środa, 22 lipca 2015

Rodział 3

*Oxana*
Myślałam tylko o pocałunku z Matt'em... To odrywało moje myśli od morderczej rutyny ojca. Byłam jednocześnie załamana poczynaniami taty i wniebowzięta sytuacją z Matt'em. Byłam po prostu rozdarta. Czy się cieszyć czy panikować - ja to mam talent do zaburzania rzeczywistości.
- "Dziś po raz pierwszy od prawie roku sprzeciwię się ojcu. Tak! Zrobię to! A niech matka trzęsie się jak galareta, ale ja mam charakter!" - myślałam na matmie i uśmiechałam się złowieszczo.
- Hej, co robi ten uśmiech na twojej twarzy? - spytał unosząc prawą brew do góry Matt.
- Chce zrobić coś bardzo odważnego i niemalże zabójczego...
- Cooo?!?! - krzyknęli jednocześnie Matt i stojąca mi za plecami Molly.
- Chce porozmawiać z ojcem. - rzekłam z grobową miną.
- Ale, ale, ale... on cię zabije, pobije i udusi!!! - panikowała Molly.
- On mi nic nie zrobi, obiecuję. - powiedziałam z lewą ręką na sercu. Oboje przyjaciele przytulili się do mnie i powiedzieli, że powiesiliby się, gdyby coś mi się stało. Reszta lekcji dłużyła się niemiłosiernie. Po zajęciach Matt odprowadził mnie pod blok.
- Jeżeli włos ci z głowy spadnie to mu tak zajebie, że się nie pozbiera. - wyszeptał mi do ucha.
- Tak, ale to i tak mój... yyy, ojciec? - jąkałam się, ale wydusiłam to z siebie z udawanym uśmiechem.
- Dobrze, to, do jutra. - powiedział, westchnął i dał mi szybkiego buziaka w usta. Następnie odszedł. Weszłam na górę stawiając pokracznie moje koturny-trampki na kolejnych stopniach. Plecak zostawiłam w przedpokoju i ruszyłam pod gabinet Vincenta...
- Kochanie, nie. On właśnie wrócił. - powiedziała z troską moja mama.
- Nic mi nie będzie, mamusiu. - zapewniłam matkę.
Zapukałam w drzwi, następnie wślizgnęłam się do środka i przyglądałam się sterylnie czystemu pokojowi, jedynym odłamem uporządkowania był mój tata siedzący na czarnym, skórzanym fotelu z zakrwawionym nożem w ręku. Z jego nadgarstka ciekła krew... Głośno przełknęłam ślinę. Odwrócił się i uśmiechnął złowieszczo. Podchodził do mnie z nożem. Nie bałam się, on nie skrzywdzi własnej córki, nigdy tego nie zrobi. Gdy był krok ode mnie po pokoju rozległ się dźwięk stali uderzającej o posadzkę - nóż upadł. Ojciec wtuli się we mnie, a krew z jego nadgarstka (jak się później okazało samo okaleczonego) spływała mi po szyi, plecach. Mimo obrzydliwego zapachu krwi i zdziwienia oddalam uścisk. Staliśmy tak chwilę, a potem usłyszałam głuche "przepraszam".
- Wiem, że to nie ty, ale ta bestia w tobie! - powiedziałam przez łzy.
- Ja, ja, ja... nie wiem co się ze mną działo... - poczułam, że on też płacze.
- Nie martw się. Pogódź się z mamą i wróćmy do normalnego życia...
"Nigdy tak nie będzie" - powiedział głos w mojej głowie. Mój cień się do mnie szczerzył i wyciągał pazury do mego ojca... Potrząsnęłam głową i ponownie skupiłam uwagę na ojcu.
- Łatwo ci mówić kochanie, to nie ty masz na sumieniu dziewięć morderstw! - powiedział i mimo poważnego tonu zaśmiał się.
- Tak, tato. Dobrze, że jesteś. - odparłam gapiąc się na czerwono-oki cień...
*3 dni później* *Vincent*
Od dawna nie panowałem sam nad sobą i nie wiem dlaczego. Na szczęście mam taką wspaniałą córkę! Może to była moja reakcja psychiczna na tę opowieść tamtej... Night? Coś takiego mogłoby się zgadzać, ale, nie wiedziałem, że oddziaływania w mózgu mogą być tak silne. Szczerze? Kompletnie nic logiczne mi się nie zgadza z poprzednimi wersjami. Ale to już nie wróci... Mam nadzieję tylko, że na moją córkę nie spadła klątwa cienia mego ojca...
- Kochanie tak się cieszę! - usłyszałem i odzyskałem orientację w terenie, byłem w ramionach Lily... Boże jak ja dawno nie czułem tego uczucia...
- Ja zajmę się tym. - powiedziała Ox wymachując srebrnym kluczem w stronę mojego gabinetu.
- I... Koniec! - powiedziała i ułamek sekundy później klucz zazgrzytał w zamku, a pięć minut potem szamotał się wśród kolorowych worków w śmieciarce. Posprzątaliśmy razem mieszkanie. Po godzinie moja rana o sobie przypomniała i Ox mi ją opatrywała...
*Oxana*
Mój cień wypełzł poza kontury i owijał łapami mojego tatę łapczywie patrząc na jego ranę...
"Krew. Chcę krwi. Daj mi krwi. Zabij, ale daj. Daj." - odbijał się echem głos poczwary w mojej głowie. Zdążyłam się zorientować, że inni jej nie widzą.
"Ze mną jesteś bezpieczna. Za zapłatą. KREW!" - krzyczało monstrum przyprawiając mnie o ból głowy. Starałam się nie okazywać moich doznań. Gdy po sprzątaniu rodzice rozmawiali ja poszłam na górę w celu uczenia się. A przynajmniej tak sobie wmawiałam, bo na górze wydarzyło się coś zupełnie innego... Usiadłam przy biurku przeczytałam ledwo dwa słowa z podręcznika od chemii, a usłyszałam:
"KREW, KREW, KREW. Dobrze wiesz czego chcę. Oferta aktualna bezpieczeństwo za krew. Odbieraj innym krew. Dla mnie. Jestem najważniejszy, ochronię cię"
Złapałam się za głowę i ledwo słyszalnie jęknęłam.
- Dobra, kurwa. Jak ci tak zależy, ale masz się zamknąć poczwaro!!! - warknęłam sięgając po otwieracz do kopert z szuflady. Zraniłam się w kciuk, upuszczałam krew do słoiczka na próbówki do zadań z chemii. Kreatura w mig zjawiła się nad krwią.
"Czyja? Twoja? Jeżeli twoja to uważasz mnie za idiotę. Jestem żądny krwi, ale nie właścicielki, ani chlebodawczyni, bo twoją krew mogę zabrać kiedy chce." - to mówiąc cień przejechał po moim nadgarstku, a z niego trysnęła krew...
- Jak ty to?!? Aaaaa, to boli! - wszystko zaczęło się ściemniać. - Przestań! - dodałam na ostatnim tchu i zemdlałam.
"Dobranoc, maleńka istotko..." - powiedział cień i zaśmiał się złowieszczo. Zaszył ranę na kciuku, ale nadgarstek zostawił pocięty.
*Lily*
- Boże, co jej się stało?!?! - krzyknęłam przerażona i wtuliłam się w ramię Vincenta.
- O co tu cho... Jak to się... - zmarszczył brwi - Oni. - wyraźnie się zdenerwował. - Dzwoń  po karetkę. Powiedz, że nie znasz przyczyny zranienia i, że taka była, gdy ją zobaczyłaś. Ox ma powiedzieć, że to przez przypadek dalej niech sama wymyśli jakąś historyjkę. Ja niedługo wrócę. - powiedział i wyszedł z domu. Patrzyłam tylko jak nasz samochód odjeżdża w lewo i znika między rudo-czerwonymi  budynkami. Po chwili zadzwoniłam po karetkę.
- Dzień dobry, tutaj pogotowie ratunkowe, w czym mogę służyć? - usłyszałam kobiecy głos.
- Lily Whime. Bartnicza 1/4 A. Moja córka zemdlała. Ma podcięty nadgarstek. Chyba nie straciła dużo krwi. Nie wiem w jaki sposób dokonała obrażeń. - zeznałam do słuchawki.
- Karetka jest na Bródnie więc powinna jak najszybciej do pani dotrzeć. Dziękujemy za zgłoszenie. Do widzenia. - koniec połączenia.

   Jadę właśnie z Oxanne karetką. Ciekawe gdzie pojechał mój skarbek, i po co?
*Vincent*
Jestem właśnie pod pizzerią Freddy Fazbear Pizza.
- Phone Guy, wyłaź. To ja, Vinni - nie poznajesz? Ten od zabójstw w ciągu tego roku... - mówiłem niepewnie.
- Stary, dawno cię nie widziałem! A mój wynalazek nie powinien teraz być na twoim potomstwie...? - z Pirate Cove'a wyłonił się chłopak o kruczo czarnych, potarganych włosach i zielonych zerówkach.
- W tej sprawie ja do ciebie. Moja córka chyba ma to cholerstwo. Pamiętasz jak go wyłączyć?
- Wyłączyć? - PG zaczął się śmiać. - Chyba chciałeś powiedzieć odczarować. Nie da się, mała będzie go mieć do końca życia. Niestety, ale nie mogę ci pomóc.
- Jak to?!? Mój ojciec się go pozbył.
- On go przegnał na klątwę skroploną krwią i tam go uwięził. Trzymał go na klątwie z pokolenia na pokolenie. Dlatego zrobiłeś tą serię morderstw, i mogę się założyć, że kiedy oficjalnie pogodziłeś się z rodziną twoja córka go przejęła.
- Ale ja nie słyszałem jego głosu.
- Bo ty jako pierwszy z pokolenia klątwy nie słyszałeś go ani nie widziałeś, ale miał nad tobą kompletną władzę. W przypadku reszty mogą się oprzeć jego głosowi i teatrzykom. Za to w obu przypadkach ten rodzaj ducha pragnie krwi i śmierci. - tłumaczył mi przyjaciel.
- Czyli, aby pozbyć się klątwy musi urodzić dziecko? - spytałem nieprzekonany.
- Nie, ale musi przeżyć jedną prowokację potwora lub więcej. Po gazetach i ręce widzę, że ty ich przeżyłeś 10, nie?
- Czyli cięcie się to też prowokacja?
- Tak, a co?
- Bo ona to już zrobiła...
- Sprawdzałeś ranę?
- Ale jak?
- Czy świeci się lekko na czarno. Pamiętaj, że on może ranić, nie ma prawa zabijać, ale rani.
- Nie zauważyłem, a może? Jadę do szpitala. Na razie, Eric! - pożegnałem się.
- Pa, Vinc! - doszło mi do uszu zza pleców.

   W szpitalu okazało się, że ranę zadał potwór. Czyli albo jej powiem albo całe życie z cieniem. Chyba drugie, bo ona może tego nie wytrzymać psychicznie... Jak na razie postanawiam jej nic nie mówić. Tak będzie (CHYBA) dla niej najlepiej...
Poczułem wibracje, ale krótkie - SMS.
"I co, pokój czy bitwa??? Czekam, Eric" - odczytałem w myślach po pięciu minutach od dostania wiadomości.
"Bitwa, ranę spowodował potwór. Nie ma innego sposobu?" - odpisałem.
"Nie, zabija albo rani - siebie lub innych" - Przyszło po krótkim czasie.
"Egh, jakoś sobie poradzimy. Dzięki, stary"
"Fioletowo włosy, nie dziękuj, bo zrobisz się za miękki :-). Powodzenia" - przeczytałem, a następnie spojrzałem na swoją córkę rozmawiającą z matką. Podszedłem i włączyłem się do rozmowy typu "o wszystkim i o niczym". Po dwóch dniach Ox wyszła, ze szpitala.
   - No, to kto idzie udobruchać sąsiadów? - spytała Lily z Mike'iem na rękach, a Kayl'em przyklejonym do nogi (oboje mieli już prawie dwa lata).
-  Nie ja! - krzyknęliśmy z córką jednocześnie.
- Tak właściwie to o co poszło? - spytała Ox rozdając karty (graliśmy w pokera dla rozluźnienia).
- A) zero gry w pokera, Vinnie. B) Ja już pójdę, ale wy pilnujecie chłopców.
- To ja założę buty! - powiedziała Oxana wkładając na nogę fioletowego trampka w czarne gwiazdki.
- O, nie! Pierwsze słowo do dziennika,...
- ... drugie do śmietnika - dokończyłem za żonę.
- Ha! A co powiecie na to:? Dziennik się spalił, a śmietnik ocalił! - krzyknęła i trzasnęła frontowymi drzwiami.
- Niezłe ziółko, ta córeczka. - powiedziałem i dałem buziaka Lily.
- Taak, taaak. - wyseplenił Kayl puszczając się spodni matki natomiast przyklejając do mojej nogi. Uwielbiał się przytulać. Nie ważne do czego. A jak witał się z kimś to nie mówił "Dzień dobry" tylko przytulał się i mamrotał "Cześć" albo "Witaj" i na tym się jego skróty powitalne kończyły. Natomiast Mike jest bardzo kulturalny, umie wszystkie prawie, że, słowa grzecznościowe (co nie znaczy, że wymawiał je poprawnie), ale jest strachliwy i ciągle trzyma się któregoś z domowników lub swojej ukochanej niani - Jessici. Właściwie to on nikogo nie faworyzuje, ale do brata już się tak nie lepi. (Nie, że mają złe stosunki, ale po prostu podchodzi do niego jak do kolegi, którego  może bić) Mike nie zniósł by kogoś nowego, ale jego brat - przeciwnie, wieży każdemu i jest ufny, naiwny. Jeden brunet o ciemnych, morskich oczach i pod opalonej cerze, a drugi - kruczo czarny włos z oczami jak krew i jasną cerą - czasami zastanawiam się czy mój  syn to nie wampir. Naprawdę niektórzy boją się Kayl'a. O, np. nasi sąsiedzi. Chłopcy bawili się w ich ogródku (nie wiedzieliśmy o tym) i pani Stetson zobaczyła Kayl'a ze sztucznymi zębami wampira i worami pod oczami, bo całą noc przesiedział z Ox. Krzyknęła przerażona i tak oto rozpętała się burza. Dlatego musimy ich udobruchać i się pogodzić.

*Oxana*
.....
- Co za okropna baba! - zwierzała się przyjaciółce przez telefon.
- No właśnie. Jak można przestraszyć się dwulatka przebranego za wampira?!? - kpiła Molly.
- Nie wiem, ale na przykładzie mojej sąsiadki można. Poczekaj tata coś chce. - przyłożyłam telefon do piersi - Tak, tato?!
- Chcesz zagrać - mama w sklepie! - odkrzyknął z salonu na dole.
- Ok, ale za 10 min. Spoks?!
- Ta!
- Halo? - spytałam w słuchawkę.
- Jestem, jestem. W co "grać"?
- W pokera, a myślałaś, że w co gram z ojcem mordercą? - spytałam ironicznie i się zaśmiałam.
-  Co?!? Na kasę?!?
- Jak mamy ochotę, ale kwota w turze nie może przekraczać ośmiu dych. Albo bez pieniędzy, na żetony z liczbami oznajmiającym ilość kasy, ale my to uznajemy za pkt. Kto zdobędzie więcej punktów ten wygrywa np. przegrany stawia mu kawę albo ciastko w piekarni i inne banalne kary.
- Ahaaa, bo myślałam, że wdajesz się w hazard z własnym ojcem... - przyznała koleżanka.
"Zabij. Ze mną będziesz bezpieczna, zabijaj ze mną... razem..." - usłyszałam znajomy głos świdrujący mi głowę. Na ramionach poczułam chłód otulających mnie rąk potwora. Poczułam się dziwnie... Straciłam nad sobą panowanie... Przed oczami miałam obraz z cieni, że mój tata całuje inną... mama płaczę, a mnie wyrzuca z domu i patrzy z pogardą na mnie i na mamę mieszkające na ulicy... Nie! Tata tak nigdy nie zrobi! Zamknęłam oczy i potrząsnęłam głową, ale do moich oczu napłynęły łzy... Zeszłam do kuchni, wzięłam nóż do ręki i ruszyłam w stronę salonu, gdy spojrzałam w lusterko spojrzałam na swoje oczy rodem Kayl'a i morderczy uśmiech jak tamten u taty... patrząc sobie w lustrze w oczy zobaczyłam jak zabarwia je na nowo jaskrawy fiolet i fala tego cudownego koloru rozpływa się po tęczówkach... Jednak gdy spojrzałam na nóż stałam się taka jak wyszłam z pokoju... Stałam tuż za tatą miałam mu właśnie wbić ostre narzędzie kuchenne w plecy, ale złapał mnie zza obandażowany nadgarstek i powiedział:
- Petrificus Lockhad! [czytaj: petrifikus lokhad]- Skamieniałam, mogłam oddychać, mówić, patrzeć, ale stałam w jednej pozie jak skała. - Czyli już się zaczęło... - zauważył jakby smutnym głosem...

   Zamknęłam oczy, a, gdy je otworzyłam siedziałam na moim łóżku w swoim pokoju, a z komórki, którą trzymałam dobiegał głos Molly:
- HALO?!?!? NIE MA CIĘ JUŻ CHYBA PÓŁ GODZINY!!!!!!!!!
- Jestem, sorry, ale nagle miałam drugie połączenie od lekarza... - byłam genialna w wymyślaniu i opowiadaniu historii - każdych.
- To dobrze, ale więcej mi tak bez uprzedzenia nie rób złociutka, bo się rozłączę! - zagroziła rozgniewana, ale jakby wiedziała, że jestem zmieszana po chwili się zaśmiała, a ja po niej.
- Słuchaj, mam ci coś do powiedzenia, ale nie mów Matt'owi, proszę!!
- Ok, to, co? W kawiarence niedaleko mojej chaty?
- Ok.
- Ok.
Powiedziałam ojcu, że wychodzę i gdzie, ale on tylko westchnął i poszłam na umówione miejsce. Czekałam jakieś dwie minuty na Molly.
- To ja dojeżdżam i powinnam się spóźnić, a tu ty, która masz ulicę stąd dom muszę na ciebie czekać! Dziwne, nie?
- No, tak... To co to za tajemnica?
- Ja, ja... mam chyba jakąś klątwę. - rzuciłam łzawym głosem.
- Klątwę?!?
- W głowie słyszę czyjś głos, który namawia mnie do zabijania i ranienia innych... - rozpłakałam się.
Dalsza część rozmowy minęła na tłumaczeniu dzisiejszego wydarzenia i innych objawów wywoływanych bestią...
   Postanowiłam zająć się czymś, aby odgonić myśli od potwora...
*****
No, to kolejny rozdział... Ocenę pozostawiam wam.
Pozdro, Bethany :-*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P