszły mi z orbit. Mój szef był starym znajomym mojego ojca... Ale to posrane... - Osatnio dziedziczni mają częściej stróży. Moja matka, ja i ty. Wszyscy mieliśmy stróży. Dalsze pokolenia stróży posiadali w kratkę. Raz tak, raz nie. - dokończył.
 - Teraz cokolwiek rozumiem. - odparłam.
*****
Na razie kończę. Macie pozdrowienia od mojej bliźniaczki, Yui. Wiem, że rozdział popaprany, ale przynajmniej coś się wyjaśniło. Spoiler: chciałam zamiast tego zabitego mężczyzny zrobić Vincenta, ale dość tej konfrontacji... XD
Paaaaa, K. Bethany