sobota, 11 czerwca 2016

Rozdział 9

Jest koło południa, a mi się nudzi... Piszę dalej. Następny rozdział będzie pisała moja bliźniaczka, Alex.
*****
*Matt*
Muszę otrzeźwieć po tej sytuacji z Ox. Nie wiem co myśleć. Molly uprzedzała mnie, że coś takiego może się zdarzyć, ale nie, że ZABIJE niewinnego niczemu człowieka. Chociaż mówiła coś, że kogoś zabił. I musiał coś o niej wiedzieć, ponieważ mówił, że powinna być w śpiączce, czy co. Zadzwonie do Moll. Odebrała po trzech sygnałach.
- Co chcesz, robie prace na biole?
- Ox kogoś zabiła.
- Jak to?!?
- Po prostu. Na ulicy. Jej ofiara mówiła, że Oxana powinna być w śpiączce... Coś w ten deseng.
- Dziwne. Jak go zabiła?
- Skąd wiesz, że faceta?
- Bo z godzinę temu oglądałam ukradkiem wiadomości i usłyszałam coś o zamordowanym mężczyżnie, nic więcej.
- Aha. Wypaliła mu kulkę w łeb i splunęła na niego, następnie uciekła przed przyjazdem policji.
- A skąd miała pistolet?
- Nie wiem. Po prostu gdy szukała tego gościa wzrokiem już go trzymała.
- Nie zabrałeś go jej?!?!
- Byłem zbyt oszołomiony, to trwało zaledwie sekundę.
- Ok, rozumiem. Coś jeszcze?
- Tak. Na miejscu zbrodni nie znaleźli pocisku, ani pistoletu, który po zabójstwie wyparował jej z ręki. Krew uschła zniknęła jakieś dwie minuty po zetknięciem się pocisku z głową. Tyle, żadnych dowodów, a wszyscy świadkowie oprócz mnie nagle stracili pamięć i nawet nie wiedzą, że na ich oczach kogoś zamordowano. Lekarze mówili, że to amnezja pourazowa. Też taką udałem, łyknęli. Nie mogłem zeznawać przeciwko przyjaciółce, ale i nie mogłem kłamać.
- Rozumiem. Postąpiłabym podobnie. Przemyślę to wszystko, co mi powiedziałeś. - po tych słowach do moich uszu doszedł pisk kończącej się rozmowy. Łaziłem jakiś czas bez celu omijając miejsce dzisiejszej zbrodni. Chyba już nie kocham Oxany... Może tak mi się tylko wydaje z powodu ostatnich wydarzeń? Może mam tak, bo wiem, że ma innego? Swoją drogą, Molly jrst całkiem ładna. Nie! Nie mogę z jednej przejść na drugą! To zniszczyłoby naszą przyjaźń! Czy ja jestem kobieciarzem? Zadawałem sobie jeszcze miliony takich pytań i kazań, aż dotarłem do domu.
*Oxanne*
Siedziałam z braćmi w ich pokoju i czytałam im bajkę. Słowa z książki po prostu akcentowane wylewały się ze mnie bezwiednie. Duszą i myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Pogrążona byłam w rozważaniach. Czy nie będę zaniedbywać przyjaciół? I dopiero teraz pomyślałam o tym, skąd przy mnie wzięła się wtedy Molly? Co z Rickiem? Czy będzie mi pomagał? Czy raczej mnie zostawi? Jego uczucia muszą być szczere! Przypomniało mi się, gdy byłam u niego... Miał tak przyjemnie ciepłe ciało... O czym ja myślę?! Mimo tej wewnętrznej nagany, mimochodem się uśmiechnęłam.
- ... I żyli długo i szczęśliwie. - zakończyłam książeczkę. Chłopcy zaczęli ziewać. Nie mieli oddzielnych łóżek. Mieli jedno, wielkie łoże. W końcu - byli bliźniakami. Mogę się założyć, że lubili ze sobą spać. Ich kontakty się polepszyły. Teraz można na prawdę powiedzieć, że się KOCHAJĄ. Uwielbiają się nawzajem i swoje towarzystwo. Ja uważam, że to ok, ale rodziców to trochę zniesmacza. Mnie nie. Korzystając z tego, że mają ogromne łóżko usnęłam razem z nimi.
Rano obudziła mnie mama. Zerknęłam na zegarek leżący na jej ręce. 8.00, Sobota. Na szczęście. Nie chciałabym się spóźnić do szkoły. Teraz tylko poniedziałek, wtorek i środa. W środę mamy zakończenie roku. Nie wiem, czy pójdę na studia. Rodzice pewnie chcieliby, abym poszła, ponieważ to tam się poznali - na studiach. Ale wcale nie muszę iść do szkoły wyższej aby znaleźć miłość. Na przykład podam Ricka. Poznałam go w pracy, a nie w szkole, jak Matt'a, którego nawet nie kochałam. Powiem jeszcze gorzej: bawiłam się nim, pod przypływem emocji związanych z jego pocałunkami. To okropne co mu zrobiłam. Ale po rozmowie z Molly (która dokonała się przedwczoraj w nocy) wywnioskowałam, że on też mnie nie kochał. Chyba. To był przypływ adrenaliny wywołany pod pretekstem tego, że jestem ładna, a on przystojny. Właściwie jak ja wyglądam?
Odkleiłam się od braciszków i stałam nad ich łóżkiem. Mike miał czarne włosy i głębokie, morskie oczy gdzieniegdzie poprzecinane błękitnymi liniami. Kayl posiadał kruczoczarne włosy i krwiste oczy przesiane rudo-miedzianymi siateczkami, które nadawały jego tęczówkom niezwykły wygląd. Oboje mieli stosunkowo jasną cerę. Bez względu na ich oczka byli jak dwie krople wody. Mieli jeszcze większe objawy "magii" ode mnie. Mi tylko włosy usilnie chciały być purpurowe, a u nich i włosy i gały zmieniały kolor. Na początku Mike był blondynem, potem miał zielone oczy, ale w końcu i tak ustatkowało się na podstawowym niebieskim. Kayl z rudych przeszedł w bruneta. Kolor patrzałek był wciąż zielony, ale, gdy Mike'owi zmieniły się na niebieskie, jego oczy stały się czerwone. Rodzice byli przerażeni, jednak ja szybko się przyzwyczaiłam. Na koniec każdemu utrwaliły się włosy koloru godnego najszczerszych kruków. Tak wyglądają obecnie. Jeżeli jeszcze będą się zmieniać to zwariuję! Pani pyta dlaczego chłopcy wracają po wakacjach z innym kolorem włosów i tęczówek. Powiedzieliśmy, że kolor to choroba, nie zaraźliwa, ale rzadka. Natomiast włosy zafarbowała im szalona ciotka. To załatwiło sprawę.
Wyszłam z pokoju Mike'a i Kyle'a. Udałam się do własnego. Usiadłam przy toaletce i zaczęłam się oglądać. Miałam lekkie wory pod oczami. Moje tęczówki nabiegły leciutko czerwienią i teraz były mieszanką koloru fioletowego i czerwonego, który wyglądał jak kula z energią atomową - pomarańczowo-fioletowe odcienie z czarnym kółkiem na środku (moją źrenicą). Włosy znów były namiętnie fioletowe z namiastką czerni. Usta były pełne i połyskliwie, ciemno różowe. To ich naturalny kolor. Gdy natrę je błyszczykiem wyglądają jak z brokatu, dlatego nie używam prawie w ogóle kosmetyków do ust. Jedyne co od czasu do czasu biorę w rękę to bezbarwne, jedynie intensywne zapachowe pomadki. W policzkach nie miałam dołeczków więc, gdy się śmiałam można było tylko dostrzec minimalne zmarszczki wokół warg i nosa. Jako chyba jedyna z całej szkoły nie musiałam regulować brwi. Są naturalnie wąskie i ułożone. Rick mówi, że gdy jestem zamyślona moje brwi tak się układają, że i wtedy wyglądam pięknie. Zęby od zawsze miałam proste, białe i mocne, ale mleczaki miałam niepewne. Dopiero stałe były w pełni zdrowe i stosowne. Nie mam, ani za dużych, ani za małych zębów. Tylko zawsze rozmiar moich kłów i dolnych i górnych niepokoił dentystów (w mleczakach i w stałych). Zawsze te zęby były większe od reszty... Może raczej powinnam użyć słowa dłuższe i ostrzejsze? Często koleżanki nazywały mnie przez to wampirem. Przejechałam językiem po stałych. Trochę zżółciały, ale minimalnie. Szybko poszłam je umyć wybielającą pastą "Colgate". Od razu wyglądały lepiej. Miałam naturalną urodę po matce. Drażniłam językiem moje kły i nadziewałam jego czubkiem na końcówki zębów. W którymś momencie poczułam pieczenie i wyszłam z łazienki. W lustrze toaletki zobaczyłam mój krwawiący język. Krew, która utkwiła na ostrym zakończeniu kła zamieniła się w wąziutki strumyczek płynący po kle i uciekający do mego gardła. Zaczęłam ssać krew z mojego języka jednak po chwili się ogarnęłam i przestałam. Czułam jak język sam się zabliźniał. Tak bardzo się zdziwiłam, że, aż pisnęłam. W jednej chwili zakryłam sobie usta dłonią. Miałam nadzieję, że nikt tego nie usłyszał... Wysunęłam już całkiem zagojony narząd smaku do lusterka. Jeszcze przed chwilą było tam rozcięcie! John mówił, że dziwne rzeczy będą mi się przytrafiać, ale, aż tak?! Westchnęłam głośno.
- Przecież miałam nie być wampirem... - wymamrotałam do siebie. Poczułam przelotnie czyjś zapach.
- Bo nie jesteś. - usłyszałam za sobą, gdzieś z okna głos Bonniego. Zapiszczałam.
- Nie strasz mnie! - wrzasnęłam.
- Spokojnie, spokojnie. Przybywam w pokoju. Już, uspokoiłaś się laseczko? - puścił do mnie oko. Zaczynam rozumieć dlaczego "pedał".
- Tak, wszystko w porządku. - odparłam. - Czemu mam tak ostre zęby? - rzuciłam. Chłopak wszedł do mojego pokoju przez okno. Znajdowało się ono na poziomie parteru i 1/3 piętra.
- Ponieważ każda istota magiczna potrzebuje krwi do życia. Nie koniecznie ludzkiej. Zwierzęta też się liczą. Jedni polują, inni kupują, a jeszcze inni robią zapasy na lata lub zabijają przyjaciół... Są różne sposoby pozyskiwania tego cennego płynu. Przypatrz się zębom swoich braci i ojca. Mają identyczne. - wyjaśnił.
- Że co?!? - zdziwiłam się i pobiegłam do ojca.
- Pokaż zęby, nieważne, nie pytaj! - powiedziałam szybko do taty i patrzyłam na niego z przestrachem. Zanim zdążyłam je zobaczyć do pokoju wkroczył mój czarnowłosy kolega.
- Witam. - zwrócił się do rodziców. - Jestem przyjacielem waszej córki i nazywam się Bonnie. Mógłbym przeprosić? - dodał ciągnąc mnie delikatnie za rękę na bok.
- Mogłabyś im nic nie mówić? - wyszeptał. - O tym nawet nie wie większość dziedzicznych. Nigdy nie myśleli, że krew jest im potrzebna do życia. Podpijali ją z nawyku, ale nie wiedzieli, że to bezwarunkowe. - znów zasyczał kusicielsko do mojego ucha. - I nie próbuj im o tym mówić, bo domyślasz się co cię spotka. - dodał głaszcząc mnie po policzku scyzorykiem ukrytym przed wzrokiem innych we wnętrzu dłoni. Po chwili odsunął się ode mnie i nie wiem kiedy, ale schował scyzoryk. Jego ostatnimi słowami było:
- Zachowuj się naturalnie.
Potem zaczął fascynującą rozmowę z moimi rodzicami. Chciałam się wycofać, ale Bonnie złapał mnie za rękę i upomniał, że to nie kulturalne. Żebym nigdzie nie uciekła trzymał mnie cały czas za rękę. Kiedy w końcu się pożegnaliśmy z moimi rodzicami, wydarłam się na niego w pokoju:
- Co to kurwa było?!?
- To? Tylko niewinna zagrywka. Ani mi się śni, abyś im o czymś powiedziała. - skończył i łapiąc mnie za rękę przyciągnął bliżej. Nie wiem czemu, ale nie opierałam się. Już miał mnie pocałować, gdy nagle spojrzał ukosem w tył i odsunął lekko. W duchu się cieszyłam, ale mojemu ciału brakowało jego ciepła. Nadal trzymał mnie za rękę. Trzy sekundy (tak, liczyłam!) po tym jak się ode mnie odsunął do pokoju weszła moja mama. Zanim zdążyła się odezwać wypaliłam:
- Zbliża się 14.00. Nie byłeś przypadkiem gdzieś umówiony, kochany? - postawiłam nacisk na ostatnie słowo.
- A, tak! Masz rację. Muszę panie przeprosić. Do widzenia, Oxana. - powiedział i pocałował mnie w policzek po czym wyszedł. Lekko się zaczerwieniłam, a mama stała jak wryta.
*****
To na tyle, dalej nie chce mi pisać (serio, komputer sie zjebal).
Paaaaa, pozdro Betha

Rozdział 17

- I nigdy więcej nie próbuj. Ze mną się nie zadziera. - syknęłam do chłopaka, który wykrzywiając się z bólu dmuchał na czerwoną rękę.
- Ty zdziro! - warknął powoli do mnie podchodząc. Natychmiast pstryknęłam, a on na widok ściany z czerwonego żywiołu zaczął się cofać.
Nagle poczułam na ramieniu zimną dłoń. Jej chłód wnikał w moje ciało i osłabiał ogień. Chłonęłam miłe, lodowate uczucie towarzyszące znikaniu płomieni. Gdy wokół mnie pozostał tylko krąg spopielonej ziemi mozolnie obróciłam się za siebie. Ku mojemu zdumieniu stał za mną Rick, a nie Bonnie, jak się tego spodziewałam.
- C-co ty tutaj robisz?! - wrzasnęłam odskakując od niego jak najdalej.
- Fazbear zadzwonił, żebym przyjechał razem z tobą, ale nie spodziewałem się, że w szkole użyjesz mocy. To było skrajnie nie odpowiedzialne!... - nie dałam mu dokończyć.
*Rick*
- Fazbear zadzwonił, żebym przyjechał razem z tobą, ale nie spodziewałem się, że w szkole użyjesz mocy. To było skrajnie nieodpowiedzialne!... - nie dała mi dokończyć.
- Od takich umoralniających gatek jest Bonnie. Czego chce Fazbear?
- Żebyś pomogła przy dzieciach, bo mają ruch i nie dadzą sobie rady bez nas. - tylko kiwnęła głową i smętnie powlokła się za mną do samochodu.
- Coś jeszcze? Żadnych podtekstów, żeby mnie zobaczyć? - zaśmiała się, gdy staliśmy na światłach.
- Nie, nic podobnego. To może rozdzielmy obowiązki? - "Jak kiedyś." dodałem w myślach.
- Dobra. Ja siedzę z dzieciarnią i ją zabawiam, a ty pilnujesz porządku. Ok?
- Spoko. To przebieramy się w mundury do pracy i idziemy na salę. Na pewno masz rękę do dzieci?
- I dwóch braci w wieku klientów. Wiem, co robię. - syknęła i więcej się do siebie nie odzywaliśmy. Atmosfera zgęstniała.
I to było trudne w przyjaźni damsko-męskiej: atmosferę o wiele trudniej wyładować niż w związku, bo jak jest się parą to buziak i potulny szept wystarcza, a tu trzeba się głowić i głowić!
*Oxanne*
Wysiadłam naburmuszona i bez słowa udałam się do szatni. W dwie sekundy się przebrałam po czym ruszyłam ze skargą do Fazbear'a.
- Po cholerę mnie wzywaliście?! Nie mogę opuszczać lekcji od tak! A co, Rickuś nie wyrabia?! To zatrudnijcie mu następną lalunie do roboty!- wrzasnęłam z frustracją.
- Oxana, uspokój się. To nie o to chodzi. Po prostu naprawdę zabrakło nam rąk do pomocy, więc wezwaliśmy ciebie. A na dodatek, gdyby Rick ci nie pomógł, zapewne spaliłabyś szkołę, do której tak uparcie chcesz chodzić. - odparł spokojny. Poirytowana i wyraźnie zgaszona głośno wypuściłam powietrze nosem.
- Dobra. - fuknęłam i zabrałam się do głównej sali.
Czekał tam na mnie Rick w błękitnej koszuli i granatowych spodniach. Ja miałam na sobie podobny krój, ale inne kolory. Fiołkowa koszula oraz fioletowe spodnie. Nie chciałam wiedzieć jak idealnie ten strój pasuje do moich włosów.
- Dobra, dzieci! W co chcecie pograć? - uśmiechając się szeroko wybawiłam przyjaciela z pułapki małych rączek. - I kto tu nie radzi sobie z dziećmi? - z ironią szepnęłam, gdy obok mnie przechodził. Nic nie odpowiedział.
- To w co chcecie się pobawić? Jakiś pomysł, czy ja mam coś wymyślić? Tylko błagam, nie w chowanego! Budynek jest za duży! - udawałam udręczoną minę, którą kupiły.
Z tyłu, od strony matek usłyszałam poszepty:
"Widać, że jest nie w sosie, a i tak jest taka miła dla dzieci!"
"Jak ona znosi te wrzaski z tak bliska? Mi uszy już krwawią! Podziwiam panienkę."
"Co to za chłopak? Ma podobny mundur. Pewnie to ochroniarz, a ona?"
"Ona jest pewnie od zabawiania dzieci, jak widzisz. Młodzieniec speszył maluchy swoją niepewnością i wahaniem. Czasami te nasze pociechy są jak zwierzęta!" - odezwała się któraś, a reszta jej pokiwała.
- Lysowanie!
- Nie! Ja chce tpiewac!
- A ja wole gle! - dzieci kłóciły się w tle.
- Zrobimy tak: kto woli rysować? - 1/3 podniosła ręce. - Kto śpiewać? - znów 1/3. - A kto woli zagrać w gry planszowe? - kolejna, cholerna 1/3. Muszę coś wymyślić!
- Okey, to może zrobimy wszystko po kolei? Najpierw zrobimy konkurs rysowania i malowania. Kto zrobi najładniej dostanie wielkiego miśka! - podkreśliłam przedostatnie słowo.
Czując na sobie znudzony wzrok Ricka lekko się onieśmielałam, ale dzieci to dzieci. Przy nich trzeba wszystko.
- Taaaak! - odwrzasnął mi chór zadowolenia.
- Za momencik konkurs się rozpocznie, a wy zastanówcie się czy chcecie malować czy rysować? No i co? - uśmiechnęłam się do gwaru przemiłych twarzyczek.
- Rick, przynieś parenaście sztuk kartek xero i farby oraz kredki. Masz klucz do lewego składziku. - zwróciłam się do niego i rzuciłam klucz, który bez problemu złapał.
"Jacy oni zgrani. Może są parą?" - znów ktoś się odezwał.
"Mi raczej wyglądają na przyjaciół. Może są po rozstaniu?"
"Na to wygląda. O! Wraca brunet!" - rozmowy ucichły, gdy do sali z powrotem wkroczył piwnooki obciążony plikiem kartek, trzema pudełkami kredek i paroma farbkami.
- Daj pomogę ci. - zaśmiałam się i wzięłam od niego pudełka.
- To kto chce rysować? - z lasu osób wyłoniła się połowa rąk.
"Te dzieci są chyba symetrycznie podzielone." - pomyślałam.
Usadowiłam je wokół ogromnego stołu. Podzieliłam na rysujących i malujących. Obok jednych i obok drugich postawiłam materiały. Z pomocą Ricka szybko rozdaliśmy kartki.
- Trzy, dwa, jeden... Start! - kredki i pędzle poszły w ruch, każdy chciał zrobić swoją pracę jak najzręczniej.
"Naprawdę umieją sobie radzić w tej pracy. Ale nadal sądzę, że są razem, tylko oddzielają życie prywatne od służbowego."
"Nie! Oni nie są razem, mówię ci!" - znów nastąpiły szepty. Rick najwyraźniej ich nie słuchał, bo stał jakby nigdy nic i przyglądał się dziewczynkom i chłopcom w zgiełku.
Miałam dosyć tych dyskusji.
- Przepraszam, czy mogłyby szanowne panie przestać rozmawiać o mnie i moim żywocie? Rozumiem kobiece potrzeby plotkowania i tym podobnych, ale grzecznie prosiłabym zaprzestać akurat tego tematu. - zwróciłam się do nich najłagodniej jak umiałam. Sztuczny uśmiech tak mi się kleił do twarzy, że myślałam, że się porzygam. Potulnie pokiwały głowami. Takim grzeczniutkim tonem nieźle zjechałam ich zapał. Nawet Rick patrzył nieco zdziwiony. Rysujący nawet nie spojrzeli na całą sytuację.
Poczułam jak wpływa we mnie furia, irytacja z niedobrego zachowania tych kobiet. Moje oczy zabarwiła tak namiętnie ciemna czerwień, że, można byłoby to uznać za burgund.
- Uspokój się. - usłyszałam za plecami.
- Jeszcze czego! Niektórzy ludzie tak mnie irytują! Aż mi szkoda, że tylko niektóre z tych szkrabów wyrosną na czystych! Część pewnie zostanie śmierdzącymi spalenizną grzesznikami! - rzuciłam.
- Nie jesteś w stanie przewidzieć przyszłości, Ox. Nie stawiaj na tak bolesne rozwiązania. Oddychaj. Pamiętasz jaki masz kolor oczu? Fiolet. Ten spokojny fiolet. Już?
- Dzięki. Już mi lepiej. - wydukałam i się do niego nieśmiało uśmiechnęłam. Oczy powracały do swojego zwyczajnego koloru. O ile on był zwyczajny.
- To co dzieci, jak tam z pracami? Widzę, że co poniektórzy już kończą!
- Ja już skończyłam! - pochwaliła się niska blondyneczka w kucykach. Wyglądała jak lalka. Mała, chuda, blond włosy i kokardki oraz sukieneczka w falbanki. Kto tak ubiera dziecko w XXI wieku?
- To pokaż kochanie. Pięknie! Doprawdy, nie wiem, gdzie nauczyłaś się tak malować! - i to było szczerą prawdą. Malowała lepiej ode mnie, a jestem całkiem dobra z plastyki! Chyba wygra. Zobaczę inne prace, może mnie czymś jeszcze zaskoczą.
Reszta dzieci malowała i rysowała przeciętnie. Tylko jeden chłopczyk (który wyglądał jak mini Rick. XD) narysował niemalże idealnie ruchliwe ulice Trafalgar Square.
- Mamy oto zwycięzców! Jest to Alice Thomson i Eric Newther [czytaj: niuter]! Drugie miejsce zajmuje John Diarycle [czytaj: djarikyl], a trzecie mała Kathy Nellson! Brawa dla wszystkich! - kiedy zaczęłam klaskać zrobili to i wszyscy, włącznie z mamami.
- A teraz, może zrobimy sobie małe karaoke? Potem coś zjemy i zagramy w gry planszowe.
- Tak, więc jakiś sprzeciw? - po mojej wypowiedzi zapadła głucha cisza, którą przerwał Rick:
- Oxanne chodź no tu na chwilę...
- Tak? - podeszłam uśmiechnięta. - O boże... - dodałam na widok jelit pozwijanych w starym wiaderku. (przypis od autorki: normalnie jak w Corpse Party XD)
Przełknęłam ślinę i starałam się nie myśleć o Scott'cie. Tak bardzo się starałam... Mimo to pomyślałam, że to on.
Starając się ukryć szok wróciłam do dzieci. Reszta zabawy minęła spokojnie, zaśpiewaliśmy cztery piosenki, po czym wszyscy zasiedli do pizzy i napojów. Ja i Rick głowiliśmy się nad flakami w pojemniku.
Na końcu pograłam z małymi gośćmi w różne mniej aktywne rozrywki, np. kalambury.
- Dziękujemy za opiekę nad naszymi dziećmi. Jest pani bardzo utalentowana jeśli chodzi o opiekę nad szkrabami. - te właśnie słowa usłyszałam na odchodne od jednej z matek.
- Dziękuję, ale to nie tak. Mam młodsze rodzeństwo w tym wieku, więc jestem przyzwyczajona. - jak zwykle byłam skromna, a nawet się czasem nie doceniałam.
Gdy już wszyscy wyszli odetchnęłam i żachnęłam do Ricka:
- Idę się przebrać i... Kurwa! Piętnasta! Opuściłam wszystkie zajęcia... Dobra, nieważne wracam do domu.
- Czekaj! A co z... - dalszej wypowiedzi już nie usłyszałam, bo biegiem poszłam do szatni.
Po powrocie do mieszkania przywitałam się z braćmi i udałam do swojego pokoju.
- Cholera, nie mogę opuszczać lekcji, bo dostanę szlaban, albo zrobię się głupia.- mówiłam na głos.
- Zaraz, co? Zrobię się głupia? - zaczęłam śmiać się sama z siebie.
- Nieważne. Muszę powtórzyć materiały, które dzisiaj przerabiali. - sięgnęłam po podręcznik do matmy i po tabele z chemii.
Odrabiałam to wszystko około półtorej godziny. Godzina 17:08.
- Może zeszłabyś tu na chwilę, Oxanne. - głos mojego ojca dobiegał z kuchni.
- Dobra, już idę!
"Ciekawe, czego chce?" - pomyślałam.
- Wytłumaczysz mi, co to jest? - wskazał na ekran laptopa. Wyszukiwarka była otwarta na e-mailach na dzienniku internetowym mojej szkoły. Przeczytałam wiadomość:
"Z wielką przykrością muszę Pana powiadomić, iż Oxanne użyła przemocy dzisiaj rano na szkolnym podwórku. Zrobiła to w stosunku do starszego o rok ucznia z klasy 3-B. Po zdarzeniu opuściła teren szkoły  wraz z wysokim brunetem, do którego zwracała się per "Rick". Nie pojawiła się więcej na zajęciach. Proszę porozmawiać z córką o jej zachowaniu i powiadomić mnie, jak sprawa zostanie rozwiązana. Ulgowo, czy inaczej?
Czekam na odpowiedź,
Dominica Laster wychowawczyni klasy 2-C."
- No i? - wzruszyłam ramionami.
- To i, że masz szlaban na wychodzenie z Rick'iem, Bonnie'm, czy którymkolwiek z tych swoich "przyjaciół". Zrozumiałaś? A, i jeszcze jedno. Idziesz jutro do szkoły, a Pani Dominica wymyśli dla ciebie jakąś stosowną karę.
- Co? Ale to nie ja! Ten typ palił dragi i to ja obrywam? Z resztą, Rick potrzebował pomocy w pracy, więc nigdzie z nim nie wychodziłam na żadne spotkanie, tylko do pracy!
- Nawet jeśli palił to chuj cię to obchodzi! To jego życie, nie twoje. Na tą twoją pracę też masz zakaz, rozumiesz?
- Dobra! - jeszcze nigdy nie widziałam ojca tak wściekłego.
"O co mu chodzi? Nie rozumiem. Przecież ja tylko... Agh! Nieważne! Idę na spacer. Muszę się przewietrzyć." - jak pomyślałam, tak zrobiłam. Przebrałam się w czarną, luźną spódniczkę, czarne rajstopy, tego samego koloru koszulę włożoną pod spódnicę, a buty i makijaż dopasowałam do stroju - ciemne i czarne.
Włosy falami oblewały mi ramiona, gdy przekraczałam ruchliwe ulice Oxfordu.
Miałam dosyć ojca, matki, Rick'a, Bonnie'go, Molly, Matt'a - wszystkich!
Chciałam po prostu uciec do innego świata, w którym nikt mnie nie znajdzie. Ale to niestety było niemożliwe. Na tyle niemożliwe, że mogłam tylko śmiać się z siebie, gdy tylko o tym pomyślałam.
- Hej, to Oxana! Chodźcie! - przemilutki głosik wyrwał się dźwiękiem spoza tłumu. To Chicka. Nie pomyliłabym jej z nikim.
- Heeeej! - machała do mnie, aby po chwili rzucić mi się na szyję.
- Też miło cię widzieć, Chicka. - mruknęłam. Zauważyłam, że są z nią Mangle, Freddy i Foxy.
- Nawet nie wiesz, co się dzieje z Bonnie'm! Ciągle z nikim nie rozmawia i na okrągło go nie ma, a jak jest to tylko patrzy się na ciebie morderczym wzrokiem, a po chwili i tak odchodzi! Wiesz, co mogło mu strzelić do głowy? - wolno pokręciłam głową, to co mówiła blondynka zdziwiło i mnie, chociaż ledwo co, coś z tego zrozumiałam.
- Spotkałem ostatnio tą twoją koleżankę na ulicy, co ma różowe włosy. Zaczepiła mnie mówiąc "widziałam cię z Ox. ", czy coś takiego. - Foxy odezwał się niespodziewanie.
- Ahmmm... Molly? Widziałeś ją? - lekko zmieszana zaczęłam coś bełkotać.
- Tak, chyba miała tak na imię. Coś się stało? Wyglądasz nieswojo.
- Tak, właśnie, stało się coś? - tym razem i brunet przyłączył się do rozmowy.
- To nic szczególnego. Po prostu jakiś typ chciał mnie zdemoralizować i to ja za niego obrywam u pani i u ojca.
- Aha. Jak chcesz to mogę z nim porozmawiać, wiesz w końcu jestem jego synem.
- Nie, dzięki. Nie trzeba. Wiecie, gdzie jest Will? - odparłam, aby zmienić temat.
- Jest w restauracji, powiedziała, że musi coś zrobić, aby pomóc Fazbear'owi w pracy.
- Rozumiem. - westchnęłam. Nagle, nie wiem dlaczego przypomniały mi się jelita w wiaderku. Zrobiło mi się słabo. Myślałam, że zemdleję. - Słuchajcie, ja chyba powinnam już wracać, więc, do zobaczenia! - krzywo pomachałam i zaczęłam ledwo toczyć się na nogach do domu.
Wpadłam przez frontowe drzwi przeszłam kilka kroków i skręciłam w lewo, aby zwymiotować do zlewu w łazience.
- Kochanie, wszystko dobrze? - ojciec najprawdopodobniej usłyszał dźwięki jakie wydawałam.
- Ta... aak... - wydusiłam i z powrotem wydalałam z siebie wymiociny.
Gdy skończyłam udało mi się usiąść na klapie klozetowej i zaczerpnąć kilka oddechów.
- Boże... Co się ze mną dzieje? I dlaczego TO do cholery tam było?! Jezu mam dość... To wszystko... Mnie przytłacza... - mamrotałam.
hmpf... Wiedziałem, wiedziałem, że wymiękniesz i nie dasz rady... Hahaha! Jednak miałem rację, co? - czyjś oskarżycielski ton dudnił w mojej głowie.
- Hę?! Kto to? ...tato? - niepewnie skierowałam wzrok w stronę drzwi. Nie było odpowiedzi. Przełknęłam głośno ślinę. - Kto to?! - powtórzyłam.
Twój najgorszy koszmar. - usłyszałam jadowity szept. W głowie krążyły mi cztery opcje: Scott, Cień, Bonnie albo ktoś jeszcze inny!
- Prosiłabym zwięźlej mój domniemany koszmarze!
Oczywiście, Księżniczko Krwi. Nazywam się Gregory. Stoję po drugiej stronie ulicy i jestem łowcą wampirów, którym ewidentnie jesteś, czyż nie? Taka odpowiedź wystarczy? Cóż, zszokowała mnie twoja reakcja na wspomnienie krwi. W końcu jesteś wampirem! Hahaha! To naprawdę zabawne!
- Naprawdę? Mam to odebrać jako komplement? - sapnęłam wyskakując z łazienki ku drzwiom i chodnikowi przed domem. Po drugiej stronie jezdni rzeczywiście ktoś stał i z tajemniczym uśmiechem patrzył się wprost na mnie.
*****
Przepraszam, że taki krótki, ale nie ma siły, pewnie i tak mnie nienawidzicie za to, że wstawiam posty sporadycznie. Ale tak mi przykro, że szósta klasa szkoły podstawowej jest taka posrana! Cóż, we wrześniu gimnazjum... Trudno...
Pozdrawiam, Bethany