*Rick*
Po daniu Ox naszyjnika poszliśmy do restauracji zjeść coś zanim pójdziemy do pracy i rozmawialiśmy na tysiące tematów. Czy in-vitro jest dobre, czy po adopcji dzieci nie są pokrzywdzone, czy sport jest aż tak popularny, jacy aktorzy i filmy są najlepsze, co działa dobrze na przeziębienie, no i w końcu: jak znalazł się w tej pracy?
- Wiesz, no, chciałam uciec myślami od potwora i przy okazji oszczędzić. Szczerze, nie wiem na co, tak na czarną godzinę. A ty? - powiedziała dziewczyna i popatrzyła na mnie.
- Ja? No, cóż... Matkę co jakiś czas łapią, ale nie na długo, bo nie wykonuje za poważnych kradzieży. Więc podczas jej nie pobytu musiałem sobie radzić sam, a z pieniędzy, które uzbierałem kupiłem swoje mieszkanie, oczywiście daleko od jej i wyprowadziłem się. Teraz sam na siebie zarabiam - tutaj, rzecz jasna. - uśmiechnąłem się.
- Aaaa. Ja mieszkam z rodzicami...
- I co w związku z tym? - przerwałem jej.
- Nic. Myślałam, że będziesz się ze mnie śmiał.
- Śmiał? Nigdy. - powiedziałem i dałem jej kuksańca. - Ale, gdybym miał normalnych rodziców lub chociaż matkę to też bym z nimi mieszkał.
- Serio? Jak do tej pory myślałam, że jesteś z tych co nie przyznają się do błędów i są niezależni. - Zaśmiała się i uderzyła w klatkę piersiową. Ja też się zaśmiałem, ale nie skomentowałem.
- Co, mowę ci odebrało? Czyżbym miała rację? Oby nie. - puściła mi oczko.
- Ha, ha, ha. Nie, nie masz racji - to było z konieczności i kropka.
- Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje. - zapewniła.
- A jednak, nie. Bo gdyby nie ty nie wykaraskałbym się z tego potrzasku, w który wpędził mnie Fazbear, ani nie byłbym taki jaki jestem, bo przedtem byłem jak kamień - nic nie mówić, nie okazywać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów... I za to ci dziękuję. - przyznałem.
- Za co? - spytała.
- Za to, że mnie zmieniłaś.
- Ok, to nie ma za co. - dotknęła naszyjnika i uśmiechnęła się.
- Spoko, to co, zapłacę i idziemy?
- Tak, ale dołożę ci. - spojrzała błagalnym wzrokiem.
- Nie. - pokręciłem głową.
- Ok. - dziwnie się wyszczerzyła. Gdy chciałem zapłacić udała, że ja potrzebuję do toalety i jakiś kolo mnie odciągnął, a ona raczej za nas zapłaciła. Po powrocie do niej przyznałem, że jest sprytna.
- Przebrałaś się? - zapytałem, gdy stałem w szatni czekając na nią.
- Tak, - odpowiedziała wychodząc z kabiny z ubraniami w ręku, a na sobie fioletowym mundurze.
- A my nie mamy nosić niebieskich?
- Nie, głuptaku. Dziewczyny noszą fioletowe, a chłopcy niebieskie. Co, pierwszy raz widzisz jak się przebieram? - zaśmiała się.
- Dopiero teraz ci się przyjrzałem. - udawałem skupienie, a fioletowo włosa się zaśmiała.
Zauważyłem, że ma średnie loki, bardziej mocne fale. Gładkie, fioletowe tęczówki i jasną cerę. Ma figurę klepsydry i trochę zacięty charakter...
- Halo?!? Czy ty człowieku masz uszy?!? - wrzeszczała Oxana wymachując przed moją twarzą ręką.
- Tak. - mówiłem pocierając nosem o jej rękę.
- Myślałam, że cię zamurowało.
- A ja, że normalne dziewczyny nie mają fioletowych włosów. I widzisz, oboje się myliliśmy.
- Bardzo śmieszne. Mój ojciec ma podobne i po nim odziedziczyłam kolor.
- Spoko. Chodź do biura.
- Ok.
Po zamknięciu za sobą drzwi okazało się, że jest już po północy - spóźniliśmy się na naszą zmianę. Szybko sprawdziliśmy czy wszystkie animatroniki są na miejscu i okazało się, że tak.
- Uff, na szczęście wszystkie są. - odetchnęła Ox.
- Yhm. Szef nie będzie zadowolony. - powiedziałem.
- No, nie będzie. - powiedział z diabelskim uśmiechem Scott.
- Kto to powiedział? - spytała drżącym głosem dziewczyna chowając się za mnie.
- Nie wiem. Wyłaź. - zmarszczyłem brwi.
- Skoro chcesz...
Z cienia w kącie wyszedł mężczyzna uderzająco podobny do Fazbear'a... Ale inaczej ubrany i miał zielone, a nie brązowe oczy.
- Sądzę, że mnie nie kojarzycie, na pewno nie ty, panienko... A co do ciebie chłopcze mam mieszane uczucia. W każdym razie, jestem Scott. - wyszczerzył się i podał mi dłoń. Niepewnie ją uścisnąłem i poczułem jak Oxana chowa się za mną jeszcze bardziej i ściska moje ramiona.
- Jestem Rick. - przedstawiłem się. - A to Oxanne. - wypaliłem, a dziewczyna powoli stanęła obok mnie ściskając moją dłoń.
- Para?
- Przyjaciele! - powiedzieliśmy jednocześnie, ale Ox nie rozluźniła uścisku.
- Nie wyglądacie.
- To znaczy? - spytała nieśmiało.
- Wreszcie odezwała się niemowa! To znaczy, ta kolacja, pierwsze spotkanie, przyjeżdżanie pod szkołę, ściskanie się... - hmm, mi to naprawdę wygląda na parę, nie sądzicie? - zapytał ironicznie się uśmiechając.
- Nie. - odparłem i poczułem na sobie wzrok przyjaciółki.
- A dla mnie tak. Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje, czyż nie, Oxanne?
- Dlaczego on cytuje moje słowa? Śledził nas? - usłyszałem szept.
- Chyba, ale jak? - wyszeptałem jej do ucha.
- Nie wiem. - powiedziała drżącym głosem patrząc osłupiała na ścianę.
- Nie, nie śledziłem was, ale nagrywałem. - rzekł pokazując na lampy w suficie. - Każda lampka i elektroniczne źródło światła w tym budynku zawiera kamerę, która wszystko rejestruje. Na dodatek mój przyjaciel jest stwórcą waszych cieni - więc dzięki nim mogę was zawsze widzieć poza lokacją. A twój, cień, złociutka jest wyjątkowy. Pokazuje emocje i uczucia każdego na kogo spojrzy, a jeżeli na nikogo nie patrzy to twoje. Twój cień jest taki jak ty - jedyny i niepowtarzalny. Córka PG? Chciałbym. - uśmiechnął się diabolicznie, a ja przybliżyłem się do niej.
- A kto, kto to jest... ten "PG", o którym pan mówi? - spytała.
- Nie wiesz? Kochana, to twój ojciec. Purple Guy - chodziłem z nim i twoją matką na studia. Tam poznaliśmy Phone Guy'a, który swoje prawdziwe imię wyjawił tylko Vincentowi. I to on wymyślił mu tą ksywkę, ale, kiedy skończyliśmy pierwszy rok studiów Lily na wakacjach dostała w niewyjaśnionych okolicznościach amnezji. Nie pamiętała Vinniego ani nikogo, nie dała wytłumaczyć kim kto jest. Kazała wyjść... Rzuciłem szkołę podobnie jak twój ojciec i Phone. Vincent uczył się w domu, bo ma ojca wykładowcę. W ostatni rok studiów poznał na nowo Lily... i tak to się już samo potoczyło. Phone Guy'a znamy do dziś, ale Lily nie miała okazji odświeżyć wiadomości o nim więc na dzień dzisiejszy go nie zna, nie kojarzy, ale natomiast Vincent... Zna go aż za dobrze. Gdyby nie szantaż Phone'a twój tata już dawno by wiedział, że was obserwuję i, że twój cień dziedziczny to bujda. Ten cień nie jest zły. Jak już pewnie zauważyłaś, broni cię. Ale to ma swoją cenę - on uwielbia krew. Jest jak przyjaciel, czasami rani, czasami broni, czasami nawet szantażuje, ale zawsze jest. On jest wyjątkowy i ty widocznie też, bo on nie wybiera byle kogo na właściciela. Masz we krwi jego moc, możesz czytać myśli, odczytywać humor lub emocje najtwardszego pokerzysty... On też mnie uraczył swą wdzięcznością. Po mnie wybrał ciebie. Mogę nauczyć cię kontrolować jego moc, magię myśli lub nawet magię krwi, którą posiada twój towarzysz...
- Że co?!?! - wykrzyczała mi w twarz nie puszczając mojej ręki.
- Podczas pierwszego spotkania właśnie nią uleczyłem rany. Potrzebowałem do tego krwi wymawiającego, więc zraniłem się scyzorykiem.
- To mnie nie uspokaja, ale wierzę ci - później mi wytłumaczysz. - żachnęła.
- Chcesz? Masz wielką moc, nie zmarnuj jej.
- Chcę. Mogę zostać godzinę po zmianie lub w weekendy.
- Każda sobota. Stoi? - wyciągnął do niej rękę.
- Stoi. Czego się boisz?
- To było łatwe, bo nie używam anty-zaklęć, i tego, że obrócisz się przeciwko mnie i nieźle ucierpię. Obiecujesz dobrą stronę mocy?
- Tak.
- Do zobaczenia. - rzucił i zniknął w ciemnym kącie pokoju. Ox tam podeszła ale nikogo ewidentnie nie było.
- Zamknij drzwi. - od razu wyciągnąłem rękę i drzwi zjechały w dół, a sekundę później walił w nie Foxy.
- A moje myśli potrafisz przeczytać? - spytałem. Dopiero teraz oficjalnie w mojej głowie osiedliła się myśl, że ona jest mega ładna i fajna.
*Oxana*
Nie dość, że to wszystko był dla mnie szok to jeszcze on mnie pyta czy potrafię przeczytać jego myśli. Chyba bym potrafiła, ale... nie wiem. Boże! Czemu on musi być taki przystojny, i dlaczego dopiero teraz to zauważyłam?
- Dobra. Daj rękę. - powiedziałam. Kiedy dotknęłam jego ręki w mojej głowie oprzytomniał nagle głos poczwary:
"To może działać w obie strony jeżeli się nie skupisz"
Popatrzyłam Rick'owi w oczy i w mojej głowie majaczyło tylko:
"Gdybyś nie był taki przystojny nie dezorientowałabym się!"
Przypomniałam sobie słowa potwora i zanim zdążyłam oprzytomnieć on mnie pocałował, a ja zdziwiona dopiero po chwili oddałam pocałunek. Podczas tej sytuacji usłyszałam bębnienie w głowie pod postacią głosu Ricka:
"Kocham cię, mała."
Całowaliśmy się dłuższą chwilę, a, gdy oprzytomnieliśmy oboje spojrzeliśmy po sobie i odczytałam jego uczucia:
lekki wstyd i zmieszanie.
"Kurwa, zapomniałem o tych kamerach tego chuja."
Przytuliłam go i wyszeptałam:
- Są nieważne. - uśmiechnęłam się pod nosem.
Przez resztę zmiany siedziałam na kolanach Ricka, który z kolei spoczywał na skórzanym krześle patrząc w kamery. Roboty dzisiaj praktycznie w ogóle nie były aktywne, a jak tylko pojawiały się przy szybie i nas chwilę obserwowały to tak czy tak zwiewały bez zamykania drzwi.
- Albo aż tak się dziwią albo są nadal oszołomione twoim cieniem. - zażartował.
- Chyba raczej drugie. - odparłam spoglądając na neonowo fioletowy zegarek ze złotymi dodatkami. - Jest 06:04, czyli 4 min po końcu zmiany. - zaznaczyłam.
- Czyli odwożę cię do domu? - spytał.
- Niekoniecznie... Nigdy u ciebie nie byłam... Jutro jest sobota...
- Jeżeli bardzo chcesz, mogę cię do siebie zabrać... Możesz powiedzieć, że pojechałaś do jakiejś koleżanki. Ok?
- Ok. - odeszłam od niego i zadzwoniłam do matki.
- Tak... Wrócę sobota wieczór... Do Molly... Wszystko uzgodnione... Ja też... Pa... - wykonałam telefon do matki, a następnie do Molly i powiedziałam, żeby mnie kryła. Zgodziła się.
- To, co? Idziemy?
- Tak. - odpowiedział łapiąc mnie za rękę i delikatnie ciągnąc w stronę wyjścia.
Idąc przez hol żadne nie odezwało się ani słowem tylko przemierzaliśmy po cichu pizzerię trzymając się za ręce. W szatni każde poszło w inną stronę. Po pięciu minutach Zamykali drzwi lokalu i ruszyli w stronę samochodu.
Po otworzeniu drzwi Rick wpuścił mnie pierwszą, a sam wszedł po mnie. Ujrzałam piękny dom
Po daniu Ox naszyjnika poszliśmy do restauracji zjeść coś zanim pójdziemy do pracy i rozmawialiśmy na tysiące tematów. Czy in-vitro jest dobre, czy po adopcji dzieci nie są pokrzywdzone, czy sport jest aż tak popularny, jacy aktorzy i filmy są najlepsze, co działa dobrze na przeziębienie, no i w końcu: jak znalazł się w tej pracy?
- Wiesz, no, chciałam uciec myślami od potwora i przy okazji oszczędzić. Szczerze, nie wiem na co, tak na czarną godzinę. A ty? - powiedziała dziewczyna i popatrzyła na mnie.
- Ja? No, cóż... Matkę co jakiś czas łapią, ale nie na długo, bo nie wykonuje za poważnych kradzieży. Więc podczas jej nie pobytu musiałem sobie radzić sam, a z pieniędzy, które uzbierałem kupiłem swoje mieszkanie, oczywiście daleko od jej i wyprowadziłem się. Teraz sam na siebie zarabiam - tutaj, rzecz jasna. - uśmiechnąłem się.
- Aaaa. Ja mieszkam z rodzicami...
- I co w związku z tym? - przerwałem jej.
- Nic. Myślałam, że będziesz się ze mnie śmiał.
- Śmiał? Nigdy. - powiedziałem i dałem jej kuksańca. - Ale, gdybym miał normalnych rodziców lub chociaż matkę to też bym z nimi mieszkał.
- Serio? Jak do tej pory myślałam, że jesteś z tych co nie przyznają się do błędów i są niezależni. - Zaśmiała się i uderzyła w klatkę piersiową. Ja też się zaśmiałem, ale nie skomentowałem.
- Co, mowę ci odebrało? Czyżbym miała rację? Oby nie. - puściła mi oczko.
- Ha, ha, ha. Nie, nie masz racji - to było z konieczności i kropka.
- Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje. - zapewniła.
- A jednak, nie. Bo gdyby nie ty nie wykaraskałbym się z tego potrzasku, w który wpędził mnie Fazbear, ani nie byłbym taki jaki jestem, bo przedtem byłem jak kamień - nic nie mówić, nie okazywać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów... I za to ci dziękuję. - przyznałem.
- Za co? - spytała.
- Za to, że mnie zmieniłaś.
- Ok, to nie ma za co. - dotknęła naszyjnika i uśmiechnęła się.
- Spoko, to co, zapłacę i idziemy?
- Tak, ale dołożę ci. - spojrzała błagalnym wzrokiem.
- Nie. - pokręciłem głową.
- Ok. - dziwnie się wyszczerzyła. Gdy chciałem zapłacić udała, że ja potrzebuję do toalety i jakiś kolo mnie odciągnął, a ona raczej za nas zapłaciła. Po powrocie do niej przyznałem, że jest sprytna.
- Przebrałaś się? - zapytałem, gdy stałem w szatni czekając na nią.
- Tak, - odpowiedziała wychodząc z kabiny z ubraniami w ręku, a na sobie fioletowym mundurze.
- A my nie mamy nosić niebieskich?
- Nie, głuptaku. Dziewczyny noszą fioletowe, a chłopcy niebieskie. Co, pierwszy raz widzisz jak się przebieram? - zaśmiała się.
- Dopiero teraz ci się przyjrzałem. - udawałem skupienie, a fioletowo włosa się zaśmiała.
Zauważyłem, że ma średnie loki, bardziej mocne fale. Gładkie, fioletowe tęczówki i jasną cerę. Ma figurę klepsydry i trochę zacięty charakter...
- Halo?!? Czy ty człowieku masz uszy?!? - wrzeszczała Oxana wymachując przed moją twarzą ręką.
- Tak. - mówiłem pocierając nosem o jej rękę.
- Myślałam, że cię zamurowało.
- A ja, że normalne dziewczyny nie mają fioletowych włosów. I widzisz, oboje się myliliśmy.
- Bardzo śmieszne. Mój ojciec ma podobne i po nim odziedziczyłam kolor.
- Spoko. Chodź do biura.
- Ok.
Po zamknięciu za sobą drzwi okazało się, że jest już po północy - spóźniliśmy się na naszą zmianę. Szybko sprawdziliśmy czy wszystkie animatroniki są na miejscu i okazało się, że tak.
- Uff, na szczęście wszystkie są. - odetchnęła Ox.
- Yhm. Szef nie będzie zadowolony. - powiedziałem.
- No, nie będzie. - powiedział z diabelskim uśmiechem Scott.
- Kto to powiedział? - spytała drżącym głosem dziewczyna chowając się za mnie.
- Nie wiem. Wyłaź. - zmarszczyłem brwi.
- Skoro chcesz...
Z cienia w kącie wyszedł mężczyzna uderzająco podobny do Fazbear'a... Ale inaczej ubrany i miał zielone, a nie brązowe oczy.
- Sądzę, że mnie nie kojarzycie, na pewno nie ty, panienko... A co do ciebie chłopcze mam mieszane uczucia. W każdym razie, jestem Scott. - wyszczerzył się i podał mi dłoń. Niepewnie ją uścisnąłem i poczułem jak Oxana chowa się za mną jeszcze bardziej i ściska moje ramiona.
- Jestem Rick. - przedstawiłem się. - A to Oxanne. - wypaliłem, a dziewczyna powoli stanęła obok mnie ściskając moją dłoń.
- Para?
- Przyjaciele! - powiedzieliśmy jednocześnie, ale Ox nie rozluźniła uścisku.
- Nie wyglądacie.
- To znaczy? - spytała nieśmiało.
- Wreszcie odezwała się niemowa! To znaczy, ta kolacja, pierwsze spotkanie, przyjeżdżanie pod szkołę, ściskanie się... - hmm, mi to naprawdę wygląda na parę, nie sądzicie? - zapytał ironicznie się uśmiechając.
- Nie. - odparłem i poczułem na sobie wzrok przyjaciółki.
- A dla mnie tak. Taaa, a weź się upieraj jak chcesz, ale ja wiem swoje, czyż nie, Oxanne?
- Dlaczego on cytuje moje słowa? Śledził nas? - usłyszałem szept.
- Chyba, ale jak? - wyszeptałem jej do ucha.
- Nie wiem. - powiedziała drżącym głosem patrząc osłupiała na ścianę.
- Nie, nie śledziłem was, ale nagrywałem. - rzekł pokazując na lampy w suficie. - Każda lampka i elektroniczne źródło światła w tym budynku zawiera kamerę, która wszystko rejestruje. Na dodatek mój przyjaciel jest stwórcą waszych cieni - więc dzięki nim mogę was zawsze widzieć poza lokacją. A twój, cień, złociutka jest wyjątkowy. Pokazuje emocje i uczucia każdego na kogo spojrzy, a jeżeli na nikogo nie patrzy to twoje. Twój cień jest taki jak ty - jedyny i niepowtarzalny. Córka PG? Chciałbym. - uśmiechnął się diabolicznie, a ja przybliżyłem się do niej.
- A kto, kto to jest... ten "PG", o którym pan mówi? - spytała.
- Nie wiesz? Kochana, to twój ojciec. Purple Guy - chodziłem z nim i twoją matką na studia. Tam poznaliśmy Phone Guy'a, który swoje prawdziwe imię wyjawił tylko Vincentowi. I to on wymyślił mu tą ksywkę, ale, kiedy skończyliśmy pierwszy rok studiów Lily na wakacjach dostała w niewyjaśnionych okolicznościach amnezji. Nie pamiętała Vinniego ani nikogo, nie dała wytłumaczyć kim kto jest. Kazała wyjść... Rzuciłem szkołę podobnie jak twój ojciec i Phone. Vincent uczył się w domu, bo ma ojca wykładowcę. W ostatni rok studiów poznał na nowo Lily... i tak to się już samo potoczyło. Phone Guy'a znamy do dziś, ale Lily nie miała okazji odświeżyć wiadomości o nim więc na dzień dzisiejszy go nie zna, nie kojarzy, ale natomiast Vincent... Zna go aż za dobrze. Gdyby nie szantaż Phone'a twój tata już dawno by wiedział, że was obserwuję i, że twój cień dziedziczny to bujda. Ten cień nie jest zły. Jak już pewnie zauważyłaś, broni cię. Ale to ma swoją cenę - on uwielbia krew. Jest jak przyjaciel, czasami rani, czasami broni, czasami nawet szantażuje, ale zawsze jest. On jest wyjątkowy i ty widocznie też, bo on nie wybiera byle kogo na właściciela. Masz we krwi jego moc, możesz czytać myśli, odczytywać humor lub emocje najtwardszego pokerzysty... On też mnie uraczył swą wdzięcznością. Po mnie wybrał ciebie. Mogę nauczyć cię kontrolować jego moc, magię myśli lub nawet magię krwi, którą posiada twój towarzysz...
- Że co?!?! - wykrzyczała mi w twarz nie puszczając mojej ręki.
- Podczas pierwszego spotkania właśnie nią uleczyłem rany. Potrzebowałem do tego krwi wymawiającego, więc zraniłem się scyzorykiem.
- To mnie nie uspokaja, ale wierzę ci - później mi wytłumaczysz. - żachnęła.
- Chcesz? Masz wielką moc, nie zmarnuj jej.
- Chcę. Mogę zostać godzinę po zmianie lub w weekendy.
- Każda sobota. Stoi? - wyciągnął do niej rękę.
- Stoi. Czego się boisz?
- To było łatwe, bo nie używam anty-zaklęć, i tego, że obrócisz się przeciwko mnie i nieźle ucierpię. Obiecujesz dobrą stronę mocy?
- Tak.
- Do zobaczenia. - rzucił i zniknął w ciemnym kącie pokoju. Ox tam podeszła ale nikogo ewidentnie nie było.
- Zamknij drzwi. - od razu wyciągnąłem rękę i drzwi zjechały w dół, a sekundę później walił w nie Foxy.
- A moje myśli potrafisz przeczytać? - spytałem. Dopiero teraz oficjalnie w mojej głowie osiedliła się myśl, że ona jest mega ładna i fajna.
*Oxana*
Nie dość, że to wszystko był dla mnie szok to jeszcze on mnie pyta czy potrafię przeczytać jego myśli. Chyba bym potrafiła, ale... nie wiem. Boże! Czemu on musi być taki przystojny, i dlaczego dopiero teraz to zauważyłam?
- Dobra. Daj rękę. - powiedziałam. Kiedy dotknęłam jego ręki w mojej głowie oprzytomniał nagle głos poczwary:
"To może działać w obie strony jeżeli się nie skupisz"
Popatrzyłam Rick'owi w oczy i w mojej głowie majaczyło tylko:
"Gdybyś nie był taki przystojny nie dezorientowałabym się!"
Przypomniałam sobie słowa potwora i zanim zdążyłam oprzytomnieć on mnie pocałował, a ja zdziwiona dopiero po chwili oddałam pocałunek. Podczas tej sytuacji usłyszałam bębnienie w głowie pod postacią głosu Ricka:
"Kocham cię, mała."
Całowaliśmy się dłuższą chwilę, a, gdy oprzytomnieliśmy oboje spojrzeliśmy po sobie i odczytałam jego uczucia:
lekki wstyd i zmieszanie.
"Kurwa, zapomniałem o tych kamerach tego chuja."
Przytuliłam go i wyszeptałam:
- Są nieważne. - uśmiechnęłam się pod nosem.
Przez resztę zmiany siedziałam na kolanach Ricka, który z kolei spoczywał na skórzanym krześle patrząc w kamery. Roboty dzisiaj praktycznie w ogóle nie były aktywne, a jak tylko pojawiały się przy szybie i nas chwilę obserwowały to tak czy tak zwiewały bez zamykania drzwi.
- Albo aż tak się dziwią albo są nadal oszołomione twoim cieniem. - zażartował.
- Chyba raczej drugie. - odparłam spoglądając na neonowo fioletowy zegarek ze złotymi dodatkami. - Jest 06:04, czyli 4 min po końcu zmiany. - zaznaczyłam.
- Czyli odwożę cię do domu? - spytał.
- Niekoniecznie... Nigdy u ciebie nie byłam... Jutro jest sobota...
- Jeżeli bardzo chcesz, mogę cię do siebie zabrać... Możesz powiedzieć, że pojechałaś do jakiejś koleżanki. Ok?
- Ok. - odeszłam od niego i zadzwoniłam do matki.
- Tak... Wrócę sobota wieczór... Do Molly... Wszystko uzgodnione... Ja też... Pa... - wykonałam telefon do matki, a następnie do Molly i powiedziałam, żeby mnie kryła. Zgodziła się.
- To, co? Idziemy?
- Tak. - odpowiedział łapiąc mnie za rękę i delikatnie ciągnąc w stronę wyjścia.
Idąc przez hol żadne nie odezwało się ani słowem tylko przemierzaliśmy po cichu pizzerię trzymając się za ręce. W szatni każde poszło w inną stronę. Po pięciu minutach Zamykali drzwi lokalu i ruszyli w stronę samochodu.
Po otworzeniu drzwi Rick wpuścił mnie pierwszą, a sam wszedł po mnie. Ujrzałam piękny dom
Obok salonu była kuchnia
Na korytarzu rozchodziły się trzy wejścia: do łazienki, sypialni Ricka i pokoju gościnnego
- Chcesz iść już spać czy jeszcze coś porobić?
- Nie wiem, a co możemy porobić? - spytałam.
- Np. gdzieś wyjść, porozmawiać, obejrzeć coś w telewizji... Albo coś jeszcze innego jeżeli wymyślisz.
- Moglibyśmy pójść na miasto.
- Mi tam pasuje - wzruszył ramionami.
- Czyli idziemy. - spojrzałam na drzwi i dodałam. - Może zahaczymy o jakąś kafejkę?
Po dwóch godzinach na mieście zdążyliśmy wejść do kawiarni 24h, posiedzieć tam trochę, wejść do paru sklepów i zafarbować mi na nowo włosy u fryzjera.
- Nadal sądzę, że bardziej pasowały ci te fioletowe. - przyznał.
- A ja wolę ich wygląd sprzed "automatycznego zafarbowania".
- Czy one przypadkiem nie mogą same z powrotem zmienić koloru?
- Nie mam pojęcia, a co?
- Nic. - rzekł gapiąc się na mieniące się fioletem czarne loki dziewczyny.
- To chodź, może lepiej już wracajmy, ok?
- Spoko.
Po powrocie do domu Ricka oboje przebraliśmy się w piżamy i położyliśmy do łóżka. Z powodu wyczerpującego dnia dość szybko usnęliśmy...
*****
Przez całą sobotę przesiedzieliśmy w domu, różne zajęcia wypełniły nam czas. W tym jak poszliśmy do pracy Ricka, który ma dzienną zmianę w naszym lokalu. Nigdy nie widziałam tylu dzieci i to pchających się na te paskudne bestie. Bałam się tych głupich robotów więc cały czas trzymałam za rękę Ricka (czułam, że jestem za blisko tych animatroników). W pewnym momencie zaczęłam myśleć jak zerwę z Matt'em, bo przecież kochałam Ricka, a nie Matt'a - on był tylko przypływem emocji po tych zabójstwach...
- Nad czym tak rozmyślasz?
- Nad niczym. - popatrzyłam w stronę dziecka próbującego wdrapać się na scenę do Foxy'ego. - Hej, proszę nie wchodzić na scenę, ani nie dotykać postaci występujących na scenie. - zwróciłam uwagę dziecku, które pod wpływem mojej wypowiedzi nachmurzyło się i z niechęcią odeszło od maskotki.
- Powinnaś mi czasem pomagać. - usłyszałam szept chłopaka.
- Chyba tak. - odszepnęłam.
Podczas, gdy nie patrzyłam dziewczynka znów weszła na scenę, a ja usłyszałam przekręcanie się mechanicznych części i ryk potwora w mojej głowie:
"Zabić! Dać krew, zabić!" - schyliłam się jakby ktoś smagnął mnie batem. W tej samej chwili usłyszeliśmy chrupnięcie, po ziemi polała się krew. Spojrzeliśmy w górę... Mała leżała na ziemi z otwartymi szeroko oczami i odgryzionym płatem czołowym... Na pysku robota była krew, monstrum na mnie patrzyło. W jednym momencie zgasło mi światło, a jedyne co pamiętam to dotyk ramion Ricka na moich plecach i zakrwawiony pysk lisa...







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P