poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 2

*Vincent*
- Co się stało z Lily? - spytał podchodzącego lekarza.
- Po wstrząsie pourazowym trzeba uważać u pacjenta na szok i stres. - zauważył doktor.
- Dobrze, przepraszam. To chyba moja wina... - mruknął pod nosem.
Upłynął jakiś czas zanim dziewczyna znów otworzyła oczy, ale od razu jak to zrobiła przytuliła się do mnie.
- Yyyy... Uhh, miło cię widzieć! - odchrząknąłem.
- Vincent, nie zostawiaj mnie samej, nigdy!!! - powiedziała i mocniej mnie przytuliła, a ja zanurzyłem palce w jej blond lokach...
- Co się stało, że tak się stęskniłaś? - zapytałem uwalniając się od jej uścisku. Było mi z NIĄ tak przyjemnie, ale, no, cóż, jesteśmy w szpitalu...
- Przyśniło mi się to co stało się wtedy, gdy zostawiłeś mnie w sali... Ale wtedy nie zareagowałeś na mój krzyk i wykrwawiłam się na śmierć. - jej oczy były tak zaszklone jakby miała w tej sekundzie płakać - i tak było.
Przytuliłem i głaskałem ją po plecach. Czułem, że moje ramię robi się mokre - płakała. Jej płacz wywoływał u mnie schizę, że wydaje mi się taka bezbronna i słodka...
- Ćśśś, nie płacz. Jestem tutaj... - przestała płakać, ale nadal nie wypuszczałem jej z objęć.
Odsunęła się ode mnie i przybliżyła swoją twarz...
- Zawsze będę przy tobie. - szepnąłem i ją pocałowałem.
Oddała pocałunek...
*pół roku po tym wydarzeniu**Vincent*
Jak na razie mieszkamy z Lily w swoim własnym domu. Bardzo dobrze nam się układa. Lily przegoniła się z nauką dzięki materiałom, które wybłagałem u ojca. Może zdawać test końcowy cztery miesiące wcześniej! Póki co, mamy rutynowe życie - śniadanie, do pracy, obiad, wolne popołudnie, wieczór, kąpiel, kolacja, spać. I tak codziennie.
  Lily za miesiąc zdaje egzaminy, koniec studiów!
 Lily skończyła studia, tydzień po egzaminach świętowaliśmy z jej kolejnego stypendium teraz będzie szukać pracy, ale na ten moment staramy się o dziecko.
*rok później* *Lily*
Mała Oxana ma już 3 miesiące. Jest prześliczna i każdy nam mówi:
No, no, no, udało wam się to dziecko!
Jaka ładna dziewczynka! Jak ma na imię?
Bardzo się staraliście... I wyszło na dobre!
I tak dalej...
Po Oxanie widać na pewno, że ma cerę taty, oczy mamy, niską cierpliwość jak tato, a włosków jeszcze nie widać...
*Vincent*
Nasza córeczka rośnie zdrowo i radośnie, ma roczek - zaczyna uczyć się chodzić i porządnie mówić.
   Teraz Ox ma 2 latka, umie, chodzić, jeść, jako - tako mówić.
Trzy latka - już bardzo ładnie wygląda. Wdała się we mnie. Ale muszę przyznać, że twarzyczkę (nie licząc cery i oczu) ma po mamusi. Te same, aksamitne purpurowo-różowe, szklane, duże oczka jak ja. Tylko włosy pozostają problemem:
SĄ CZARNE, nie fioletowe, nie blond. Ani ja ani Lily nie mamy żadnych krewnych z czarnymi włosami nie licząc mojej siostry...
    Za tydzień urodziny Oxany - już piąte.
*Oxana*
Dzisiaj były moje 5-te urodziny! Było super! A tak w ogóle to zastanawiam się czasami dlaczego nie jestem podobna do rodziców, tylko oczy - do ojca, zadziorność - do matki.


*10 lat później* *Oxana*
- Dogrywka! - żądam.
- Nie, wygrałem i tyle. Przegrałaś dwie tury kieszonkowego - czyli stówę!- zarządził i się uśmiechnął. - Ok, ok. Nie biorę tej puli, ale - naucz się przegrywać, kochanie! - powiedział do mnie tata.
- O nie, Vincuś, nie mów, że znowu grasz z małą w pokera!? - jęknęła mama.
Tato do niej podszedł dał jej buziaka na przywitanie i pomógł jej rozpakowywać zakupy.
- Dlaczego poker jest taki zły? - spytałam.
- My gramy, na małą sumę, Ox, ale w prawdziwego pokera gra się na tysiące, a nawet miliardy. Ludzie popadają przez tą grę i wiele innych w nałogi hazardowe. - odpowiedział.
- A ja nie chcę, abyś w taki popadła więc nie zagłębiaj się w pokera, skarbie - i ty też Vincencie! Oxy, pamiętaj, po pierwsze nauka - dzięki wiedzy ułożysz sobie życie...
- Albo będę niedocenianym naukowcem! - skwitowałam - mówisz mi to odkąd w ogóle zaczęłam coś rozumieć!!!
- Będę ci to powtarzać jeszcze długo, aż nie zrozumiesz.
*3 miesiące później*
- Muszę wam coś powiedzieć... Jestem w ciąży! - ucieszyła się mama.
- To wspaniale! - powiedzieliśmy z tatą prawie jednocześnie.
- To dopiero drugi miesiąc...
Przez resztę ciąży mama była kapryśna, ale bardziej zadziorna i teraz było widać dlaczego tata się jej słucha... Ojciec nie wierzy w takie rzeczy jak nie pozwól zdominować się kobiecie lub to facet jest głową rodziny... On tylko mruczy coś o równoprawności i mówi, że brednie gada. Ale w sumie to prawda - mama i tata są BARDZO szczęśliwym małżeństwem. Moi rodzice są spoko, nie zaczepiają mojego chłopaka - traktują go jak kolegę. Nie robią mi nigdy obciachu - jak czegoś zapomnę nie przynoszą, ja zapomniałam, moja wina, muszę radzić sobie sama. Szczerze przyznam, że to jest bardzo dobra metoda wychowania - w końcu to ja mam wzorowe zachowanie od 3 lat!
*pół roku później*
Moi bracia mają już po miesiącu życia. Tak, BRACIA, mama urodziła bliźniaków - Mike'a i Kayla. Są słodcy... Mike ma blond włosy i niebieskie oczy - typowy człowiek, a Kayl krwisto-rudy odcień włosków i rubinowo-zielone oczka - już w stylu naszej nietypowej rodziny. Zastanawia mnie dlaczego Kayl jest rudy skoro rodzina rodziców składała się z blondynów i brunetów, a rude to tam można znaleźć tylko farbowane ciotki! W tej chwili była 04:00, sobota. Leżałam w środku nocy na łóżku i gapiłam się w sufit. Zadzwoniłam do Billa (mojego chłopaka), Matta (mojego BFF) i do Molly (kolejna BFF). Potem oglądałam telewizje. Zjadłam jogurt z owocami... 07:30 - mogę już normalnie krzątać się po domu, bo starzy wstają za 30 min. Poszłam do moich braci. Mike próbował chyba rozerwać wstążkę na pół, a Kayl wyrwać mi włosy. Kayl zaczął cichutko stękać - miał zaraz ryczeć. Wzięłam go na ręce i chodziłam w te i we wte. Gdy się uspokoił dałam mu jeść (wiedziałam, że mama karmi ich zaraz po wstaniu). Mike chyba też był głodny, bo podczas, gdy Kayl jadł ja zajrzałam do Mike'a - ssał swoją pięść. Jego też nakarmiłam. Później zasnęli. Poprzez zaopiekowanie się nimi dałam rodzicom trochę dłużej pospać... Już po godzinie maluchy zaczęły się drzeć. Zdążyłam bardzo szybko je uspokoić zanim ich obudziły. Nuciłam im jakąś melodię, którą graliśmy na muzyce. Z powrotem usnęły. Wiedziałam, że niemowlęta są zmienne więc jeszcze przez 10 minut siedziałam z nimi w pokoju. Następnie wróciłam do komputera, grałam, czatowałam, próbowałam napisać wiersz, piosenkę czy coś, a nawet bawiłam się w paintcie. Ściągnęłam parę fajnych obrazków i oglądałam YouTube'a. Po trzech godzinach dzieciaki znów zaczęły się drzeć.
Ok, już chyba dosyć się wyspali. To chyba ich dzieci nie moje, więc dlaczego JA mam je niańczyć?  - pomyślałam. Wzięłam chłopców na ręce, poszłam do sypialni rodziców, obudziłam tatę i powiedziałam:
- To ty zrobiłeś te dzieci więc teraz ty się nimi zajmuj.
- Dobrze, dobrze.
Tata wstał, był tylko w bokserkach. Przez cały brzuch przebiegała ciemno-różowa linia. To musi być ten ślad... Musiało boleć... Zmarszczyłam brwi i przypatrywałam się torsowi mojego ojca. On patrzył się na mnie zmieszany.
- Idź do pokoju. - powiedział bez uczuć.
Pokiwałam głową i ruszyłam w stronę schodów. Na górze nie miałam nic innego do roboty jak uczenie się. Właściwie nauka przychodziła mi łatwo, ale nie okazywałam tego tak, żeby nie pomyśleli, że jestem kujonem. Mimo tej niepasującej umiejętności ubieram się przeważnie tak:


Ale Lily mnie namówiła i teraz ubieram się tak:


Powiedziała też żebym zaczęła nosić sukienki...


A, i moje włosy WYGLĄDAŁY tak:
Rozwiązała się tajemnica po kim mam włosy... Po tacie... 2 miesiące temu zaczęły same zmieniać kolor!!!
No, a obecnie, gdy w piątek szykowałam się do szkoły, wyprostowałam sobie włosy i uczesałam. I dopiero po tych wszystkich zabiegach spojrzałam w lustro... W piątek rano to co miałam na głowie wyglądało tak!!!!!
JA KIEDYŚ MIAŁAM CZARNE WŁOSY!!!!!
Mój tata się ucieszył, bo był dumny, że to po nim odziedziczyłam włosy, ale dlaczego dopiero po 15 latach same się zafarbowały?!?!?!?! Z powodu włosów nie byłam w piątek w szkole...

   - No, no, no! Kiedy ty żeś zafarbowała te kłaki?!?! - pyta zdziwiony Matt.
- Ale ja nic nie zrobiłam... One same zaczęły się zmieniać...
- O, patrz. Idzie kolejna wspaniałomyślna! - powiedział wskazując na Molly.
Jej głowa wyglądała tak:
- No, to nici! Ciebie, Ox, nic przebije! - powiedziała do mnie z uśmiechem.
- Ha, ha, ha! Ale to nie moja wina! One same się zafarbowały!!! - krzyczałam poirytowana.
- Spokój! Przynajmniej wiemy z kim cię kojarzyć... - powiedział Matt.
- Co? - zdziwiłam się.
- Nie macie telewizji, czy, co? W wiadomościach jest głośno o napadnięciu sprzed 8-iu lat. Zabito małą dziewczynkę i napadnięto dotkliwie chłopca. Mówili, że w chwili obecnej powinien mieć około ponad 35 lat... A znakiem rozpoznawczym tego chłopca były fioletowe włosy... - mówiła z przykrością Molly...
Na początku chciałam płakać, ale zacisnęłam powieki i rozgniewana spytałam:
- Czy mówili coś jeszcze?
- Że ma nastoletnią córkę i dwójkę małych dzieci - nie znają płci.
- To się dowiedzą!!! Bliźniacy! Chłopcy! Pasuje?!?! Uzupełnijcie teraz sobie te kurewskie akta i wyślijcie do tych cholernych mediów!!!!
- Oxy, uspokój się. Oddychaj. - Uspokajał ją Matt.
- Mam nadzieję, że chociaż te włosy poprawią mi jutro humor...
   Następnego dnia, rano nie miałam siły prostować do końca włosów. Spojrzałam w lustro... JEST!!! NIE SĄ CZARNE, ALE SĄ MNIEJ RÓŻOWE!!!
*Vincent*
Szedłem ulicą, gdy nagle dziewczyna o niebieskich włosach porwała mnie do ciemnej uliczki.
- Albo gadasz, albo giniesz. Co wybierasz? - zapytała.
- Ani jedno ani drugie. Może partyjka w pokera? Dla odmiany. Wygrywam - żyję, przegrywam możesz mnie zabić lub zażądać informacji. Stoi? - postawiłem warunek kobiecie.
- Może być, gnojku. - Wysłała mi mordercze i wściekłe spojrzenie, a ja tylko się uśmiechnąłem.
Pociągnęła mnie za nadgarstek do jakiegoś kasyna i wypożyczyła stolik z kartami. Przyjrzałem się jej - była nawet, ładna, gdyby nie to, że chciała mnie zabić i to, że mam trójkę dzieci.
-Tasujesz.
Po dość krótkiej grze wygrałem.
- Dobra, wygrałeś skurwysynie. Czego chcesz oprócz zachowania życia? - obrzuciła go niechętnym spojrzeniem.
- Czego od nas chcesz? A, i masz zostawić moją rodzinę w spokoju!
- Tak, ta prośba była przewidywalna. - zakpiła i zaczęła się śmiać.
- Gadaj! Była umowa!
- Ok, ok. Nie wkurwiaj się ćpunie! Chciałam cię spytać czy to naprawdę ty... Pochodzę z niedalekiej przyszłości. Jestem Night [czytaj: najt], twoja kuzynka. - podała mi dłoń - Za 8 miesięcy dowiesz się kim są dresiarze, którzy zabili twoją siostrę. Po wspomnieniu tamtej nocy obudzi się w tobie żądza zemsty. Zamordujesz ich - nikt nie będzie o tym wiedział. Potem będziesz wiedział, że kolejni podejrzani przesiadują we freddy fazbear pizza, spotkasz tam radosne dzieciaki pracując na dziennej zmianie. Pracujesz tam po to by pilnować bandziorów. Jesteś na dziennej zmianie opiekując się dzieciakami i na nocnej uważając na włączone animatroniki. Zacząłeś twierdzić, że jeżeli ty nie możesz mieć siostry to nikt nie może... Po trzech morderstwach przestałeś brzydzić się krwi. Zacząłeś zabijać tak po prostu więc używałeś do tego jednego z kostiumów w restauracji. To strój springtrapa - strój i jednocześnie animatronik.
- Dlaczego? Co? Ale ja nic nie rozumiem! Jak to "ja"?!?
- Nie musisz rozumieć - ja cię tylko ostrzegam. - dziewczyna zaczęła wibrować jak dotknięty hologram.
- Co ci...? - spytałem i zmarszczyłem brwi.
- Muszę już iść! Pamiętaj co powiedziałam! - przypomniała na odchodne i zniknęła...
   Po powrocie do domu opowiedziałem żonie o tym co mi się przydarzyło, a ta nie dowierzała, że JA mógłbym kogoś uderzyć, a co dopiero zabić. Moja córka uwierzyła mi trochę bardziej...
- Tato! Mogę ci uwierzyć, ale czy jest taka potrzeba? Naprawdę, jaki masz w tym cel? Tatku, wierzę ci, lecz nie chcę abyś taki był...
- Córeczko... - przytulił mnie i pocałował w czoło - ja też nie chcę, ale to może być prawda...
Oxanie zaszkliły się oczy i mocniej przytuliła się do mnie. Pogłaskałem ją po włosach. Nie chciałem wierzyć w to co powiedziała Night, nie miałem innego wyboru niż jednak uwierzyć...
*10 miesięcy później* *Oxana*
Po szkole byłam w kawiarence z przyjaciółmi. Opowiadałam im o tej historii z morderstwami. Rozryczałam się, a oni mnie pocieszali. Bo... bo to... to wszystko... była prawda... mój ojciec zamordował już czwórkę dzieci... czterech dorosłych... łącznie osiem ofiar... ma jeszcze tylko jedną ofiarę na oku, potem już chyba wpadnie w depresję (którą już ma, ale chyba w gorszą niż teraz). Płacze nocami (ojciec nie ja, chociaż czasem ja też), zamyka się w gabinecie za dnia i bierze kilogramy prochów, a na dodatek ja z mamą płaczemy, gdy wychodzi z pokoju, bo wtedy czasem nas bije i wychodzi tylko po to, by kogoś zabić... dosłownie... Właśnie wychodziłam z rozmazanym makijażem na deszcz, a za mną szli moi przyjaciele...
Nie zauważyłam nawet kiedy znaleźliśmy się pod moim domem, a za mną szedł tylko Matt... Stanęłam na środku chodnika (była 23:43), klęczałam i płakałam. Podszedł do mnie Matt i położył mi rękę na ramieniu.
- Proszę, nie płacz, bo mi też się na łzy zbiera... Ox, kochana, wszystko jest do kitu - jak to w życiu, ale nie trać optymizmu... - powiedział z niewinną miną chłopak.
- Nie pocieszaj mnie, bo nic nie jest w stanie poprawić mi humoru... - wyznałam pochlipując z czerwonymi od płaczu oczami.
Wstałam, spojrzałam mu prosto w oczy i dopiero teraz zauważyłam, że mają kolor tak aksamitnego błękitu...
- Nawet to...? - spytał zawadiacko się uśmiechając.
Po chwili namiętnie mnie pocałował...
Od razu oddałam pocałunek, całowaliśmy się chyba z minutę, albo mi się tak po prostu zdaje... Po tym przez moment staliśmy patrząc sobie w oczy. Gdy byliśmy na klatce usiadłam na schodach i ukryłam twarz w dłoniach.
- Nie martw się za ojca, do jutra! - pożegnał się, pocałował jeszcze raz i wyszedł.
Przez jakiś czas siedziałam jeszcze w bezruchu, a potem weszłam na górę, do mieszkania.
Myślałam nad tym jak zerwę z Bill'em... Bo przecież nie mogę chodzić z Bill'em jednocześnie czując na ustach smak Matt'a. Zadzwoniłam do niego (Bill'a nie Matt'a), powiedział, że nie byłam go warta i byłam zwykłą dziwką. Jego słowa nieco mnie zabolały, ale już się dla mnie nie liczył...
*****
W tym rozdziale było dużo obrazków i zwrot akcji. Dziękuję za luknięcie.
Pozdro, Betha

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P