poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 16

Z góry przepraszam za ściąganie z książki A.Gibbs. Już tak mam :-p W postaciach macie linki do pierwszej części kolacja z wampirem i do drugiej, jesienna róża. Mi się to kojarzy prędzej z pamiętnikami wampirów niż ze zmierzchem, ale warto przeczytać. Zachęcam nawet nerdów, jako, że sama nim jestem jednocześnie będąc mulem książkowym.
*****
Poszłam wziąć prysznic. Stając boso na zimnych kafelkach poczułam dreszcz chłodu. Obejrzałam się w lustrze. Moja twarz była nieco mizerowata z wycieńczenia. Brzuch ni za płaski, ni za gruby. Nogi miały zapadnięte kostki i skóra otaczała ściśle kolana. Po moich nogach i kościstych barkach można było stwierdzić, że byłam wychudzona. Mimo tego stwierdzenia talia, twarz i wytrzymałość były odpowiednie. Nie wiem dlaczego. Może powinnam przytyć? Albo pójść do lekarza? Ale czy zobaczy we mnie nie-człowieka? Lepiej nie ryzykować. Głośno westchnęłam stojąc jeszcze przed lustrem.
Ciepła woda miała kojący dotyk. Stałam tak przez parę minut dając ciepłym falom zmywać ze mnie pot i zmęczenie.
Przypomniałam sobie rozmowę z Bonniem, gdy stał pod drzwiami łazienki. Jestem ciekawa jak ta sytuacja ze Scottem w ogóle się potoczy? Podobne pytania mi wtedy zadawał...
Szybko namydliłam się, spłukałam i ogoliłam. Głowę myłam najdłużej.
Po wyjściu z kabiny owinęłam się liliowym ręcznikiem i udałam się do garderoby. Tam wygrzebałam z półek piżamę składającą się z kròtkich, luźnych, szarych spodenek i tego samego koloru bluzki bez rękawów z zielonym obrazkiem. Odłożyłam ręcznik z powrotem do łazienki.
Z mokrą głową otworzyłam okno i usiadłam na głebokim, niskim parapecie. Okno otwierało się do zewnątrz, a parapet był obszerny i mocny zarówno w środku pokoju i na dworze. Dlatego można było diedzieć na nim z obu stron na raz. Dlatego tak łatwo można było przez nie wejść i wyjść. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać jak Bonnie wtedy otworzył okno? Było uchylone, a wajcha była wewnątrz... Nigdy tego nie zrozumiem. Powdychałam jeszcze trochę świeżego powietrza i ułożyłam się na łóżku. Popatrzyłam na zegarek na stoliku nocnym. 4:05am. Za dwie godziny i pięćdziesiąt pięć minut muszę wstać do szkoły. Kurwa. Nie chcę mi się. Chyba udam chorą i nie pójdę. Chociaż będę miała szansę ostatni raz zobaczyć Molly i Matta... Na razie się położę. Później zdecyduję. Nim się obejrzałam sen zmożył mi powieki.
Głośne bip-bip-biiip wyrwało mnie z sennego uścisku ciemności. Wyłączyłam alarm w zegarku na stoliku. Na chwilę jeszcze skuliłam się pod kołdrą, po czym wyszłam z łóżka. Postanowiłam pójść do szkoły. Na widok łazienki i mojego wczorajszego wyglądu skrzywiłam się. Ubrałam czarną, jeansową spódniczkę, fioletowy top, a kolczyków nie zmieniałam z ostatniego spoyltkania. Tym razem nie użyłam arbuzowego błyszczyka. Nawet nie nakładałam kredki. Tylko przejechałam się tuszem do rzęs i rozczesałam włosy. Postanowiłam je nieco wyproastować. Teraz tylko na końcówkach zawijały się do środka. Dawno się tak nie czesałam...  Grzywkę podpięłam pod spód jakiegoś kosmyka, a przedziałek był po prawej stronie. Klasycznie dołożyłam do tego moją bezpalcową rękawiczkę. Dzisiaj przeszły chłody. Było ciepło, około 6°C. I to rano!
- Podwieziesz mnie? - rzuciłam do ojca siedzącego w kuchni.
- Przykro mi. Nie mogę.
- Spoko. Pojadę autobusem. - zapewniłam i ugryzłam duże, zielone jabłko. Na śladzie po ugryzieniu widać było nierówność kłów w porównaniu z innymi zębami... Starałam się o tym nie myśleć. W przedpokoju nawinęłam na nogi śliwkowe baletki, wzięłam torbę z książkami na ramię i wyszłam na przystanek autobusowy. Gdy okazało się po pięciu minutach, że autobus nie przyjedzie, zdecydowałam się polecieć. Poprawiłam torbę i zaczęłam skakać po budynkach upatrując pomarańczowo-granatowej szkoły licealnej. Po jakiś dziesięciu minutach byłam na miejscu. Zostało sześć minut do rozpoczęcia lekcji. Weszłam do szkoły i zostawiłam niepotrzebne rzeczy w szafce. Przeszłam się wzdłuż korytarza, aż natknęłam się na łazienkę. Poprawiłam makijaż kredką i nałożyłam jagodową pomadkę - robiłam to, czego nie zrobiłam w domu. Gdy wyszłam z pudrowo-różowego, okafelkowanego pomieszczenia po drugiej stronie korytarza stali Molly i Matt. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Z początku mnie nie zauważyli. Jednak, kiedy się obejrzeli skrzywili się i powoli do mnie podeszli.
- Czy to prawda? - zaczął nieśmiało Matt. Przełknęłam ślinę.
- Po prostu nie chcę was ranić. Gdybym miała możliwość nietrudnej i nieciężkiej przyjaźni z wami, robiłabym to nadal... Jednak to tylko będzie was ranić...
- A z tym kochasiem to masz czas się spotykać! - wybuchła Molly. Zamurowało mnie. Skąd ona wie o Bonniem? Skąd nawzajem o sobie wiedzą? Może kiedyś coś obydwu o drugim wspomniałam i nie pamiętam? Westchnęłam.
- On jest taki jak ja. Pomaga mi utrzymać moce w ryzach. Bez urazy, ale jako ludzie nie jesteście w stanie mi pomóc.
- Zgadzam się. - odezwał się głeboki, męski głos zza moich pleców. Nie znałam go, lecz zapach uświadomił mi wszystko. Dusząca woń spalenizny roznosiła się po całym korytarzu. Moje oczy momentalnie zrobiły się czerwone, a moi byli przyjaciele się przerazili.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, aż sześć! Tyle się ma grzechów na koncie, kochany? - uśmiechnęłam się zawadiacko do chłopaka o szmaragdowych oczach i czarnych włosach.
- Jestem tu w pokoju, dziewczynko. Violet cię wzywa. - podniósł ręcę do góry nadal opierając się ramieniem o ścianę.
- Kaspar?! - wrzasnęłam, a moje tęczówki zabarwił silny i dynamiczny fiolet.
- Oczywiście. Miło mi cię poznać, panienko Oxanne. - ukłonił się nisko, a ja lekko zaczerwieniłam.
- Czemu Violet mnie wzywa? - przeszłam do konkretów.
- Z niewiadomych mi przyczyn. Nie wyjaśniła sytuacji. - powąchał powietrze i podszedł bliżej. - Ludzie? - zadrwił.
- Przypadkowa obecność.
- Czemu nie uciekają? Mają przed sobą Księżniczkę Krwi i Księcia wymiaru 34. Powinni się przynajmniej kłaniać...
- Kaspar! - obrzuciłam go morderczym spojrzeniem. - Tutaj panują inne zasady! - wypuściłam powietrze z płuc.
- W każdym razie zabierz ze sobą Księcia Krwi i księcia Fabiana.
- Mam przyprowadzić mojego ojca?!
- Dokładnie.
- A po co jej on?
- Tego nie wiem. - powiedział i wyszczerzył spore kły.
- Urosły ci.
- Ta. Kiedy ty mnie ostatnio widziałaś? Chyba w poprzednim wcieleniu...
- Które obecnie ma troje dzieci. - dokończyłam za niego.
- Tobie też urosną. Kiedy ostatnio piłaś?
- Hmmm... Dawno? - zawahałam się.
- To może ci zaszkodzić. - powiedział i przysunął mi swój nadgarstek do ust. Moje oczy nabrały nowego koloru - niebieskiego. Oznaczał on głód krwi. Oblizałam ostre zęby i zanurzyłam je pod jego cienką skórę. Ciepła krew trafiała do mojego gardła, a ja już nie czułam się taka oniemiała i odrętwiała. Zachłannie ssałam. Po chwili odlepił mnie od swojej ręki, a pod ubraniami widać było, że moje mięśnie się odbudowują. Małe ranki na jego nadgarstku zasklepiały się.
- Wyglądasz o wiele lepiej, stara przyjaciółko! - zawołał z uśmiechem. - Kiedy chcesz przyjechać do foyer? - spytał wprost.
- Yyy... Hm... Nie wiem? Może po zakończeniu szkoły, jest w środę.
- Mi pasuje. Przyjadę po ciebie i Fabiana o jedenastej. Twój ojciec dołączy później. Stoi?
- Stoi. - odparłam i uścisnęliśmy sobie dłonie. Moi przyjaciele nadal stali jak słupy soli. Wgapiali się to we mnie to w Kaspara.
- A tak w ogóle to skąd wiesz o wcieleniu Księżniczki Ellie? - zawahałam się nad odpowiedzią.
- Bo... Eee... Yyy... Domyśliłam się. Skoro Bonnie to Fabian, a jesteśmy połączeni, to ja musiałam być...
- Elisabeth. Tak myślałem. - dokończył za mnie. - Wiesz, że oni tak naprawdę nie mają dzieci? To spekulacje ludu na ten temat. Więc, nie martw się, nie będzie tam żadnych bachorów oprócz mojej siostry, Thyme i Hannah'y [czytaj: hany]. - zapewnił.
- Aaaa... To stąd ta niepewność informacji... W każdym razie spodziewam się, że będą tam rodziny królewskie sześciu bocznych wymiarów, hę?
- Tak. Książę Kaspar Varn, Bohaterska Dama Violet Lee, Książę Fallon Athenea, Bohaterska Dama Jesienna Róża Al-Summers, Księżniczka Krwi Oxanne Whime, Książę Półkrwi Bonnie Midleton, Były Książę Krwi Vincent Whime, Czarodziejka i Księżna Krwi Xerra Geate, Książe śmierci Death Siarette, Księżniczka Magii Alexandra Sloth, Książę Żywiołów Bastian Airtcost, Księżniczka Cybernetyki Nightmer Fight, Książę Cybernetyki Killer Fight oraz ich dzieci, szesnastoletnia Anna Fight i sześcioletnia Hannah Fight. - wymienił wszystkie dwanaście nazwisk ważniejszych władców światów bocznych.
- To trochę się tam nas zbierze... - mruknęłam starając się nie myśleć o tłumie, który czeka na mnie w foyer w połączeniu z rodzeństwem Kaspara i służbą, i dwornymi gości... Brrr! Nieważne.
- Dobra, to ja już lecę! Poradzisz sobie z ich pamięcią? Powinni mieć prostą strukturę...
- Tak, tak. Poradzę sobie, idź już do Violet! - na ostatnie słowo wargi mu zadrżały. - Coś się stało?
- Nie, nic, pa! - zniknął za mrugnięciem powiek. Odetchnęłam głeboko.
- Nie będę wam tego tłumaczyć. Nie opłaca się. Zapomnijcie o wszystkim i mnie o nic nie pytajcie. Jeżeli spróbujecie choćby myśleć o rozwikłaniu tej zagadki i wniknięciu w sekrety... - przejechałam kantem dłoni po gardle. - A mam nad wami kontrolę i 24h widzę co robicie i co myślicie, potrafię czytać wasze sny i rozmowy... Więc nic nie knujemy, jasne? - uśmiechnęłam się promiennie do byłych przyjaciół, a dwie sekundy później ogłuszył nas dzwonek na przerwę przed pierwszą lekcją. Wszyscy uczniowie zaczęli się schodzić jak na komendę. Już ani ja nie widziałam ich przerażonych twarzyczek, ani oni nie mogli dostrzec mojej pewnej miny. Zwróciłam się w kierunku sali plastycznej po czym wyszłam na sekundę z budynku, aby zaczerpnąć powietrza. Jeszcze wielu uczniów stało i rozmawiało lub uciekając przed wzrokiem nauczycieli paliło. Teraz wiemy skąd te odpały na lekcjach... Przewróciłam oczami z niesmakiem patrząc na trójkę dryblastych maturzystów palących zapewne narkotyki. A ja myślałam, że to pożądna szkoła... Po prostu wcześniej nie widziałam jej problemów. Jeden z garbatych palących podszedł do mnie z zieleniną niedbalę zwiniętą w papierosową bibułkę.
- Chcesz, mała? Tak się patrzysz. Nie wstydź się. - zarechotał. Objął mnie w pasie, ale lekko się odsunęłam.
- Wiesz co? Chętnie. - wyciągnął w moją stronę szluga. - Ale może najpierw tobie podpalę, bo widzę, że się kończy. - próbowałam się sztywno uśmiechnąć. On tylko wyciągnął ku mnie stronę do podpalenia. Pstryknęłam palcami, najpierw spłonął cały papieros, aby następnie ogniem polizać dryblasa. Jego dłoń była lekko poparzona. TYLKO.
*****
Pozdro, K. B. Laterscotch

Rozdział 15

Robiłam porządek w poczcie i w kontaktach. Pousuwałam z nich Matta i Molly. To samo zrobiłam w telefonie. Nigdzie nie było po nich śladu.
Nigdzie poza moją pamięcią...
Zaczęłam się zastanawiać, czy mogłabym usunąć sobie pamięć, gdy usłyszałam:
“Nawet o tym nie myśl! Zwariowałaś?!” - mój wewnętrzny głos zabrzmiał tak podobnie do Bonniego, że odwróciłam się, aby sprawdzić czy jego tam rzeczywiście nie ma. Nie, niestety nie było go.
"Dlaczego tak na mnie naskakujesz?!" - warknęłam.
“Ponieważ próbuję wybić ci z głowy tę głupotę! To byli twoi najcenniejsi przyjaciele, teraz chcesz ich tak po prostu nie znać? Możesz już ich nie widywać, nie gadać z nimi, ale faktem jest, że przez ponad pół twojego życia cię wspierali. Nie możesz tak po prostu o nich zapomnieć!” - zdumiłam się słysząc odpowiedź.
"Pewnie jesteś tą sentymentalną i umoralizowaną wersją?" - rzuciłam z ironią. - "Ale masz rację, nie mogę ich usunąć z żadnej ze skrzyneczek." - dodałam szybko. Mówiąc "skrzyneczki" miałam na myśli szafki i szuflady trzymające moje wspomnienia w ładzie i składzie.
“Teraz gadasz w miarę normalnie. Czuję się dziwnie mądrzejszy przy twoich nieprzyzwoicie głupich myślach. Twój tok myślenia ostatnio zwalnia, wiesz?”
"Nie jedź tak po mnie!" - czułam się nieco przytłoczona jego dobitnymi uwagami.
“Dobra, ale ty zacznij używać więcej procent mózgu.” - poczułam się tak jakby ktoś pukał mi w czaszkę. Rozejrzałam się. Nikogo obok mnie ewidentnie nie było.
“To tylko ja, głupia. Potrafię spowodować każde uczucie, panuję nad twoim mózgiem i nad bodźcami. Mogę nawet spowodować, że się zakochasz lub znienawidzisz kogoś bez powodu. Zabawne, nie?”
"I trochę niesprawiedliwe..." - mruknęłam przewracając oczami.
“Nie marudź! Przynajmniej masz z kim pogadać!” - jego argument był niezaprzeczalny.
"Dobra, dobra. Spokojnie, już nie wydzieraj się tak na mnie, bo robi mi się smutno." - głos lekko się przejął i przeprosił ze skruchą. Więcej już nie rozmawialiśmy. Dopiero teraz zaciekawiło mnie dlaczego bracia grali o tak późnej porze? Może, gdy rodzice zasnęli wymknęli się do mnie? Ale przecież zachowywali się naturalnie, nie byli spięci.
Zeszłam na dół, do salonu. Po rodzicach ani śladu. Zajrzałam do ich sypialni minimalnie uchylając drzwi. Spali jak zabici. Nie było mowy o niedawnym pójściu w drzemkę. Czyli moja wersja się sprawdziła. Tylko, dlaczego chłopcy byli tacy naturalni? Czemu nie próbowali zachować ciszy? Dzieci chyba zawsze będą dziwne...
Po powrocie  przez salon opadłam na łóżko. Zanurzyłam się w zmysłach, które już od jakiegoś czasu kipiały z wyczerpania przez rozszarpujące emocje. Czułam jak pod zamkniętymi powiekami pochłaniają moją obecność i uzupełniają się, by być gładkimi i delikatnymi. Leciutko wsłuchiwałam się w ulicę za oknem. Taksówki jeździły pełną parą rozwożąc ludzi z imprez i spotkań. Po chodniku deptało niewele nóg z powodu późnej godziny. Było na oko 0°C. Wiał letni wiaterek, więc odczuwalne było coś około -1°C. Wszyscy nosili płaszcze, kurtki. Niektórzy pozakładali czapki i kaptury. Buty klekotały o nieumęczony chodnik. Jedna z pobliskich latarń migała, aby niedługo kompletnie zgasnąć. Komuś muzyka grała pociesznie w słuchawkach. Ktoś inny ledwo stał na nogach przez wyczerpujący dzień. Osoba o idealnie niebieskich oczach przystając po drugiej stronie ulicy tęskno patrzyła się w moje okno. Otworzyłam oczy zdyszana ze strachu. Przylepiłam wzrok do szyby. Tak, miałam rację. Po drugiej stronie czarnego paska asfaltu raz po raz przecinanego samochodami stał Matt. Z niczym nie pomyliłabym tych oczu. Nie było z nim Molly, co mnie szczerze zdziwiło. Gdy nasze spojrzenia skrzyżowały się moje oczy zabarwił kolor czerwony. W nos wpychał się piekący zapach palonego węgla. Wyskoczyłam przez okno. Biegłam na niego z nożem. Gdy był między nami krok ktoś chwycił mnie za ramię i zasyczał do ucha:
- Na pewno chcesz to zrobić? To tylko jeden grzech, a nie cała ich masa, jak w reszcie przypadków. Poczekaj, aż naskrobie bardziej. Później nie będziesz miała tych jebanych wyrzutów sumienia. - gniewnie spojrzałam przez ramię. Za mną stał John. Byłam tak zdumiona, że odskoczyłam. Tęczówki powróciły do kochanej przez wszystkich purpury. Zapach ustanął, lecz nieznacznie.
- Co ty tu kurwa robisz?! - wydyszałam na jednym tchu.
- To, co ty. Tropię grzeszników. Przejrzyj sobie jego poważniejsze grzechy. Ma jakieś dwa na koncie. Nie marnuj na to ścierwo czasu. Nawet, by się nie bronił. - prychnął z pogardą patrząc na Matta. Ten się nie odzywał tylko patrzył na mnie od czasu do czasu zdumionym spojrzeniem.
- Chyba masz rację... Ilu już zabiłeś?
- Dwóch. Kobieta i mężczyzna. Oboje po czterdziestce.
- Hm. Jeszcze nie widziałam grzesznika kobiety.
- Zobaczysz jeszcze wiele. Po prostu trudniej je wytropić, więc są rzadziej zabijane.
- Czyli przyznajesz wyższość płci pięknej? - uniosłam jedną brew.
- Nie... Może trochę? Hej, nieważne! - machnął ręką. - Idziesz na Oxford street? Jeszcze tam ich dzisiaj nie szukałem.
- Spoko. - zwróciłam się do Johna. - Do zobaczenia, gdy będziesz miał więcej grzechów na koncie. - powiedziałam do Matta i pogłaskałam go po policzku z nożem w ręku. Następnie wzbiłam się w powietrze i stanęłam na dachu jakiegoś budynku. John niedługo do mnie dołączył. Zaraz, dlaczego ja kurwa tak wysoko skaczę?!
- Spokojnie. Pewnie ci nie powiedzieli, ale jedną z podstawowych umiejętności jest możliwość bardzo wysokiego skoku. Prawie wszystkie istoty magiczne to potrafią. - z trudem powstrzymywał śmiech na widok mojej otępiałej miny.
- I kolejne tajemnice... - mruknęłam.
“Ciekawe, co jeszcze przed nami ukrywają!” - zaćwierkotał mój niezadowoly głos.
- Taaa... - przytaknęłam mu, a John uznał to również za odpowiedź dla siebie.
Skakaliśmy po kolejnych budynkach i, gdy trafiała się jakaś zwierzyna, polowaliśmy. Oczywiście dwóch na jednego zawsze wygrywało. Jednak w niektórych przypadkach sama nie dałabym rady. Do 3:15am wytropiliśmy czterech grzeszników.
- Chyba już wystarczy... - zauważyłam zdyszana po przed chwilowej walce.
- Masz rację. Odprowadzić cię? - nie okazywał żadnych oznak zmęczenia czy utraty energii.
- Może być. - lubiłam mieć cielesne towarzystwo.
Znów szliśmy według dachów zabudowań. Pod moim oknem podziękował za pomoc i się pożegnał.
- Nawet fajny. Uprzejmy, ale stanowczo rodzicielski. Chyba go lubię. - powiedziałam do mego głosu utykając słowami w powietrzu.
“I tu się zgadzam. Miły z niego gość.” - odgarnął.
"Nie jesteś zazdrosny, czy coś?" - tym razem odezwałam się w myślach, ponieważ nie chciałam, aby to wyglądało tak jakbym z kimś rozmawiała.
“Nie. Jestem tą wersją Bonniego, w której jestem uprzejmy, pobłażliwy i trzymam cię bez smyczy. Materialny "ja" trzyma cię krótko.” - powiedział. - “Pomyśl, że bardzo chcesz być z Bonniem. Może uda ci się wniknąć do struktury jego głosu. Spokojnie, Bonnie nie wie, że można tak robić.” - dodał po namyśle.
Zrobiłam jak kazał. Skupiłam się na tym, że nasza krew jest połączona i na uczuciu, które towarzyszy wnikaniu jego zmysłów do moich. Udało się. Usłyszałam jak mówi do swego głosu:
"Jesteś naprawdę podobny do Oxany. Prawisz mi wykłady gorsze niż matka. Jesteś okropny..."
“Skończyłeś już? Przejdzie ci.” - odezwał się jeszcze jego głos.
"Tak, skończyłem..." - odburknął. - "Tak właściwie to dlaczego akurat ona ma polować na grzeszników? Normalna istota magiczna nie jest w stanie?"
“Ponieważ tak wyznaczyła wyrocznia. Odzwierciedlenie bliźniaczki księżyca i jej pobratymcy będą strzec wymiaru numer 32.” - wytłumaczył głos. Był kobiecy. Brzmiał podobnie do mojego, gdy tłumaczył. Tak właściwie to póki nie zechcę to mogę być słuchaczem, a nie rozmówcą.
"I jej świta oraz połączony książe Fabian ma jej w tym pomóc. Znam już tę bajeczkę, i wiadomo, że to ja jestem Fabianem, nie przypominaj mi. Pytam o umiejętności. Czy to dlatego, że je ma, czy dostała je z powodu zadania? Raczej nie drugie, bo jej ojciec je miał, a nie był strażnikiem." - odezwał się królik.
“Masz rację. Ma je z powodu krwi, ale nawet, gdyby urodziła się człowiekiem, miałaby je.“
"Ciut posrane, ale mniej więcej zrozumiałem. Tylko dlaczego jestem Fabianem?" - spytał się.
“Przepowiednia głosi:
Fabianem zostanie ten,
Który połączenia z nią nie będzie tracić,
Za którego życie gotowa będzie utracić,
Który jej krew będzie mógł pić,
A z wrogów kpić.
...” - nie zdążył dokończyć, bo mój chłopak mu przerwał.
"Kurwa! Znam tą historyjkę! Ale czemu ja? Są miliony chłopaków, którzy pewnie spełnią te wymogi!"
“Powiem wprost: masz jej krew. To jedyny sensowny powód. Gdyby wtedy nie chciała dać ci krwi, nie zgodziłaby się na pobrania. Była dzieckiem, mogła odstawić szopkę i nikt jej do niczego nie mógł zmusić. Rozumiesz?” - jego głos brzmiał zniecierpliwieniem.
"Czuję się jakbym ją ranił nie mówiąc jej o przepowiedni..." - wyznał.
“Spokojnie, nie robisz tego. Nic takiego przynajmniej nie czuję. Chociaż czuje się osaczona przez wszystkie te tajemnice... Może lepiej jej powiedz?” - niepewnie mówił kobiecy głos.
"Chyba masz rację. Powiem jej. Ale dopiero za parę dni. To śmieszne. Wiedząc, że czy chcę czy nie chcę muszę z nią być i tak się w niej zakochałem." - lekka ironia rozbrzmiała w tych słowach.
“Ta. A nie pamiętasz jak było z Elisabeth i Fabianem z wymiaru 63? Albo z Night i Killerem ze świata 48? Ta sama historia, przyjacielu. Ellie i Fab mają trójkę dzieci, a Night i Kill dwójkę. Pójdziesz w ich ślady za parę lat.”
"To było po części pokrzepiające, po części przygnębiające. I oni wcale nie mają dzieci. Ale, dzięki." - podziękował Bonnie, a mnie odrzuciło z powrotem na moje łóżko.
"Matko! O co z tym chodzi?! Mam już dość tajemnic! Głosie, masz mi coś do powiedzenia?!" - wybuchłam w myślach.
“Nic nie wiedziałem! To on jest Fabianem? W sumie, to połączenie mogło to oznaczać, ale nie było ono gwarancją...”
"Wiedziałeś o całej tej przepowiedni?! Mój wewnętrzny głos kurwa wie więcej ode mnie!"
“Przysięgam, nie wiedziałem, że to on! O przepowiedni wiedziałaś i ty, tylko, że zarejestrowałaś ją jako nieważną bajkę z dzieciństwa.” - zaczęłam przegrzebywać poderdzawe skrzyneczki. Zgadza się. Znalazłam takie wspomnienie.
"Przepraszam. Niepotrzebnie wybuchłam." - przeprosiłam. Była 3:39am. - "Chyba już się położę." - żachnęłam do głosu. Nie usłyszałam odpowiedzi.
****
Kończę. Trochę krótko, bo nie miałam w jakim odpowiednim miejscu zrobić cięcia tekstu.
Miłego, Księżniczka Ellie