A oto muza, która uwolniła wenę X'D
https://www.youtube.com/watch?v=rEukGNsKksg
i jeszcze ta :-)
https://www.youtube.com/watch?v=G-YNNJIe2Vk
i jeszcze ta :-)
https://www.youtube.com/watch?v=G-YNNJIe2Vk
*****
*Scott*Gdy zobaczyłem całą sytuację z lisiastym... Przypomniał mi się łapczywy cień Oxany - to on mógł zawładnąć robotem i ugryźć dziecko z powodu żądzy krwi. W jednej chwili teleportowałem się do nich. Na miejscu była już policja i karetka.
- Skąd żeś się tu, kurwa wziął?!?! - powiedział z pretensją Rick.
- Co się stało? - zignorowałem jego pytanie i jednocześnie sam zadałem tak głupie, że dopiero po chwili zrozumiałem jego treść.
- Przecież wiesz!!! - jednak dodał po chwili - Ona nienawidzi krwi i to był dla niej ogromny szok. W sumie to dla mnie też... - przyznał i popatrzył w stronę miejsce niedawno leżącego na scenie martwego dziecka (zabrali je już do kostnicy). Ja miałem wzrok wbity w szarą twarz Ox na kolanach młodzieńca. Po dłuższej chwili, podczas, której on głaskał jej włosy i patrzył z nadzieją na skamieniałą twarz, zabrali ją do szpitala. Oczywiście pojechaliśmy z nią do szpitala. Ja przedstawiłem się jako wujek, a on - jako chłopak. Rick przez cały czas siedział przy niej, ale ja po godzinie poszedłem rozprawić się z tą poczwarą (bo cień Oxany jej zwiał). Znalazłem ją jak próbowała zaatakować jakiegoś chłopczyka w wieku 6-8 lat.
- Attentium! - krzyknąłem kierując dłoń w stronę potwora. Tak jak myślałem - nie odszedł daleko od Ox. Odszedł od małego, ale czmychnął do szpitala... Nie zwracając uwagi na przestraszone dziecko pobiegłem za cieniem. Dotarł do sali młodej... Wsiąkł w nią, a ta gwałtownie otworzyła oczy... Z jej ust zaczęła strużkami ciec krew... Tak samo z oczu, które po chwili były tylko fioletowo-białymi kulami (praktycznie nie było jej widać źrenic) odbijającymi światło... Uśmiechała się złowieszczo... Zerwała wenflon i podeszła do mnie... Nie wiadomo skąd, wyjęła nóż... Już się zamachnęła, ale powoli opuszczając ostrze przykładała mi je coraz bliżej gardła... Gdy poczułem naciskanie na gardło, a najprawdopodobniej zaczęła lać się krew... Wtedy wymówiłem w myślach zaklęcie feniksa - ktokolwiek mnie zabije po wypowiedzeniu tego zaklęcia, ja odżyję, na dodatek cały i zdrowy. Ciemność zasłoniła mi wszystko...
- Boże, przepraszam! To, t-to nie ja! - usłyszałem desperacki głos wymawiany przez łzy.
Otworzyłem oczy, niedaleko mnie, na krześle siedział Rick, a Oxana siedząc na podłodze opierała głowę na jego kolanach, płakała.
- Nic mi nie jest. Dziękuj, że jestem taki mądry, aby wymówić w odpowiedniej chwili zaklęcie, bo inaczej byłbym już martwy! - zażartowałem. Dziewczyna podniosła na mnie wzrok. Pociągnęła nosem.
- Nawet nie wiesz jak! - ucieszyła się i wpadła prosto w moje ramiona. - Czułam się taka winna. Mimo iż i tak to nie ja, ale po prostu... już tak mam. Nie panuję nad sobą...
- Wiem, wiem. Nie masz za co się obwiniać. Musisz tylko nauczyć się odpierać jego ataki. - pocieszyłem ją i delikatnie uwolniłem się z jej objęć.
Pokiwała głową i podeszła do Chłopaka, który objął ją ramieniem.
- Chcę uciekać z tego szpitala najszybciej jak się da.
- Masz rację, kochanie. Od dzisiaj już nigdy nie pojadę do szpitala... - rzuciła do niego i razem skierowaliśmy się do pizzerii. Tam Rick powiadomił szefa o przybyciu dopiero na nocną zmianę, a mój brat po zobaczeniu mnie dziwnie miło i chętnie się zgodził. Chłopak przyglądał się mojej lekcji z Oxanne. Młoda umie już; opierać się jego kuszeniu, obrazom, kontrolować jego moc, zatrzymywać go, śledzić i odpychać gdy chce się w nią wcielić.
- Myślę, że nauczyłaś się już wszystkich niezbędnych umiejętności. Do reszty szczegółów dojdziesz sama. Ale jeżeli masz zaburzoną statystykę emocjonalną lub fizyczną możesz nie potrafić się mu przeciwstawić. - upomniałem ją patrząc na mego brata. Potem wycofałem się w cień szepnąłem ledwo słyszalnie "Do widzenia" i zniknąłem.
*tydzień później* *Rick*
Skręciłem autem na Lightain Street i zaparkowałem przed szkołą Ox. Ujrzałem jak wybiega ze szkoły we łzach. Siedziałem osłupiały i ze dziwieniem patrzyłem jak wsiada do samochodu,
- Gazu! - krzyknęła. Nacisnąłem pedał, ale dopiero po chwili złapałem za kierownicę (to ze zdenerwowania).
- Co się stało? - zapytałem czule, gdy staliśmy na światłach.
- Ja, ja... ja się go nie spodziewałam... Na, na... ostatniej lekcji... Siedziałam koło Lilki - koleżanki. Nagle zobaczyłam wszystko w szarych barwach... Tylko wszędzie gdzie była krew tliło się na czerwono, czyli każdy człowiek. Wy-wyjęłam z torebki pilniczek... Potem pamiętam wszystko zamazane we łzach. Włącznie z zakrwawioną ręką Lilki... - spuściła wzrok. - To on! Nie wiedziałam, że potrafi we mnie uderzyć kiedy jestem w szkole - myślałam, że niewinni ludzie mnie chronią...
- Bo chronią! - przerwałem jej. - Ale powiedz, czy jest na świecie człowiek, który chociaż raz ani nie skłamał, ani nie uderzył kogoś - nawet w żartach? - popatrzyłem na nią z przykrością... Ona zbita z tropu wbiła we mnie bezradny wzrok i opuściła głowę przywalając nią o schowek.
- Nie martw się... - powiedziałem głupio.
- Racja, niedługo koniec szkoły, koniec liceum. Myślę, że i tak nie będziemy w szkole nic robić...
- Hej! Nie planuj życia aż tak hardcorowo! Chociaż... Masz rację... Ale co potem?
- Co? Będę mieszkać na utrzymaniu rodziców, a jako kierunek studiów wybiorę... Może policjantka? Czy coś...
- Dobra, Dobra... Już nie układaj tego życiorysu! Mała, masz 18 lat! Ciesz się życiem. - spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem.
- Ok.
- No, to jedziemy do pracy?
- Dobra.
Na nocnej zmianie Ox była dziwnie niespokojna i gdy przychodził, któryś z robotów patrzyła tylko na niego wzrokiem "Nie mam dzisiaj ochoty - wypierdalaj", a ten kompletnie oszołomiony odchodził. Gdy marionetka miała przyjść nas wystraszyć stanęła, jak zwykle smutna, przed Oxaną, patrzyła chwilę z zaciekawieniem potem (po raz pierwszy w życiu, chyba) się uśmiechnęła, a moja dziewczyna tylko spojrzała w jej puste oczy, by po chwili patrząc na tableta z kamerami odprawić ją machnięciem ręki. Stwór tylko na nowo zmarkotniał, obdarzył mnie przelotnym spojrzeniem i znikł.
- Co? Czemu tak się patrzysz? - spytała, gdy wbiłem w nią zdziwione spojrzenie (Ox, nie puppet).
- Bo... ona po raz pierwszy nie krzyknęła, nie rzuciła się... tylko twój gest sprawił, aby sobie poszła... Jak? No i... - wyrwałem jej tableta włączając pokój marionetki. - ...ona nie chce tu wracać... popatrz licznik pudełka nie idzie w dół, jest cały czas pełny! - mówiłem pokazując palcem na przycisk uruchamiający ładowanie się music box'u.
- Może wreszcie nabrała do mnie szacunku. - uśmiechnęła się, a w korytarzu zamajaczyły oczy Toy Chicki. Po zniknięciu jej uśmiechu animatronik znikł równie szybko.
- Tak właściwie to w jakiej my jesteśmy pizzerii? - zadała pytanie.
- A w jakiej myślisz, że jesteśmy?
- Czytałam gazety... oczywiście dość stare. Pierwszym oficjalnym biznesem Fazbear'a było "Fredbear Family Dinner", kolejnym, "Freddy Fazbear Pizza" [FNaF 2] ze źle poskładanymi, więc nie wykorzystywanymi, animatronikami na wymianę części... Trzeci to "Return to Freddy Fazbear Pizza" [FNaF 1], znane też jako "Freddy Fazbear Pizza 2"... W przyszłym roku ma być otwarte "Fazbear's Fright" [FNaF 3]... To pierwsze zaczęło być nudne z powodu tylko dwóch animatroników - zbankrutowało. W drugim zdarzył się jakiś wypadek i jeden z robotów kogoś zabił... - zamknęli, by uratować ostatkę pieniędzy. Następny lokal wystartował z o wiele mniejszym zasobem finansowym, dlatego animatroniki było częściowo zbudowane z części tych z poprzedniej lokacji, były też z o wiele gorszych materiałów... Tylko tyle wiem. Znasz odpowiedź, bo ja nie. - stwierdziła. Uśmiechnąłem się.
- Nie czytałaś nic o rozbiorze maszyn-kelnerów? Bo ich nie niszczyli. Jesteśmy w "Return to Freddy Fazbear Pizza", są tu te twoje "roboty z o wiele gorszych materiałów", jak i za równo Toy'e, bo Fazbear nie miał co z nimi zrobić, a rozbiórka trochę kosztowała... Więc zostawił je tutaj. Na zapleczu możesz znaleźć też parę części do wymiany, bo nie wszystkie wykorzystali przy budowie tych "gorszych" animatronów, Za pokojem na klucz na zapleczu są schowane kostiumy sprężynowe z "Fredbear Family Dinner", szef nikomu nie pozwala tam wchodzić prócz pracowników na dziennej zmianie... Aby w razie czego mogli sami zabawiać dzieci w kostiumach... - Popatrzyła zaciekawiona na drzwi... - Ale ja nie zamierzam ani nigdy otwierać tego pokoju, ani nie wkładać żadnego z kostiumów... Słyszałem, że kiedyś jakiś kolo został zmiażdżony w stroju Springtrapa... Nie chcę być następny. Oczywiście strój został potem wyczyszczony i naprawiony, ale nawet ja czasem nie ufam technice.
- Dobrze, kochanie. Chciałam tylko zobaczyć jak wyglądają...
- A po co ci to, kurwa wiedzieć?! - naskoczyłem na nią przerażony, że może mi kazać otworzyć przechowalnie sprężynowych pułapek - nawet ja się ich boję.
- Oj, nie denerwuj się tak! Złość piękności szkodzi! - zaśmiała się, a za jej plecami zaświeciły oczy Mangle (Foxy 2.0). Przerażony rzuciłem się na guzik od drzwi i w porę je zamknąłem. Kreatura przez szybę patrzyła na coś za mną... Spojrzałem za siebie - ujrzałem obrzydliwą twarz mojego zakrwawionego cienia... Doznałem takiego szoku, że, aż upadłem na ziemię, ale nie zemdlałem. Potwór zbliżył się do mnie tak bardzo, że czułem jego oddech na swoich ustach... Wtedy coś złapało go za rękę i odciągnęło ode mnie. Obok mnie upadła Oxana i coś mówiła...
- Nic ci nie jest? Myślałam, że coś ci zrobi! Rick, odezwij się! - złapała mnie za kołnierz koszulki.
- Ta, tak, nic mi nie jest. Po prostu to mnie tak oszołomiło... Myślałem, że go już nie ma, że zniknął...
- Nigdy nie należy tracić czujności... Wszystko na pewno w porządku? - Zignorowałem jej pytanie i sam spytałem:
- Kto go ode mnie odciągnął?
- Chyba mój cień, bo ja upadłam obok ciebie, a on mógł pomyśleć, że chce coś zrobić mi.
- Bardzo prawdopodobne jeśli to nie kukiełka.
- Raczej tak. Pokaż... - złapała mnie za podbródek i uniosła twarz do góry. - Masz sine usta. Zimno ci?
- Trochę. - Ona zdjęła bluzę, którą miała zarzuconą na strój służbowy i nałożyła mi na ramiona. - Dzięki. - uśmiechnąłem się do niej. - Słyszysz to?
- Co? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Spójrz za siebie.
- Hm?
- No, spójrz! - odwróciła głowę. Stały tam nasze cienie i odgrywały dokładnie te same ruchy co my. Jednak te cienie wyglądały jak my i na miejscu oczu miały małe, białe kropki. Nie były we krwi jak zwykle... Wtem usłyszeliśmy głos, którejś poczwary:
"Pamiętajcie, nie macie się nas bać. W końcu jesteśmy tylko waszymi cieniami. To inni powinni się bać, nie mogą was skrzywdzić, bo zadrą z nami. Jesteśmy waszymi prawdziwymi cieniami. Tamte to były tylko obrzydliwe klątwy. Twoja, Ricku, była nie do złamania więc nie mogliśmy jej kontrolować, ale twoja Oxanno, była przeze mnie kontrolowana - dlatego cień cię często chronił, ale nie zawsze mogłam to robić. Twoja klątwa była stworzona przez potężnego maga, dlatego miała część mocy swego stwórcy. Scott nauczył cię korzystać z klątwy. A ja ci to w miarę ułatwiałam."
Po chwili kolejny, bardziej chłopięcy:
"To co powiedziała Shadowy [czytaj: szadołi] jest prawdą. Ja nie mogłem złamać tej klątwy, ale teraz, gdy po dłuższym odcięciu od krwi klątwa się osłabiła Shadowy mogła ją złamać. Wraz ze złamaniem klątwy Rick'a, twoja również została złamana. Nie przedstawiłem się, jestem Shadow [czytaj: szadoł], a to Shadowy."
- Czyli mamy rozumieć, że te poczwary już nie będą nas prześladować? - spytałem niepewnie.
"Nie, ale teraz macie na głowie inny problem. Nasi przyjaciele... To długa historia, ale pewna piątka przyjaciół założyła wspólną firmę i każdy wymyślił robota, który nosił imię jego dziecka... Tylko Fazbear nigdy nie mówił o mieniu swego syna więc nazwał wynalazek swoim imieniem. Ich dzieci zostały przez podstęp zwabione i zabite w tej lokacji... Trafiły każde do innego stroju animatronika i tak żyły, ktoś z rodziny twojego ojca jest mordercą tych dzieci... Możesz je swoją mocą i krwią uleczyć... sprowadzić z powrotem do świata ludzi, ale musisz im w tym pomóc... Fazbear to jeden z pięciu założycieli Family Happy Pizza... Nieoficjalnej pizzerii po Fredbear Family Dinner... Jego syn jest uwięziony od lat jako Freddy, dlatego tak delikatnie się z nim obchodzi i w ogóle... Resztą jest:
Lianna Karinne [czytaj: lijanna karine], jej syn to Bonnie,
Scott Cawthon [czytaj: skot kałton], jego córka to Chicka, ..." - duch kierował wypowiedź do Oxanne.
- Zaraz, zaraz! Ten Scott?! - zdziwiła się Ox.
"Tak, ten. Myślisz, że to, że zajmował się demonami sprawiało, że był bezdzietny, czy co?" - zaśmiał się Shadow.
"Kontynuując...
Martin Mc'Cruch [czytaj: martin mak'krucz], jego córką jest marionetka, ma na imię Will [czytaj: łil],
Elena Simthson [czytaj: simson], jej syn to lisiasty. No cóż, a syn Freddy'ego Fazbear'a to Freddy, ale nazywa się John [czytaj: dżon]... Myślę, że te informacje wam wystarczą." - dokończyła Shadowy.
W mojej kieszeni nagle coś się znalazło. Na razie tego nie wyciągałem.
- A jak mamy ich wszystkich uwolnić? - spytałem.
"Umiecie posługiwać się telekinezą, marionetka jako jedyna ma do tego zdolność w ich obecnym stanie. Będzie wam pomagać." - tym razem odparł czarny chłopczyk.
- A dlaczego tylko marionetka ma w miarę normalne imię, nie licząc Johna? - zagadnęła dziewczyna.
"A czego ty się spodziewałaś po ludziach, którzy spontanicznie otwierają pizzerię na kacu i dają tam wielkie roboty prawie dwa razy większe od siebie i jeszcze dają im swobodnie chodzić po budynku?!" - podniosła jedną brew do góry zjawa-dziewczynka.
- Tsiaa... - potwierdziła moja towarzyszka.
"Shadowy ma rację. Wszystkie nazwiska i potrzebne informacje ma Rick, a ty Oxanno, dostałaś plany budynku... Są magiczne. Wypowiedz pokój, a pokaże ci jego rysy wraz z ukrytymi przejściami. Powiedz jego nazwę i dodaj 'iść', a pokaże ci drogę do niego i obraz nie zniknie póki do niego nie wejdziesz lub nie powiesz 'zawróć', wtedy mapa pokaże plan pomieszczenia, w którym obecnie jesteś. Można też tak; po wypowiedzeniu 'stop' plan zmienia się w zwykłą kartkę papieru, a po 'start' ponownie się włącza. Proste, nie? A po przeczytaniu nazwiska z listy kartka zmieni się w GPS, który pokieruje was do wskazanej osoby lub nawet rzeczy jeśli dokładnie ją określicie. Jeszcze jedno; nie możecie rozmawiać z duszami bez zaklęcia, będziecie słyszeć tylko krzyk. Ox, już je znasz. To do zobaczenia! - pożegnał się Shadow, a Shadowy jeszcze pomachała i oboje zniknęli.
- Która?
- 4:48 - odpowiedziałem.
- No to, idziemy do marionetki.
- C-co?! - zdziwiłem się.
- Gówno! Idziemy porozmawiać z Will!
- Zawahałem się. - Yyy, ok... Ale żeby dojść do marionetki musimy albo przejść przez scenę, albo koło Pirate Cove... - zauważyłem.
- Masz rację. Ale lepiej na razie uzyskać zaufanie Foxy'ego, a potem reszty. - powiedziała i ruszyła w stronę drzwi ciągnąc mnie za sobą za rękę.
Gdy podchodziliśmy do Pirate Cove'u Foxy stał przed nim już szykując się do biegu, ale po zobaczeniu nas wyprostował się, zdziwił i już chciał się na nas rzucić, ale moja dziewczyna pokazała mu znak ręką jak policjant, który zatrzymuje pojazd. Foxy stanął, ponownie się wyprostował i patrzył wytrzeszczonymi gałami na dziewczynę.
- Licum activitium! [czytaj: likum aktiwikum] - powiedziała i przybliżyła dłoń bliżej lisa, a po chwili już głaskała go po pysku. Robot zajarzył się na niebiesko i przemówił ludzkim, chłopięcym głosem:
- Proszę, pomóż! Ja i moi przyjaciele zostaliśmy uwięzieni w tych kostiumach! Każdemu z nas musisz przynieść rzecz, która była dla niego znacząca - oczywiście od naszych rodziców. Niestety nie mam takich informacji o moich towarzyszach, ale moim przedmiotem była czarna opaska na oko, podobna, którą mam teraz na sobie, ale tamtą bawiłem się w dzieciństwie i w ogóle... - wytłumaczył lis.
- Dobrze, ale czy twoja matka da nam ową rzecz? - spytała nie przestając go głaskać.
- Tak, ona zrobi dla mnie wszystko, tak samo jest z ojcem Johna. Niestety musimy się pożegnać, księżniczko. - odpowiedział i się ukłonił po czym wrócił za swoją kurtynę.
- Jaka, kurwa 'księżniczko'?! - oburzyłem się.
- Może po prostu uważa, że ładnie wyglądam, albo coś tu jest nieźle pojebane.
- Idziemy do Freddy'ego?
- Ok. - rzuciła, a moja kieszeń zaczęła się jarzyć takim samym niebieskim światłem jak poprzednio lis. Wyjąłem z kieszeni kartkę. Obok nazwiska Elena Simthson pojawił się napis:
"przedmiot: czarna opaska na oko, miejsce: pokój Foxy'ego Simthsona."
Zdziwiło mnie to więc podałem kartkę Oxanie, powiedziała, że tutaj zapisują się nasze postępy i informacje.
Po dotarciu na scenę podeszła do Freddy'ego i zrobiła to samo co z Foxy'm. Animatronik się obudził i uśmiechnął.
- Zapewne bystrzak naszej grupy już dawno wam wszystko wyjaśnił. Mój przedmiot to plastikowy, czarny mikrofon - to właśnie przy takim się bawiłem za dziecięcych lat. - powiedział nawet męski, już pewnie po mutacji głos {jeżeli ktoś nie wie co to mutacja głosu u mężczyzn to niech się kogoś spyta X'D albo wpisze w Google}.
Oxanne chyba nie chciała prowadzić rozmowy z Johnem, bo po dokończeniu jego wypowiedzi od razu podeszła do Chicki. Robot najpierw wgapiał się w nią tępym wzrokiem, a potem jej się ukłonił mamrocząc "Witam, księżniczkę", czy coś takiego...
- Chicka, do rzeczy! - zwrócił jej uwagę Fredziak.
- Mój przedmiot to przepis na babeczki truskawkowe, to były pierwsze upieczone przeze mnie słodkości. - szybko powiedział kurczak. Spojrzał na mnie wymownie i kiwnął w stronę Bonnie'ego. Kładąc rękę na jego pysku wypowiedziałem to samo zaklęcie co ta ich "księżniczka" i zwierzak otworzył oczy.
- Dziękuję, za... wszystko. - powiedział, uśmiechnął się i spojrzał w stronę Ox. - Mój przedmiot to mała gitara elektryczna, na której grałem jako dzieciak. - skończył i zawołał Oxanę.
*Oxanne*
Gdy królik mnie zawołał poczułam się dziwnie. No, cóż - podeszłam.
- Foxy ci powiedział?
- O czym? - po tym jednym zdaniu animatrona poczułam się zaaferowana.
- Jakie masz rodzeństwo? - Bonnie wyraźne przy wypowiadaniu tego zdania się skrzywił.
- Jakie to ma...? - głośno przełknęłam ślinę. Wiedziałam, że tata raz zdradził mamę, ale tylko raz... - Czy to naprawdę to? - Bonnie smutno przytaknął a ja mozolnym krokiem podążyłam do Pirate Cove. Słyszałam za sobą kroki Ricka. Po dotarciu do celu rozsunęłam zasłonę i powiedziałam, że na pewno znajdę jego amulet i uwolnię go z tego okropnego ciała.
- Wierzę w to, ... Siostro?
- Bracie. - oboje się uśmiechnęliśmy.
- Najpierw jedziemy do matki lisiastego. - zwróciłam się do mojego chłopaka. Wyjął z kieszeni ten papier.
- Elena Simthson... - usłyszałam, a wszystko w okół jarzyło się na biało. Złapałam go za rękę (Ricka, nie lisa). Gdy światło ustało byliśmy w jakimś pokoju dziecięcym pełnym rzeczy dla piratów. Stroi, szabli, plakatów z ich wizerunkami, płyt z filmami o piratach (w tym "Piraci z Karaibów" wszystkie części), podobizn, rysunków i przytulanek z Foxy'm i... na krześle leżała czarna opaska na oko! Szybko wzięłam ją do ręki i powiedziałam "mam"! Rick wyszeptał tylko "super", gdy do pokoju wparowała blondynka o piwnych tęczówkach i błękitnych łzach w oczach. To może być mama Foxy'ego.
- Dlaczego...? Dlaczego, ja?! Co złego uczyniłam?! Co ON zrobił?! Mój biedny synek! - w tym momencie upadła na łóżko koło, którego staliśmy i szlochała w białą poduszkę w niebieskie i czerwone paski... Mi tęż napłynęły łzy do oczu... Było mi jej tak żal... Usiadła na łóżku.
- Miał tylko 9 lat!!! Boże, jak wielki grzech musiałam popełnić, że mi go zabrałeś!!! Mąż się upił i przejechał go samochód...! Miałam tylko syna... CZEMU?!?! - wrzeszczała przez szloch. - Nienawidzę cię, bożę!!! Już nigdy nie zobaczę mojego małego pirata wesoło bawiącego się w salonie... Śmiejącego się... - Kobieta powoli opanowywała płacz, ale po chwili znów nim wybuchła. - NIENAWIDZĘ CIĘ!!!!!!! - wrzeszczała patrząc w sufit. - Schowała twarz w dłoniach i po prostu płakała co jakiś czas wrzeszcząc z całej siły. Nie wiem dlaczego, ale niemalże poczułam ból tej kobiety... Poczuła jak ktoś mnie obejmuje i mocno do siebie przytula... To był tylko Rickuś.
- Powrót. - powiedziałam bez uczuć i po chwili staliśmy przed Pirate Cove. - Masz tę opaskę. - powiedziałam i rzuciłam wcześniej wspomnianym przedmiotem w robota, a on, gdy tylko jej dotknął rozjarzył się na czerwono i po sekundzie stał przede mną przystojny, niewiele wyższy ode mnie chłopak z oczami na kolor złota i włosami jak krew. Był ubrany tylko w brązowe poszarpane spodnie i czarne trampki. Uśmiechnął się białymi zębami.
- To, co, idziemy ocalić resztę? - spytał zakładając opaskę na prawe oko.
- Tak, ale mam pytanie. Po co nosisz opaskę skoro masz oboje oczu zdrowych? - zaciekawił się mój chłopak.
- Bo jak byłem mały to też tak nosiłem, przez to miałem wadę wzroku, która podczas pobytu w animatroniku zniknęła i, bo przyzwyczaiłem się będąc tą kupą złomu. - spojrzał z pogardą na kostium lisa leżący tuż pod jego stopami.
- Idziemy?
- Idziemy! - odparli mi chórem chłopcy.
- Freddy Fazbear... - przeczytałam z drżącymi się rękoma.
Szef stał koło biurka i patrzył na trzymane w dłoni zdjęcie bruneta z turkusowymi oczami uśmiechającym się do kamery. Jedna łza spłynęła na szybę ramki... I kolejna... Następna... Fazbear usiadł ciężko na fotelu obrotowym patrzył się jeszcze chwilę na zdjęcie... W niespodziewanym momencie rzucił obrazem o ziemię i ramka tak walnęła o ścianę, że szkło się zbiło i sam papierowy, kolorowy świstek wystawał z kupki drewna, szkła i łez...
- Wiem, że moje uczynki są haniebne... Ale co ON ci zrobił?!?! Demony! Karajcie mnie, zabójce, ale nie niewinnych i nieletnich ludzi... - jego słowa wstrząsnęły całą trójką.
- Nie musiałeś mnie zabijać... Nie musiałeś ranić... Nie musiałeś szykanować... A jednak to wszystko robiłeś... Teraz za to płacisz! - usłyszeliśmy znajomy głos... Scott!
- A-ale, j-ja-jak t-ty si-się t-tu d-dosta-dostałeś?!? - mówił przerażony Freddy.
- Mogę przywrócić twemu synowi życie pod warunkiem, że oddasz mi księżniczkę! - odezwał się Scott.
- Nigdy! - warknął Fazbear. - Myślę, że teraz jest daleko z tąd i nawet nie wie kim jest!
- Mylisz się... - Cawthon zaśmiał się. Szef tępo patrzył się w naszą stronę, a konkretnie na mnie...
- Zwabiłeś ją amuletem! Ty chuju! To tylko dzieci! - gwałtownie wstał z fotela i tak szybko przebiegł obok Scotta, że ten nie zauważył braku amuletu.
"Uciekaj" - usłyszałam echo w głowie i zimny plastik w dłoni...
- POWRÓT! - wrzasnęłam i znaleźliśmy się przed Freddy'm na scenie (tym robotycznym).
- Proszę. - szepnęłam zamieniając mikrofony w jego dłoniach. Ten metalowy wyrzuciłam, a plastikowy wsunęłam mu w rękę. Robot rozjarzył się na brązowo i po chwili klęczał przed nami podobny do Ricka brunet o krystalicznie turkusowych oczach, miał na sobie brązową bluzę i tego samego koloru jeansy oraz czarno-żółte adidasy. Jego spojrzenie, którym mnie obdarzył mówiło szczere "dziękuję". Wstał, podszedł do nas bliżej i uniósł ręce tak jak Elsa z krainy lodu, gdy wznosiła lodowy pałac. Za nami z podłogi wynurzył się identyczny jak John chłopak, tylko, że blondyn i w żółtych ubraniach.
- To jest Jack. Był uwięziony w Golden Freddy'm i mogłem go wydostać dopiero po uzyskaniu ludzkiej postaci. - wytłumaczył John. Pokiwałam głową.
- Została tylko Chicka i pedał. - stwierdził Foxy.
- Dlaczego 'pedał'? - skrzywił się Rick.
- Nieważne! - odpowiedzieli jednocześnie wszyscy trzej (Foxy, Freddy, Golden Freddy).
- Jak na razie po tym co przeżyłam wolę wam najpierw tego pedała uratować.
- "Przedmiot: mała, elektryczna gitara, miejsce: bawialnia, dwór państwa Karinne" - przeczytał Rick.
- Madame Karinne... - Już bałam się co tam zobaczę... Wbrew moim obawom (chyba) ujrzałam...
Kobietę w średnim wieku, która już chyba gotowa do wyjścia ruszyła w stronę pokoju z fioletowymi drzwiami. żadne ze drzwi w domu takie nie były... Podeszła do obrazu przedstawiającego Czarnowłosego chłopaka siedzącego z uśmiechem w fioletowo-białym garniturze. Cmoknęła postać w czoło i wyszeptała:
- Obyś nade mną czuwał, syneczku... - z jej oczu poleciała jedna łza, ale szybko ją starła i wyszła z domu.
- Czyli już wiemy, który pokój to bawialnia. Rozdzielić się i szukać! - rozkazałam.
Po dłuższych poszukiwaniach nikt niczego nie znalazł. Wtedy doznałam olśnienia! Pomyślałam o tych wszystkich rodzicach, którzy myślą, że ich dzieci nie żyją... Dwie łzy spłynęły po ramie obrazu... Cały zaczął się jarzyć na fioletowo i znikł, w dziurze w ścianie znalazłam gitarę.
- Mam!!! - wrzasnęłam. Każdy się na mnie popatrzył. Podniosłam instrument do góry.
- Wracamy? - zapytał niewzruszony i spokojny John.
- Tak. Powrót! - powiedziałam. Stałam ledwie dwa centymetry od Bonnie'ego.
- Proszę, niech to uleczy rany twe, w człowieka na powrót zmieni cię... - wyszeptałam. Po chwili przed sobą widziałam radosnego, niewiele niższego od Johna, czarnowłosego i z czerwonymi tęczówkami młodzieńca. Z tymi oczami to mi, aż Kayla przypominał. Miał na sobie fioletową koszulę w szarą kratę, granatowe jeansy i szaro-fioletowe adidasy. Nagle mocno mnie do siebie przytulił i powiedział, że bardzo dziękuje.
- To co, teraz Chickę? - zaproponowałam uwalniając się z uścisku Bonnie'ego.
- Tak odpowiedzieli wszyscy chórem.
- "Przedmiot: przepis na babeczki truskawkowe, miejsce: kuchnia w rezydencji Sir Cawthona" - zarecytował mój brat (Foxy).
- Johanna Cawthon! [czytaj: dżoana]- szybko wydusiłam z siebie zanim ktoś powiedziałby 'Scott Cawthon'... Znaleźliśmy się w pięknym, zdobionym domu...
Przez hol przeszła piękna blondynka o różowych oczach - podobnych do moich. Weszła do pokoju z różowymi drzwiami i napisem "I'm Chicka. Don't touch my castle!" {czyli na polski: Jestem Chicka. Nie ruszaj mojego pałacu!}. Kobieta zaraz po wejściu do pokoju upadła na klęczki, bo już gdy naciskała klamkę nogi miała jak z waty. Rzewnie płakała...
- Dlaczego ja?!? Kurwa!!! To nie może tak być!!! Ona musi żyć!!! Jeszcze raz!!! - energicznie wstała i okręciła się w miejscu, a przed nią zamajaczyła na sekundę twarz animatronika-Chicki i jakikolwiek obraz zniknął.
- Czemu?!? Kurwa, czemu?!? To było jeszcze dziecko!!! - wstała, poszła do łazienki i nacięła sobie nadgarstek... Wszystko mi się przypomniało... Demon, klątwa, zabójstwa, ojciec, magia... Na widok jej krwi zawyłam jakby mnie ze skóry co najmniej obdzierali i otuliły mnie ramiona ciemności w zawrotnym tempie.
- Dajcie zimną szmatkę! Obudziła się! Nic ci nie jest? - mówiła blondynka w wysokich i długich kucykach niczym postać z chińskiego anime, z różowymi oczami.
- Ch-chicka?!? - zdziwiłam się.
- Tak. - odparła trzepocząc rzęsami. Miała na sobie żółty sweter z białym napisem "LET'S PARTY!", a pod tym białą podkoszulkę. Do tego różowa, krótka spódniczka i żółto różowe trampki za kostkę. Ten cały zestaw podkreślały średnio-ciemno różowe usta.
- Wszyscy? Co teraz...? - zamyśliłam się przez chwilę... - Przecież jeszcze Will!
- Kto to? - spytała nadal nade mną klęcząc.
- Marionetka.
- Aaaa, teraz wszystko jasne! - przewróciłam oczami i powoli wstałam z pomocą Bonnie'ego. Trzymając go pod ramię szłam w stronę pokoju marionetki...
- Witaj. Mój talizman to złoty naszyjnik z połową serca... - nie wiadomo skąd powiedziała Will.
Otworzyłam kartkę z informacjami...
"Przedmiot: wisiorek z połówką serca, miejsce: dom Will" - Tylko tyle?
Poszłam szukać z przyjaciółmi jej wisiorka, ale jej ojca nie było w domu. Zostawił list żonie, że wyjechał służbowo. Mamy pełne pole do popisu, dom jest pusty {bez skojarzeń do niektórych}. W końcu znaleźliśmy jej wisiorek w zupełnie biało-czarnym pokoju, w którym były tylko różne maski teatralne i mnóstwo zapisanych kartek. Był w granatowym, małym pudełeczku, na półce za jedną z masek.
- Oto twój wisiorek. - powiedziała Chicka zapinając jej łańcuszek. Postać rozbłysła białym światłem. Przed nami na kokardkę siedziała dziewczyna w białej krótkiej bluzce, która odsłaniała jej brzuch. Miała też czarne legginsy, takie same trampki i białe z czarnymi końcówkami fale. Włosy były rozpuszczone i oblewały jej ramiona. Na palcach i rękach była cała obwieszona biżuterią wszelkiego rodzaju. Tylko na szyi był jeden jedyny wisiorek z połową serca. Usta jarzyły się czerwienią, a oczy były szaro-niebieskie...
*****
Wiem, że głupi ten rozdział, ale cóż - taki miałam dzisiaj nastrój. Już jutro ślub Olki, nie wiem czemu, ale się nie cieszę...
Pozdrowienia, Księżniczka Bethany :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę, aby anonimy na końcu koma się podpisywały - imieniem, ksywką lub jak kol wiek :-P