Jest koło południa, a mi się nudzi... Piszę dalej. Następny rozdział będzie pisała moja bliźniaczka, Alex.
*****
*Matt*
Muszę otrzeźwieć po tej sytuacji z Ox. Nie wiem co myśleć. Molly uprzedzała mnie, że coś takiego może się zdarzyć, ale nie, że ZABIJE niewinnego niczemu człowieka. Chociaż mówiła coś, że kogoś zabił. I musiał coś o niej wiedzieć, ponieważ mówił, że powinna być w śpiączce, czy co. Zadzwonie do Moll. Odebrała po trzech sygnałach.
- Co chcesz, robie prace na biole?
- Ox kogoś zabiła.
- Jak to?!?
- Po prostu. Na ulicy. Jej ofiara mówiła, że Oxana powinna być w śpiączce... Coś w ten deseng.
- Dziwne. Jak go zabiła?
- Skąd wiesz, że faceta?
- Bo z godzinę temu oglądałam ukradkiem wiadomości i usłyszałam coś o zamordowanym mężczyżnie, nic więcej.
- Aha. Wypaliła mu kulkę w łeb i splunęła na niego, następnie uciekła przed przyjazdem policji.
- A skąd miała pistolet?
- Nie wiem. Po prostu gdy szukała tego gościa wzrokiem już go trzymała.
- Nie zabrałeś go jej?!?!
- Byłem zbyt oszołomiony, to trwało zaledwie sekundę.
- Ok, rozumiem. Coś jeszcze?
- Tak. Na miejscu zbrodni nie znaleźli pocisku, ani pistoletu, który po zabójstwie wyparował jej z ręki. Krew uschła zniknęła jakieś dwie minuty po zetknięciem się pocisku z głową. Tyle, żadnych dowodów, a wszyscy świadkowie oprócz mnie nagle stracili pamięć i nawet nie wiedzą, że na ich oczach kogoś zamordowano. Lekarze mówili, że to amnezja pourazowa. Też taką udałem, łyknęli. Nie mogłem zeznawać przeciwko przyjaciółce, ale i nie mogłem kłamać.
- Rozumiem. Postąpiłabym podobnie. Przemyślę to wszystko, co mi powiedziałeś. - po tych słowach do moich uszu doszedł pisk kończącej się rozmowy. Łaziłem jakiś czas bez celu omijając miejsce dzisiejszej zbrodni. Chyba już nie kocham Oxany... Może tak mi się tylko wydaje z powodu ostatnich wydarzeń? Może mam tak, bo wiem, że ma innego? Swoją drogą, Molly jrst całkiem ładna. Nie! Nie mogę z jednej przejść na drugą! To zniszczyłoby naszą przyjaźń! Czy ja jestem kobieciarzem? Zadawałem sobie jeszcze miliony takich pytań i kazań, aż dotarłem do domu.
*Oxanne*
Siedziałam z braćmi w ich pokoju i czytałam im bajkę. Słowa z książki po prostu akcentowane wylewały się ze mnie bezwiednie. Duszą i myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Pogrążona byłam w rozważaniach. Czy nie będę zaniedbywać przyjaciół? I dopiero teraz pomyślałam o tym, skąd przy mnie wzięła się wtedy Molly? Co z Rickiem? Czy będzie mi pomagał? Czy raczej mnie zostawi? Jego uczucia muszą być szczere! Przypomniało mi się, gdy byłam u niego... Miał tak przyjemnie ciepłe ciało... O czym ja myślę?! Mimo tej wewnętrznej nagany, mimochodem się uśmiechnęłam.
- ... I żyli długo i szczęśliwie. - zakończyłam książeczkę. Chłopcy zaczęli ziewać. Nie mieli oddzielnych łóżek. Mieli jedno, wielkie łoże. W końcu - byli bliźniakami. Mogę się założyć, że lubili ze sobą spać. Ich kontakty się polepszyły. Teraz można na prawdę powiedzieć, że się KOCHAJĄ. Uwielbiają się nawzajem i swoje towarzystwo. Ja uważam, że to ok, ale rodziców to trochę zniesmacza. Mnie nie. Korzystając z tego, że mają ogromne łóżko usnęłam razem z nimi.
Rano obudziła mnie mama. Zerknęłam na zegarek leżący na jej ręce. 8.00, Sobota. Na szczęście. Nie chciałabym się spóźnić do szkoły. Teraz tylko poniedziałek, wtorek i środa. W środę mamy zakończenie roku. Nie wiem, czy pójdę na studia. Rodzice pewnie chcieliby, abym poszła, ponieważ to tam się poznali - na studiach. Ale wcale nie muszę iść do szkoły wyższej aby znaleźć miłość. Na przykład podam Ricka. Poznałam go w pracy, a nie w szkole, jak Matt'a, którego nawet nie kochałam. Powiem jeszcze gorzej: bawiłam się nim, pod przypływem emocji związanych z jego pocałunkami. To okropne co mu zrobiłam. Ale po rozmowie z Molly (która dokonała się przedwczoraj w nocy) wywnioskowałam, że on też mnie nie kochał. Chyba. To był przypływ adrenaliny wywołany pod pretekstem tego, że jestem ładna, a on przystojny. Właściwie jak ja wyglądam?
Odkleiłam się od braciszków i stałam nad ich łóżkiem. Mike miał czarne włosy i głębokie, morskie oczy gdzieniegdzie poprzecinane błękitnymi liniami. Kayl posiadał kruczoczarne włosy i krwiste oczy przesiane rudo-miedzianymi siateczkami, które nadawały jego tęczówkom niezwykły wygląd. Oboje mieli stosunkowo jasną cerę. Bez względu na ich oczka byli jak dwie krople wody. Mieli jeszcze większe objawy "magii" ode mnie. Mi tylko włosy usilnie chciały być purpurowe, a u nich i włosy i gały zmieniały kolor. Na początku Mike był blondynem, potem miał zielone oczy, ale w końcu i tak ustatkowało się na podstawowym niebieskim. Kayl z rudych przeszedł w bruneta. Kolor patrzałek był wciąż zielony, ale, gdy Mike'owi zmieniły się na niebieskie, jego oczy stały się czerwone. Rodzice byli przerażeni, jednak ja szybko się przyzwyczaiłam. Na koniec każdemu utrwaliły się włosy koloru godnego najszczerszych kruków. Tak wyglądają obecnie. Jeżeli jeszcze będą się zmieniać to zwariuję! Pani pyta dlaczego chłopcy wracają po wakacjach z innym kolorem włosów i tęczówek. Powiedzieliśmy, że kolor to choroba, nie zaraźliwa, ale rzadka. Natomiast włosy zafarbowała im szalona ciotka. To załatwiło sprawę.
Wyszłam z pokoju Mike'a i Kyle'a. Udałam się do własnego. Usiadłam przy toaletce i zaczęłam się oglądać. Miałam lekkie wory pod oczami. Moje tęczówki nabiegły leciutko czerwienią i teraz były mieszanką koloru fioletowego i czerwonego, który wyglądał jak kula z energią atomową - pomarańczowo-fioletowe odcienie z czarnym kółkiem na środku (moją źrenicą). Włosy znów były namiętnie fioletowe z namiastką czerni. Usta były pełne i połyskliwie, ciemno różowe. To ich naturalny kolor. Gdy natrę je błyszczykiem wyglądają jak z brokatu, dlatego nie używam prawie w ogóle kosmetyków do ust. Jedyne co od czasu do czasu biorę w rękę to bezbarwne, jedynie intensywne zapachowe pomadki. W policzkach nie miałam dołeczków więc, gdy się śmiałam można było tylko dostrzec minimalne zmarszczki wokół warg i nosa. Jako chyba jedyna z całej szkoły nie musiałam regulować brwi. Są naturalnie wąskie i ułożone. Rick mówi, że gdy jestem zamyślona moje brwi tak się układają, że i wtedy wyglądam pięknie. Zęby od zawsze miałam proste, białe i mocne, ale mleczaki miałam niepewne. Dopiero stałe były w pełni zdrowe i stosowne. Nie mam, ani za dużych, ani za małych zębów. Tylko zawsze rozmiar moich kłów i dolnych i górnych niepokoił dentystów (w mleczakach i w stałych). Zawsze te zęby były większe od reszty... Może raczej powinnam użyć słowa dłuższe i ostrzejsze? Często koleżanki nazywały mnie przez to wampirem. Przejechałam językiem po stałych. Trochę zżółciały, ale minimalnie. Szybko poszłam je umyć wybielającą pastą "Colgate". Od razu wyglądały lepiej. Miałam naturalną urodę po matce. Drażniłam językiem moje kły i nadziewałam jego czubkiem na końcówki zębów. W którymś momencie poczułam pieczenie i wyszłam z łazienki. W lustrze toaletki zobaczyłam mój krwawiący język. Krew, która utkwiła na ostrym zakończeniu kła zamieniła się w wąziutki strumyczek płynący po kle i uciekający do mego gardła. Zaczęłam ssać krew z mojego języka jednak po chwili się ogarnęłam i przestałam. Czułam jak język sam się zabliźniał. Tak bardzo się zdziwiłam, że, aż pisnęłam. W jednej chwili zakryłam sobie usta dłonią. Miałam nadzieję, że nikt tego nie usłyszał... Wysunęłam już całkiem zagojony narząd smaku do lusterka. Jeszcze przed chwilą było tam rozcięcie! John mówił, że dziwne rzeczy będą mi się przytrafiać, ale, aż tak?! Westchnęłam głośno.
- Przecież miałam nie być wampirem... - wymamrotałam do siebie. Poczułam przelotnie czyjś zapach.
- Bo nie jesteś. - usłyszałam za sobą, gdzieś z okna głos Bonniego. Zapiszczałam.
- Nie strasz mnie! - wrzasnęłam.
- Spokojnie, spokojnie. Przybywam w pokoju. Już, uspokoiłaś się laseczko? - puścił do mnie oko. Zaczynam rozumieć dlaczego "pedał".
- Tak, wszystko w porządku. - odparłam. - Czemu mam tak ostre zęby? - rzuciłam. Chłopak wszedł do mojego pokoju przez okno. Znajdowało się ono na poziomie parteru i 1/3 piętra.
- Ponieważ każda istota magiczna potrzebuje krwi do życia. Nie koniecznie ludzkiej. Zwierzęta też się liczą. Jedni polują, inni kupują, a jeszcze inni robią zapasy na lata lub zabijają przyjaciół... Są różne sposoby pozyskiwania tego cennego płynu. Przypatrz się zębom swoich braci i ojca. Mają identyczne. - wyjaśnił.
- Że co?!? - zdziwiłam się i pobiegłam do ojca.
- Pokaż zęby, nieważne, nie pytaj! - powiedziałam szybko do taty i patrzyłam na niego z przestrachem. Zanim zdążyłam je zobaczyć do pokoju wkroczył mój czarnowłosy kolega.
- Witam. - zwrócił się do rodziców. - Jestem przyjacielem waszej córki i nazywam się Bonnie. Mógłbym przeprosić? - dodał ciągnąc mnie delikatnie za rękę na bok.
- Mogłabyś im nic nie mówić? - wyszeptał. - O tym nawet nie wie większość dziedzicznych. Nigdy nie myśleli, że krew jest im potrzebna do życia. Podpijali ją z nawyku, ale nie wiedzieli, że to bezwarunkowe. - znów zasyczał kusicielsko do mojego ucha. - I nie próbuj im o tym mówić, bo domyślasz się co cię spotka. - dodał głaszcząc mnie po policzku scyzorykiem ukrytym przed wzrokiem innych we wnętrzu dłoni. Po chwili odsunął się ode mnie i nie wiem kiedy, ale schował scyzoryk. Jego ostatnimi słowami było:
- Zachowuj się naturalnie.
Potem zaczął fascynującą rozmowę z moimi rodzicami. Chciałam się wycofać, ale Bonnie złapał mnie za rękę i upomniał, że to nie kulturalne. Żebym nigdzie nie uciekła trzymał mnie cały czas za rękę. Kiedy w końcu się pożegnaliśmy z moimi rodzicami, wydarłam się na niego w pokoju:
- Co to kurwa było?!?
- To? Tylko niewinna zagrywka. Ani mi się śni, abyś im o czymś powiedziała. - skończył i łapiąc mnie za rękę przyciągnął bliżej. Nie wiem czemu, ale nie opierałam się. Już miał mnie pocałować, gdy nagle spojrzał ukosem w tył i odsunął lekko. W duchu się cieszyłam, ale mojemu ciału brakowało jego ciepła. Nadal trzymał mnie za rękę. Trzy sekundy (tak, liczyłam!) po tym jak się ode mnie odsunął do pokoju weszła moja mama. Zanim zdążyła się odezwać wypaliłam:
- Zbliża się 14.00. Nie byłeś przypadkiem gdzieś umówiony, kochany? - postawiłam nacisk na ostatnie słowo.
- A, tak! Masz rację. Muszę panie przeprosić. Do widzenia, Oxana. - powiedział i pocałował mnie w policzek po czym wyszedł. Lekko się zaczerwieniłam, a mama stała jak wryta.
*****
To na tyle, dalej nie chce mi pisać (serio, komputer sie zjebal).
Paaaaa, pozdro Betha
*Matt*
Muszę otrzeźwieć po tej sytuacji z Ox. Nie wiem co myśleć. Molly uprzedzała mnie, że coś takiego może się zdarzyć, ale nie, że ZABIJE niewinnego niczemu człowieka. Chociaż mówiła coś, że kogoś zabił. I musiał coś o niej wiedzieć, ponieważ mówił, że powinna być w śpiączce, czy co. Zadzwonie do Moll. Odebrała po trzech sygnałach.
- Co chcesz, robie prace na biole?
- Ox kogoś zabiła.
- Jak to?!?
- Po prostu. Na ulicy. Jej ofiara mówiła, że Oxana powinna być w śpiączce... Coś w ten deseng.
- Dziwne. Jak go zabiła?
- Skąd wiesz, że faceta?
- Bo z godzinę temu oglądałam ukradkiem wiadomości i usłyszałam coś o zamordowanym mężczyżnie, nic więcej.
- Aha. Wypaliła mu kulkę w łeb i splunęła na niego, następnie uciekła przed przyjazdem policji.
- A skąd miała pistolet?
- Nie wiem. Po prostu gdy szukała tego gościa wzrokiem już go trzymała.
- Nie zabrałeś go jej?!?!
- Byłem zbyt oszołomiony, to trwało zaledwie sekundę.
- Ok, rozumiem. Coś jeszcze?
- Tak. Na miejscu zbrodni nie znaleźli pocisku, ani pistoletu, który po zabójstwie wyparował jej z ręki. Krew uschła zniknęła jakieś dwie minuty po zetknięciem się pocisku z głową. Tyle, żadnych dowodów, a wszyscy świadkowie oprócz mnie nagle stracili pamięć i nawet nie wiedzą, że na ich oczach kogoś zamordowano. Lekarze mówili, że to amnezja pourazowa. Też taką udałem, łyknęli. Nie mogłem zeznawać przeciwko przyjaciółce, ale i nie mogłem kłamać.
- Rozumiem. Postąpiłabym podobnie. Przemyślę to wszystko, co mi powiedziałeś. - po tych słowach do moich uszu doszedł pisk kończącej się rozmowy. Łaziłem jakiś czas bez celu omijając miejsce dzisiejszej zbrodni. Chyba już nie kocham Oxany... Może tak mi się tylko wydaje z powodu ostatnich wydarzeń? Może mam tak, bo wiem, że ma innego? Swoją drogą, Molly jrst całkiem ładna. Nie! Nie mogę z jednej przejść na drugą! To zniszczyłoby naszą przyjaźń! Czy ja jestem kobieciarzem? Zadawałem sobie jeszcze miliony takich pytań i kazań, aż dotarłem do domu.
*Oxanne*
Siedziałam z braćmi w ich pokoju i czytałam im bajkę. Słowa z książki po prostu akcentowane wylewały się ze mnie bezwiednie. Duszą i myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Pogrążona byłam w rozważaniach. Czy nie będę zaniedbywać przyjaciół? I dopiero teraz pomyślałam o tym, skąd przy mnie wzięła się wtedy Molly? Co z Rickiem? Czy będzie mi pomagał? Czy raczej mnie zostawi? Jego uczucia muszą być szczere! Przypomniało mi się, gdy byłam u niego... Miał tak przyjemnie ciepłe ciało... O czym ja myślę?! Mimo tej wewnętrznej nagany, mimochodem się uśmiechnęłam.
- ... I żyli długo i szczęśliwie. - zakończyłam książeczkę. Chłopcy zaczęli ziewać. Nie mieli oddzielnych łóżek. Mieli jedno, wielkie łoże. W końcu - byli bliźniakami. Mogę się założyć, że lubili ze sobą spać. Ich kontakty się polepszyły. Teraz można na prawdę powiedzieć, że się KOCHAJĄ. Uwielbiają się nawzajem i swoje towarzystwo. Ja uważam, że to ok, ale rodziców to trochę zniesmacza. Mnie nie. Korzystając z tego, że mają ogromne łóżko usnęłam razem z nimi.
Rano obudziła mnie mama. Zerknęłam na zegarek leżący na jej ręce. 8.00, Sobota. Na szczęście. Nie chciałabym się spóźnić do szkoły. Teraz tylko poniedziałek, wtorek i środa. W środę mamy zakończenie roku. Nie wiem, czy pójdę na studia. Rodzice pewnie chcieliby, abym poszła, ponieważ to tam się poznali - na studiach. Ale wcale nie muszę iść do szkoły wyższej aby znaleźć miłość. Na przykład podam Ricka. Poznałam go w pracy, a nie w szkole, jak Matt'a, którego nawet nie kochałam. Powiem jeszcze gorzej: bawiłam się nim, pod przypływem emocji związanych z jego pocałunkami. To okropne co mu zrobiłam. Ale po rozmowie z Molly (która dokonała się przedwczoraj w nocy) wywnioskowałam, że on też mnie nie kochał. Chyba. To był przypływ adrenaliny wywołany pod pretekstem tego, że jestem ładna, a on przystojny. Właściwie jak ja wyglądam?
Odkleiłam się od braciszków i stałam nad ich łóżkiem. Mike miał czarne włosy i głębokie, morskie oczy gdzieniegdzie poprzecinane błękitnymi liniami. Kayl posiadał kruczoczarne włosy i krwiste oczy przesiane rudo-miedzianymi siateczkami, które nadawały jego tęczówkom niezwykły wygląd. Oboje mieli stosunkowo jasną cerę. Bez względu na ich oczka byli jak dwie krople wody. Mieli jeszcze większe objawy "magii" ode mnie. Mi tylko włosy usilnie chciały być purpurowe, a u nich i włosy i gały zmieniały kolor. Na początku Mike był blondynem, potem miał zielone oczy, ale w końcu i tak ustatkowało się na podstawowym niebieskim. Kayl z rudych przeszedł w bruneta. Kolor patrzałek był wciąż zielony, ale, gdy Mike'owi zmieniły się na niebieskie, jego oczy stały się czerwone. Rodzice byli przerażeni, jednak ja szybko się przyzwyczaiłam. Na koniec każdemu utrwaliły się włosy koloru godnego najszczerszych kruków. Tak wyglądają obecnie. Jeżeli jeszcze będą się zmieniać to zwariuję! Pani pyta dlaczego chłopcy wracają po wakacjach z innym kolorem włosów i tęczówek. Powiedzieliśmy, że kolor to choroba, nie zaraźliwa, ale rzadka. Natomiast włosy zafarbowała im szalona ciotka. To załatwiło sprawę.
Wyszłam z pokoju Mike'a i Kyle'a. Udałam się do własnego. Usiadłam przy toaletce i zaczęłam się oglądać. Miałam lekkie wory pod oczami. Moje tęczówki nabiegły leciutko czerwienią i teraz były mieszanką koloru fioletowego i czerwonego, który wyglądał jak kula z energią atomową - pomarańczowo-fioletowe odcienie z czarnym kółkiem na środku (moją źrenicą). Włosy znów były namiętnie fioletowe z namiastką czerni. Usta były pełne i połyskliwie, ciemno różowe. To ich naturalny kolor. Gdy natrę je błyszczykiem wyglądają jak z brokatu, dlatego nie używam prawie w ogóle kosmetyków do ust. Jedyne co od czasu do czasu biorę w rękę to bezbarwne, jedynie intensywne zapachowe pomadki. W policzkach nie miałam dołeczków więc, gdy się śmiałam można było tylko dostrzec minimalne zmarszczki wokół warg i nosa. Jako chyba jedyna z całej szkoły nie musiałam regulować brwi. Są naturalnie wąskie i ułożone. Rick mówi, że gdy jestem zamyślona moje brwi tak się układają, że i wtedy wyglądam pięknie. Zęby od zawsze miałam proste, białe i mocne, ale mleczaki miałam niepewne. Dopiero stałe były w pełni zdrowe i stosowne. Nie mam, ani za dużych, ani za małych zębów. Tylko zawsze rozmiar moich kłów i dolnych i górnych niepokoił dentystów (w mleczakach i w stałych). Zawsze te zęby były większe od reszty... Może raczej powinnam użyć słowa dłuższe i ostrzejsze? Często koleżanki nazywały mnie przez to wampirem. Przejechałam językiem po stałych. Trochę zżółciały, ale minimalnie. Szybko poszłam je umyć wybielającą pastą "Colgate". Od razu wyglądały lepiej. Miałam naturalną urodę po matce. Drażniłam językiem moje kły i nadziewałam jego czubkiem na końcówki zębów. W którymś momencie poczułam pieczenie i wyszłam z łazienki. W lustrze toaletki zobaczyłam mój krwawiący język. Krew, która utkwiła na ostrym zakończeniu kła zamieniła się w wąziutki strumyczek płynący po kle i uciekający do mego gardła. Zaczęłam ssać krew z mojego języka jednak po chwili się ogarnęłam i przestałam. Czułam jak język sam się zabliźniał. Tak bardzo się zdziwiłam, że, aż pisnęłam. W jednej chwili zakryłam sobie usta dłonią. Miałam nadzieję, że nikt tego nie usłyszał... Wysunęłam już całkiem zagojony narząd smaku do lusterka. Jeszcze przed chwilą było tam rozcięcie! John mówił, że dziwne rzeczy będą mi się przytrafiać, ale, aż tak?! Westchnęłam głośno.
- Przecież miałam nie być wampirem... - wymamrotałam do siebie. Poczułam przelotnie czyjś zapach.
- Bo nie jesteś. - usłyszałam za sobą, gdzieś z okna głos Bonniego. Zapiszczałam.
- Nie strasz mnie! - wrzasnęłam.
- Spokojnie, spokojnie. Przybywam w pokoju. Już, uspokoiłaś się laseczko? - puścił do mnie oko. Zaczynam rozumieć dlaczego "pedał".
- Tak, wszystko w porządku. - odparłam. - Czemu mam tak ostre zęby? - rzuciłam. Chłopak wszedł do mojego pokoju przez okno. Znajdowało się ono na poziomie parteru i 1/3 piętra.
- Ponieważ każda istota magiczna potrzebuje krwi do życia. Nie koniecznie ludzkiej. Zwierzęta też się liczą. Jedni polują, inni kupują, a jeszcze inni robią zapasy na lata lub zabijają przyjaciół... Są różne sposoby pozyskiwania tego cennego płynu. Przypatrz się zębom swoich braci i ojca. Mają identyczne. - wyjaśnił.
- Że co?!? - zdziwiłam się i pobiegłam do ojca.
- Pokaż zęby, nieważne, nie pytaj! - powiedziałam szybko do taty i patrzyłam na niego z przestrachem. Zanim zdążyłam je zobaczyć do pokoju wkroczył mój czarnowłosy kolega.
- Witam. - zwrócił się do rodziców. - Jestem przyjacielem waszej córki i nazywam się Bonnie. Mógłbym przeprosić? - dodał ciągnąc mnie delikatnie za rękę na bok.
- Mogłabyś im nic nie mówić? - wyszeptał. - O tym nawet nie wie większość dziedzicznych. Nigdy nie myśleli, że krew jest im potrzebna do życia. Podpijali ją z nawyku, ale nie wiedzieli, że to bezwarunkowe. - znów zasyczał kusicielsko do mojego ucha. - I nie próbuj im o tym mówić, bo domyślasz się co cię spotka. - dodał głaszcząc mnie po policzku scyzorykiem ukrytym przed wzrokiem innych we wnętrzu dłoni. Po chwili odsunął się ode mnie i nie wiem kiedy, ale schował scyzoryk. Jego ostatnimi słowami było:
- Zachowuj się naturalnie.
Potem zaczął fascynującą rozmowę z moimi rodzicami. Chciałam się wycofać, ale Bonnie złapał mnie za rękę i upomniał, że to nie kulturalne. Żebym nigdzie nie uciekła trzymał mnie cały czas za rękę. Kiedy w końcu się pożegnaliśmy z moimi rodzicami, wydarłam się na niego w pokoju:
- Co to kurwa było?!?
- To? Tylko niewinna zagrywka. Ani mi się śni, abyś im o czymś powiedziała. - skończył i łapiąc mnie za rękę przyciągnął bliżej. Nie wiem czemu, ale nie opierałam się. Już miał mnie pocałować, gdy nagle spojrzał ukosem w tył i odsunął lekko. W duchu się cieszyłam, ale mojemu ciału brakowało jego ciepła. Nadal trzymał mnie za rękę. Trzy sekundy (tak, liczyłam!) po tym jak się ode mnie odsunął do pokoju weszła moja mama. Zanim zdążyła się odezwać wypaliłam:
- Zbliża się 14.00. Nie byłeś przypadkiem gdzieś umówiony, kochany? - postawiłam nacisk na ostatnie słowo.
- A, tak! Masz rację. Muszę panie przeprosić. Do widzenia, Oxana. - powiedział i pocałował mnie w policzek po czym wyszedł. Lekko się zaczerwieniłam, a mama stała jak wryta.
*****
To na tyle, dalej nie chce mi pisać (serio, komputer sie zjebal).
Paaaaa, pozdro Betha
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P