wtorek, 7 lipca 2015

Rozdział 1

Usunęłam moje poprzednie dwa blogi, bo prowadziłam ich, aż trzy - zostawiłam najważniejszy i zakładam ten :-) Przypominam, że akcja dzieje się w USA.
*****
Rozdział 1
*Lily*
Mam na imię Lily, chodzę na studia z medycyny - głównie rozkrajmy tam różne organizmy i je badamy, ale, że jestem wzorową uczennicą to uczęszczam na praktyki - jestem asystentką Dr. Brigdes'a [czytaj: bridżysa]. Zajmuję się takimi sprawami jak skręcenie kostki, złamania, nie poważne rany itd. Jako, że wykazuję wzorową poprawność dostaję nie tylko stypendia, ale i 800 dolarów tygodniowo, więc zarabiam chyba przeciętnie... Mieszkanie wynajmuję u przyjaciółki, ma bliźniaka, w którym była wolna jedna połowa... płacę 200 na miesiąc i ona jeszcze opłaca rachunki! Jaka ona kochana! Nie wiem co bym bez niej zrobiła!
  Następnego dnia pierwsze były zajęcia z prof. Whime'm. Gdy każdy wszedł do sali gapił się w stronę biurka profesora Whime'a [czytaj: łajma]... Przy jego biurku siedział dziwny, młody chłopak. Przez chwilę się na niego patrzyłam i stałam w przejściu, starałam się zrozumieć dlaczego ma tę cholerne fioletowe oczy i włosy...?! Cera była lekko opalona, ale nie, aż tak... Poczułam pchnięcie od strony lewego ramienia.
- Hej, zakochałaś się? Siadaj, zaczyna się lekcja! - powiedziała jak zawsze z bananem na twarzy Auriana.
- Nie, nie, ja tylko... - wymruczałam pod nosem i podążyłam za przyjaciółką, aby usiąść.
- Jak by co, to jest syn Whime'a. Dzisiaj będzie pomagał ojcu, ale Whime się spóźni - Vincent poprowadzi chwilę lekcje... Wiesz, że jest w naszym wieku? - jak zwykle, Auriana ma w zanadrzu wszystkie przydatne informacje...
- Vincent. Ładne imię. A ile spóźni się Whime?
- Przyjdzie w połowie lekcji, a co, nie podoba ci się Vinc?
- Nie, nie, tak z ciekawości tylko pyt... - nie dokończyłam, bo Vincent do mnie podszedł, chwycił za podbródek, uniósł go do góry bym patrzyła mu w oczy.
- O czym tak rozmawiasz, panno Care? [czytaj:ker]
Lekko się zarumieniłam, chciałam spuścić głowę, ale Vincent miał rękę z betonu, chyba nikt nie widział mojej próby siłowania z nim.
- Patrzenie w swoje buty nic ci nie da, panno Care. Jeżeli będę chciał i tak cię usłyszę, i tak zobaczę twoją twarz. - powiedział, uśmiechnął się chytro i powoli puścił mój podbródek.
Odwrócił się i chodził po sali coś tłumacząc, Auriana gapiła się na mnie jak wryta. Spuściłam głowę - Vincent, jak by miał oczy na plecach odchrząknął głośno, kątem oka spoglądając na mnie, tak się przeraziłam że przez następne 20 minut bałam się mrugnąć lub pochylić nad zeszytem, aby zapisać notatkę... Wreszcie do sali wkroczył Whime! Hurra! Po raz pierwszy tak się cieszyłam na ten widok!
- Vynt, musisz poprowadzić lekcje przez cały dzień. Rozprawa się przedłużyła, musisz następnym razem ze mną pójść! Jesteś ofiarą i świadkiem, jak możesz nie być na rozprawie?!? - zganił syna Whime.
- Cicho, staruchu! - powiedział z uśmiechem. Whime też się roześmiał.
- Do widzenia. - powiedział profesor wychodząc.
Patrzyłam z lekkim strachem na Vincenta, który kreślił coś białą kredą. Starałam się tego nie okazywać, ale naprawdę zaniepokoiły mnie słowa Whime'a. Patrzyłam tylko z lekkim strachem i zdziwieniem na Vinca, nie rozumiejąc co mówi, ani nie umiejąc rozróżnić wzorów na tablicy... byłam zdenerwowana. Dlaczego innych nie poruszyły słowa wykładowcy? Co się stało z Vincentem, że ma rozprawę? Nauczyciel mówił, że był ofiarą, tak? Szkoda mi go, ale co się stało? Z rozmyślań wyrwał mnie zmieszany głos Auriany:
- Nad czym się tak zastanawiasz? Czytaj z tablicy! Szybko! Vincent będzie cię zaraz pytać!
Kiedy Vincent do mnie dotarł spytał o coś, znałam odpowiedź, ale zamiast jej powiedziałam;
- Przepraszam, ale nie rozumiem tego tematu. Czy mógłby... eeee, pan mi go wytłumaczyć po zajęciach? - ta sprawa z sądem nie dawała mi spokoju, musiałam go o to spytać!
Cała klasa wydała z siebie jęk typu: Co?!?! Czy ja jestem w równoległym świecie?!?! Oczywiście znałam tego powody; ja, wszystkowiedząca, Lily, proszę o korki! Cóż, cuda się zdarzają...
Po lekcji zostałam w klasie, pod koniec zajęć skupiłam się na Aurianie, więc nie widziałam nigdzie Vinca. Korzystając z tego, że po lekcjach nauczyciele rozmawiają z nami jak równy z równym, usiadłam na krańcu biurka i zamknęłam oczy. Nagle usłyszałam znajomy głos i czyjś ciepły oddech na szyi...
- Cześć, jednak nie kłamałaś...
Szybko otworzyłam oczy i po swojej prawej stronie ujrzałam Vincenta podpartego o biurko. Byłam wyżej ze względu na to, że ja siedziałam na biurku, a on się o nie tylko opierał, czułam się z tym dziwnie. Gdy zeskoczyłam z biurka zauważyłam, że Vincent jest zaledwie o 2-3 cm wyższy.
- Której części tematu nie rozumiałaś? - spytał.
- Tematu...? Aaaa, tak... Yyyy, bo ja... no, chciałam cię spytać... o co cho, chodzi z tym sądem? - zapytałam niewinnie jąkając się.
- Ach! Mogłem się domyślić! Do widzenia! -  zdenerwował się i wyszedł.
Ja stałam w bezruchu, gdy nagle poczułam ogromny ból w okolicy prawego barku - myślałam, że to coś w stylu dostałam mrówek czy coś... ale kiedy się obejrzałam zobaczyłam krew... krzyknęłam... Potem pamiętam tylko upadek na podłogę i czyjeś nerwowe, szybkie kroki...
*Vincent*
Usłyszałem krzyk dochodzący z sali lekcyjnej, w której zostawiłem Lily. Myślałem, że to coś w stylu; Ja go kocham! Dlaczego mnie zostawił?!? Ale w chwili dotarcia do moich uszu dźwięku uderzania głowy o podłogę pobiegłem do klasy najszybciej jak mogłem. Serce mi stanęło... Zobaczyłem Lily w kałuży krwi z wielką raną od tyłu na prawym ramieniu... W jej nogach leżał nóż... nie mogła sama się tak poranić, rana byłaby płytsza i bardziej wykrzywiona na północ, a nie prosta... Nagle spojrzałem na nią pod innym kątem. Poczułem się dziwnie... Jakby skrzywdzono kogoś, kto był mi bliski... Wziąłem ją na ręce i powiedziałem Aurianie, która stała w drzwiach żeby zadzwoniła na pogotowie. Byli ulicę z tąd - po trzech minutach byli pod szkołą. Położyłem ją na noszach i pojechałem z nią do szpitala - skłamałem, że jestem jej chłopakiem - i zadzwoniłem do jej rodziców, żeby wiedzieli, że jest w szpitalu. Nagle Lily wydała mi się taka krucha i bezradna... Miałem ochotę pogładzić jej włosy, pocałować ją w czoło i myśleć, że wszystko będzie dobrze. Po chwili w szpitalu byli rodzice Lily. Zdziwili się na mój widok: siedziałem przy jej łóżku, wyglądałem pewnie na mega zdenerwowanego, trzymałem jej rękę z nadzieją patrząc na kamienną twarz dziewczyny...
- Dziękujemy ci Vincent! Gdyby nie ty, nasza córka już dawno straciłaby życie! - mówiła matka Lily.
Słuchałem jej nadal wpatrując się w jej twarz i ściskając rękę. Kiedy tak myślałem co o niej sądzę, rozglądałem się po sali - większość ludzi przechodzących obok patrzyło się na mnie - to na nią. Poczułem ja moją dłoń coś ściska, na początku się tym nie przejąłem, ale, gdy popatrzyłem na Lily moje serce zaczęło szybciej bić! Obudziła się! Byłem tak szczęśliwy, że nie wiem co! W sumie, to nie wiedziałem dlaczego, ponieważ była tylko uczennicą... Ale chyba coś do niej czułem... Pobiegłem po lekarza, zbadał ranę na plecach Lily...
- Za dwa tygodnie rana się zagoi do stanu powrotu do domu. Na szczęście nóż nie porysował kości ani nie trafił w czułe miejsce barku...
Usiadłem z powrotem na krześle i ukryłem twarz w dłoniach... Poczułem czyjś ciepły dotyk na ręku. Lily pocierała swoją dłonią od nadgarstka do łokcia...
- Wszystko ze mną dobrze... - powiedziała.
- Tak, ale to moja wina! Gdybym nie wyszedł z pokoju nikt by nie przyszedł, a nawet jeśli to bym mu przypierdolił! To przeze mnie tu leżysz! Przepraszam... - powiedziałem przez łzy. Wyszedłem z sali. Poszedłem przed recepcje. Zastanawiałem się czy nie zostać, ale po tym co jej wyznałem wyszedłem ze szpitala. Wróciłem do domu autobusem. Nie mogłem zasnąć, bo myślałem o Lily....
*Lily*
Leżałam na łóżku szpitalnym i gapiłam się jak wryta w sufit. Nie mogłam zapomnieć o tym co powiedział Vincent... Zasnęłam, ale obudziłam się już po godzinie... Około 09:00 odwiedzili mnie rodzice, którzy przynieśli prezenty, posiedzieli, pogadali ze mną. Starałam się wyglądać na szczęśliwą. Jedyną rzeczą, na którą miałam ochotę to porozmawiać z Vincem... 11:00 - przychodzi Auriana i prof. Whime... Od 14:00 byłam sama. Zajęłam się jakimiś pierdołami jak uczenie się itd. Od 16:00 do 20:00 chyba na okrągło była przy mnie pielęgniarka albo lekarz i co chwila faszerowali mnie czymś, zmieniali kroplówkę, albo patrzyli ranę na plecach...
21:00 - czekałam, nie byłam zmęczona, czekałam - może na Vincenta? Ale na kogoś na pewno, bo za każdym odgłosem otwierania/zamykania drzwi miałam cichą nadzieje, że ktoś do mnie podejdzie...
Zauważyłam w drzwiach znajomą (fioletową!) sylwetkę. Chłopak podszedł do mnie, złapał mnie za rękę i powiedział:
- Dla ciebie teraz zrobię wszystko, ale za to, że zostawiłem cię wtedy nigdy sobie nie podaruję. Twój krzyk śni mi się co noc - dodał w myślach...
- Dawno ci to wybaczyłam to nie twoja wina, ale... Wyjaśnisz o co chodzi z sądem? - spytałam nieśmiało z chytrym uśmieszkiem.
- Jesteś nieustępliwa i uparta! Ale dla ciebie... Miałem młodszą siostrę, była w wieku 7-8 lat. Szedłem z nią ulicą, było ciemno. Uczyłem ją wspinania się na dachy, w młodości byłem złodziejaszkiem i łobuzem... żeby zrobić na złość ojcu, który pił... Szliśmy tą ulicą i zobaczyłem jakieś cienie, kazałem małej wskoczyć na dach... Chciałem okraść tych ludzi, ale nie okazali się amatorami... Jeden wziął nóż i mój brzuch przecięła gruba, ciemnoczerwona linia krwi. Ryczałem i zwijałem się z bólu na chodniku, więc zatkali mi dziób gazą... Zobaczyłem, że idą w stronę, gdzie czmychnęła moja siostra... Po chwili wyszli cali upaprani krwią, wyjęli mi gazę z ust i zostawili. Doczołgałem się do miejsca gdzie leżała moja martwa siostra z poderżniętym gardłem, jej głowa była odchylona do tyłu przez co ten widok przyprawiał mnie o jeszcze większe dreszcze, a jej głowa wyglądała jakby miała się oderwać... Zasnąłem oparty na zwłokach mojej malutkiej Jany... [czytaj: dżejny]Później jakaś kobieta mnie znalazła i odprowadziła do domu, bo nie miałem siły robić tego sam. Co myśli kobieta, która znajduje 14 latka śpiącego na swojej martwej 8 letniej siostrze, która została zabita przez dresiarzy...? - schował twarz w dłoniach, ale nie płakał, tylko westchnął i spojrzał na mnie.
- Ci bandyci, którzy zabili moją siostrę dopiero po 8-iu latach zostali złapani... Po zabiciu mojej siostry odchodzili z uśmiechami i satysfakcją. Jestem ciekaw jak można zabijać dla zabawy?
- Nie wiem, ale chyba można, skoro oni to zro... - mówiłam coraz większym szeptem... Potem cały świat mi zgasnął....
*****
Podobało się? Niby takie krótkie, ale ile godzin, ja to pisałam. Wydaje się, że trzeba pisać tylko krótkie rozdzialiki, ale tak na prawdę to ciężki kawałek chleba...
Pozdro, Bethany

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P